Park Narodowy Arthur’s Pass

W poniedziałek pożegnaliśmy się z płaskowyżem MacKenzie i ruszyliśmy w stronę Arthur’s Pass. Ta jedna z tylko czterech głównych przełęczy, pozwalających się przedostać ze wschodniego (bardziej zaludnionego) wybrzeża Nowej Zelandii na zachód, znajduje się w parku narodowym o tej samej nazwie. Po drodze odwiedziliśmy ponownie Fairly oraz Geraldine, zatrzymując się na kawę i kolejną butelkę dobrej czerwonej IPA z mikrobrowaru Valley Brewing.

Po przejechaniu przez Darfield i Springfield, wjechaliśmy między góry.

Kierunek Arthur’s Pass

Szczyty tutaj są nieco niższe niż w regionie Mackenzie i okolicy Aoraki, ale z pewnością nie mniej imponujące. Przełęcz jest bardzo pięknie położona i trudno było się odkleić od okna samochodu.

Zbliżamy się do Arthur’s Pass

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce Arthur’s Pass, w typowym nowozelandzkim „bach” – czyli wakacyjnym domku. Po szybkim rozpakowaniu się, wybraliśmy się nad wodospad Devil’s Punchbowl, który był dosłownie za rogiem od naszego „bach”. Z mostku nad strumieniem są piękne widoki na wodospad.

Wodospad Devil’s Punchbowl
Rzeka spływająca z przełęczy Arthur’s Pass

Przed wieczorną sesją Euchre (ulubiona gra karciana rodziny Sary, którą bardzo polubiłem!) wybraliśmy się do punktu informacyjnego zapytać o warunki na Avalanche Peak. Ten szczyt o wysokości 1833 metrów był moim i Sary celem na dzień następny. Martwiliśmy się trochę o śnieg i lód, ale bardzo pomocny facet w punkcie informacyjnym zapewnił nas o nadciągającym ociepleniu i był pewien braku lodu na obu graniach. W nocy miało być 7 stopni na szczycie, co zapewniało topnienie przez noc.

Wstaliśmy wcześnie rano we wtorek żeby ruszyć na naszą trasę jak najszybciej. Zostaliśmy jednak opóźnieni przez grupę ciekawskich papug kea, które odwiedziły naszą chatkę i chciały się dostać do samochodu! Sesja fotograficzna była wymagana.

Papuga Kea
Kea dobierały się do wszystkiego. Szczególnie upodobały sobie skarpetki Sary

Bardzo fajnie było zobaczyć te piękne ptaki z bliska. Należy jednak pamiętać żeby ich nie karmić i nie zostawiać żadnych śmieci i drobnych przedmiotów w ich zasięgu. Te ciekawskie ptaki potrafią połknąć wszystko, od cukierków, przez guziki do wszelakich papierków, a wszystko to im zdecydujecie nie służy! Kea wydziobują też gumę izolująca drzwi w samochodach, więc jeśli je się przyłapie na dachu samochodu, najlepiej jest je przegonić dla ich własnego dobra, i dla dobra samochodu. 🙂

Trasę zaczęliśmy o 8:15 rano, na wysokości 740 metrów. Do pokonania mieliśmy 1100 metrów przewyższenia. Z początku towarzyszyły nam małe wodospady i ptaki rifleman oraz NZ robin (czarny robin). Było bardzo stromo, i często trzeba było sobie pomagać rękami, żeby wspiąć się na wysokie stopnie oraz miejscami nawet na 2-3 metrowe (łatwe) ścianki. Alpejski busz ustąpił miejsca wysokogórskiej niskiej roślinności na wysokości około 1200 metrów.

Miejscami było stromo!
Ściółka alpejskiego buszu
Alpejski busz, wyższe partie

Naszym oczom ukazał się prawdziwie alpejski krajobraz. Wysokie szczyty, które były niewidoczne z głębokiej doliny jaką jest Arthur’s Pass, wypełniały horyzont.

Widoki z trasy

Do szczytu (1833 metry wysokości) doszliśmy w 2 godziny i 35 minut, dość szybkie tempo. Ostatnie 30-40 metrów grani było wyeksponowane w tatrzańskim stylu. Z wierzchołka, na którym było mało miejsca, roztaczały się świetne widoki.

Widok ze szczytu Avalanche Peak. Po prawej końcowa grań

Uwagę zwłaszcza przykuwał pobliski Mount Rolleston (2271 metrów) i jego dwa lodowce na południowej flance. Jeden całkiem spory, wiszący w stromej dolinie, i drugi malutki pod bocznym szczytem.

Szczęśliwi na szczycie, widok na Mt Rolleston

Mount Rolleston należy do jednej z najbardziej znanych i popularnych gór wśród Nowozelandzkich alpinistów. Jest stosunkowo łatwo dostępna (blisko drogi) i posiada wiele grani i ścian, każda z innymi wyzwaniami. Góra była też niestety miejscem tragedii w 1966, gdy pięć osób straciło życie, w tym jeden wspinacz próbujący uratować czterech którzy utknęli w ścianie.

Zbliżenie na szczyt Mt Rolleston i lodowiec

W drodze powrotnej zrobiliśmy wiele dobrych zdjęć alpejskiej roślinności porastającej te zbocza, a także ptakom niżej w buszu. Ponownie trafiliśmy na pięknego nowozelandzkiego bluebird. Zejście było dość paskudne, dużo luźnych kamieni przez 1000 metrów zejścia. Dało nam to nieco w kość, ale tak właśnie powinien się człowiek czuć po zdobyciu wysokiej góry.

Alpejskie kwiaty

Bardzo usatysfakcjonowani spotkaliśmy się z rodzicami Sary z powrotem w naszej chatce, którą mieliśmy do popołudnia, wzięliśmy szybkie prysznice i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do Greymouth, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę żeby zrobić kilka zdjęć dramatycznemu kanionowi i wiaduktowi otwierającym drogę przez góry od zachodu. Był tu też pomnik ku pamięci Sir Arthur Dudley Dobson (1841–1934), który naniósł na mapy i potwierdził istnienie tego przejścia przez góry (na podstawie informacji od lokalnych Māori).

Wiadukt prowadzący do Arthur’s Pass

Naszym następnym celem było zachodnie wybrzeże, gdzie spędziliśmy wtorkowy wieczór i większość środy. Na zachodnim wybrzeżu dominuje inny klimat i przyroda, a historia regionu jest związana z… gorączką złota.

Do usłyszenia niedługo,

Przemek

Park Narodowy Aoraki/Mt Cook

W sobotę pożegnaliśmy się z Christchurch i ruszyliśmy w stronę gór. Po drodze zatrzymaliśmy się na targu w Ashburton, a także na chwilę w lokalnym browarze Valley Brewing w pobliżu Geraldine. Pierwszy przystanek dał okazję porozmawiać z kilkoma mieszkańcami regionu i kupić ręcznie robioną drewnianą miskę (np. na owoce) od sympatycznego sprzedawcy, a drugi kupić dobre piwa Red October oraz Nutty Dark, w dużych 1.25 butelkach.

Po przejechaniu przełęczy między Fairlie i Tekapo (Burkes Pass), naszym oczom ukazał się przepiękny krajobraz. Byliśmy dosłownie otoczeni przez wysokie góry. Na północ i północny-zachód od nas były zgrupowane największe szczyty. Góry Cook, Tasman, Dampier były jeszcze niewidoczne, ale wiele ich wysokich sąsiadów tak. Większość najwyższych szczytów Alp Południowych znajduje się w parku narodowym Aoraki/Mt Cook, lub graniczącym z nim parku narodowym Westland.

W drodze do Tekapo

Naszym pierwszym przystankiem było Tekapo, nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie. Woda w jeziorze miała piękny kolor turkusu i akwamaryny. Ten jasno niebieski odcień jezioro zawdzięcza licznym minerałom, które są obecne w wodzie spływającej z pobliskich lodowców.

Nad jeziorem Tekapo

Nad jeziorem stoi kościółek o nazwie „Kościół Dobrego Pasterza”, w bardzo malowniczym miejscu. Poświęcony odważnym odkrywcom, którzy pierwsi zbadali ten wysoko położony płaskowyż, kościół ściąga rzesze turystów ze względu na swoją lokalizację w pięknej scenerii.

Kościół Dobrego Pasterza

W pobliżu jest również bardzo interesujący i wzruszający pomnik psa Collie. Psy tej rasy ciężko pracowały pomagając pasterzom zarobić tutaj na życie. Grupa lokalnych rolników w 1968 roku zebrała pieniądze i zlecili wykonanie pomnika.

Pomnik psa Collie

Aby lepiej się nasycić wspaniałymi widokami i wykorzystać dobra pogodę, wybraliśmy się samochodem na pobliski szczyt Mt John. Ze szczytu można się wybrać na trasę pieszą okalającą wierzchołek – idealny sposób żeby docenić widoki.

Widok ze szczytu Mt John

Góra Mt John jest również domem dla astronomicznego obserwatorium uniwersytetu Canterbury. Znajdują się tutaj 4 teleskopy używane do badań naukowych, jak również jeden przeznaczony dla turystyki. Cały region znany jest jako rezerwat nocnego nieba. Ze względu na wysokość (dolina jest na poziomie 700 metrów) oraz brak zanieczyszczenia światłem, warunki do obserwowania nocnego nieba są idealne.

Szczyt Mt John

Drugiej nocy udało nam się nacieszyć widokami Drogi Mlecznej. Naszą galaktykę było wyraźnie widać gołym okiem sprzed naszej chatki nad jeziorem Ohau, a gwiazd na niebie wydawało się być o tysiące więcej niż normalnie. W dodatku południowe niebo wygląda inaczej, wydać inne konstelacje, a te znajome są w innym miejscu na niebie niż na naszej północnej półkuli.

Teleskop na szycie Mt John

Zanim dotarliśmy do naszej kwatery w Ohau, z Tekapo ruszyliśmy w kierunku Twizel, i po dotarciu do południowego brzegu jeziora Pukaki naszym oczom ukazał się jeden z najlepszych widoków w Nowej Zelandii. Góra Cooka (Aoraki) i jej grań były wyraźnie widoczne na północ od naszej pozycji, po drugiej stronie tego długiego lodowcowego jeziora.

Aoraki/Mt Cook (po prawej). Na pierwszym planie jezioro Pukaki

Ta 3724 metrowa góra jest najwyższym szczytem w Nowej Zelandii, i jej ściany to prawdziwa arena alpinistyczna, zwłaszcza jeśli weźmie się też pod uwagę pobliskie góry Tasman i Dampier. Z grani szczytowej schodzą cztery lodowce, Hooker i Tasman na południe w kierunku jeziora Pukaki, oraz Franz Josef i Fox na północ w kierunku zachodniego wybrzeża. Patrząc na tą górę myślałem o historii jej pierwszego zdobycia przez trzech Nowozelandczyków w 1894 roku, którzy wyprzedzili będącego już wtedy w drodze do Nowej Zelandii Anglika, mającego Aoraki na celu. Myślę że dobrze się stało, że ludzie urodzeni tutaj zdobyli ten szczyt jako pierwsi. Wypromowało to alpinizm w tym kraju, i możliwe że miało wpływ na młodego Edmunda Hillary, późniejszego pierwszego zdobywcy Everestu.

Widok na Aoraki/Mt Cook z tego samego miejsca, dwa dni później

Nasza kwatera znajdowała się w pięknym miejscu nad jeziorem Ohau. Odizolowana miejscowość o tej samej nazwie co jezioro – Ohau, była pięknym miejscem na ucieczkę od zgiełku na dwa dni. Jezioro Ohau jest jednym z czterech głównych jezior na płaskowyżu MacKenzie Basin.

Ben Ohau nad jeziorem Ohau

Chatka w której się zatrzymaliśmy była fantastyczna, chyba najlepsze i najbardziej klimatyczne zakwaterowanie do tej pory. Spędziliśmy tu sporo czasu gotując, ciesząc się okolicą i widokami z okna, paląc w kominku i oglądając nocne niebo.

Widok z okna naszej kwatery
Na zewnątrz naszej kwatery

Pogoda była nie najlepsza i temperatura nagle spadła o 10 stopni, więc kominek się przydał. Rano drugiego dnia (niedziela) obudziliśmy się i zauważyliśmy śnieg w górach, co tylko dodało uroku okolicy. Ten nietypowy jak na luty (odpowiednik północnego sierpnia) śnieg, został w górach przez 2 dni i towarzyszył nam w niedzielę i poniedziałek. Zrobiłem śniadanie wg przepisu mojej Mamy zmieszane z brytyjską tradycją (jajka na pomidorach + kiełbaski i tost). Było bardzo fajnie tu posiedzieć.

Nasza kwatera od środka

Jak wspomniałem, drugiego dnia pobytu nad jeziorem Ohau pogoda była dość marna, ale wybraliśmy się zgodnie z planem wzdłuż jeziora Pukaki na północ pod górę Cooka, do parku narodowego Aoraki/Mt Cook. Po odwiedzeniu pięknie zaprojektowanego centrum turystycznego w wiosce Aoraki, udaliśmy się na krótką trasę (20 minut od parkingu) do punktu widokowego ponad jeziorem i lodowcem Tasman.

Centrum turystyczne w Aoraki. W dobry dzień pośrodku tego okna widać Mt Cook

Jezioro lodowcowe Tasman powstało w 1974 roku wskutek topnienia lodowca. Mieliśmy szczęście, pogoda się poprawiła i mieliśmy piękne widoki na kraniec lodowca oraz bryły lodowe oderwane od lodowca i dryfujące po jeziorze.

Lodowiec i jezioro Tasman
Dolna część jeziora Tasman

Bryły odrywają się w ten sposób od czoła lodowca tylko raz na dwa lata, a tak duże jak obecnie nie oderwały się od 30 lat, więc mieliśmy niezwykłe szczęście mogąc to zobaczyć. Tablice informacyjne przekazują smutne informacje – lodowiec cofa się o 480 – 800 metrów rocznie. Tasman jest ciągle dużym lodowcem (24 km długości), najdłuższym w Nowej Zelandii, schodzi nisko do 1000 m wysokości, i ma miejscami do 600 m grubości ale przewidują że w 2027 będzie już znacznie mniejszy. Zeszliśmy też na dół do jeziora inną trasą (też 20 minut od parkingu), ale musieliśmy uciekać przed deszczem, po zrobieniu szybkiego zdjęcia. 🙂

Na tle jeziora Tasman i brył lodowych

Następnym razem w tej okolicy w ładniejszy dzień świetnie byłoby zrobić dłuższą trasę górską – jest tu kilka tras dostępnych dla turystów w dobrej formie, jak również dziesiątki celi dla alpinistów.

W poniedziałek pożegnaliśmy się z pięknymi okolicami jeziora Ohau, i ruszyliśmy przez Twizel i Tekapo z powrotem na północ w kierunku kolejnego górskiego raju i parku narodowego – Arthur’s Pass.

Jezioro Ohau pożegnało nad piękną pogodą
Wioska Ohau w której mieszkaliśmy przez dwa dni

O wizycie w Arthur’s Pass i trasie na szczyt jednej z gór tamże będzie następny post.

Dzięki za uwagę 🙂

Przemek

Christchurch i Akaroa

W środę wieczorem dojechaliśmy do Christchurch. Było już dość późno, więc nie wjeżdżaliśmy do centrum – zamiast tego udaliśmy się do browaru rzemieślniczego Laboratory na obrzeżach miasta, w Rolleston. Piwa były bardzo dobre, a pizza jeszcze lepsza. W Christchurch zatrzymaliśmy się na 3 noce u przyjaciółki rodziny Sary, Margo, która mieszka w Rolleston. Środowy wieczór upłynął na rozmowach o naszych podróżach, a także trzęsieniach ziemi które zniszczyły znaczną część centrum Christchurch w latach 2010 – 2012. Niestety 185 osób straciło życie, a zniszczenia były tak rozległe, że do dzisiaj wyraźnie widać skutki, o czym więcej napiszę nieco niżej.

W czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę na malowniczy półwysep Banks i nad zatokę Akaroa. Półwysep jest pozostałością olbrzymiego wulkanu. Zatoka Akaroa wypełnia krater, który w trakcie dramatycznej erupcji został wypełniony wodą morską. Granie pasm górskich na półwyspie to obręcz starożytnego krateru wulkanu. Pogoda była wyśmienita, co było świetne ze względu na zaplanowany rejs po zatoce.

Zatoka Akaroa

Po drodze do Akaroa zatrzymaliśmy się przy jeziorze Ellesmere i mierzeji oddzielającej go od oceanu, w miejscu o nazwie Birdlings Flat. Ten bardzo suchy półwysep jest domem dla jednego z dwóch jadowitych pająków w Nowej Zelandii – Katipo. Na szczęście pająki Katipo są rzadkie. Żeby ich uniknąć należy nie chodzić po krzakach przy plaży (na otwarty piasek lub kamienie Katipo się raczej nie zapuszczają).

Na mierzeji przy jeziorze Ellesmere, bardzo suche miejsce, praktycznie pustynia

Droga do Akaroa była bardzo ciekawa. Wysoka przełęcz otworzyła dostęp do zatoki schowanej w centrum półwyspu. Wysokie wzgórza otaczają port i miasto. Co ciekawe, Akaroa rozpoczęła jako francuskie osiedle w Nowej Zelandii. Francuzi mieli ambicje skolonizować te wyspy i dołączyć je do imperium francuskiego (lub przynajmniej wyspę południową). Historia inaczej się potoczyła i francuscy osadnicy dotarli do Akaroa zaledwie kilka tygodni po Brytyjczykach, którzy zdążyli już wywiesić tu flagę. Brytyjczycy jednak pozwolili kolonistom założyć osiedle. Do dzisiaj widać i słychać francuskie wpływy w Akaroa.

Port w Akaroa

Po krótkim spacerze i porannej kawie, wsiedliśmy na pokład statku firmy Akaroa Dolphins. Wybieraliśmy się na rejs mający na celu znalezienie delfinów hector i małych niebieskich pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Nasza łajba

Zatoka jest idealnym miejscem na wycieczki przyrodnicze. W cenie biletu dostaliśmy po piwku lub szklance wina, i ruszyliśmy w drogę.

Zadowolony z piwkiem w ręku

Bardzo szybko trafiliśmy na pierwsze delfiny, których w okolicy mieszka aż ponad 1000 (w lecie). Miejsca na dziobie łodzi zapewniały nam bliski kontakt z delfinami i dały okazję zrobienia im wielu dobrych zdjęć. Rejs był fantastyczny, ponieważ znaleźliśmy też najmniejsze na świecie pingwiny (40-45 cm długości), występujące w Nowej Zelandii i południowej Australii. Były też foki, południowe jastrzębie, oraz świetne widoki na wzgórza i klify, a także fajny komentarz od skippera.

Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Klify wzdłuż zatoki Akaroa

W drodze powrotnej z Akaroa odwiedziliśmy Lyttleton. Ten pięknie położony port i wioska rybacka była ważnym miejscem w historii regionu Canterbury. To tutaj przybyło większość osadników, którzy założyli Christchurch, stolicę regionu. Tutaj przybiły do brzegu pierwsze cztery statki wyprawy kolonizacyjnej wysłanej do tej części wyspy południowej w roku 1850 przez Imperium Brytyjskie. Ludzie Ci byli znani jako „Canterbury Pilgrims”. Kolonizacja była kontynuowana i latach 1860 – 1870 na jednym ze statków, Salisbury, przybyli do Lyttleton przodkowie Sary od strony jej Mamy.

Lyttleton

Piątek przeznaczyliśmy na zapoznanie się z centrum miasta. Wczesnym rankiem jednakże, wybrałem się do centrum antarktycznego, znajdującego się zaraz obok lotniska. Christchurch jest miejscem z którego zaopatrywana jest największa baza na Antarktydzie – McMurdo, a także nowozelandzka baza Scott. Amerykanie, do których należy McMurdo, mają umowę z Nową Zelandią i używają Christchurch jako bazy zaopatrzeniowej dla swej bazy. Znajduje się tutaj wielki magazyn sprzętu (w McMurdo w lecie mieszka do 1200 osób!), oraz samoloty C-130 Hercules i C-17 Globemaster III. Ten drugi to największy samolot latający na Antarktydę. Lot Globemaster’em z Christchurch do McMurdo trwa tylko 5 godzin.

Turystyczna atrakcja związana z Antarktydą jest więc bardzo na miejscu w Christchurch. Wizyta była bardzo udana, muzeum oferuje dobrą równowagę pomiędzy przekazywaniem informacji w tradycyjny sposób i interaktywnymi atrakcjami. Poza dowiedzeniem się wiele na temat geografii, geologii, badań naukowych i życia na Antarktydzie, miałem okazję z bliska zapoznać się z psami husky (ze schroniska dla bezdomnych psów), zobaczyć karmienie szesnastu przyjaznych pingwinów (również wszystkie uratowane), a także przejechać się pojazdem Hägglund i zakosztować symulacji antarktycznego sztormu. Zwłaszcza przejazd pojazdem Hägglund po torze przeszkód był bardzo ciekawy – te pojazdy potrafią przejechać nawet ponad szczelinami lodowcowymi o szerokości 1.5 metra, wyjechać po 45° zboczu, a także poruszać się na powierzchni wody (jako amfibia). Bilet kosztuje sporo ($60), ale w Internecie można łatwo znaleźć kupony dające do 45% zniżki i warto się wybrać jeśli Cię kręci ten temat.

Pojazd Hägglund w barwach Kiwi
Małe niebieskie pingwiny

Popołudniu zwiedziliśmy centrum Christchurch. Zaczęliśmy od muzeum regionu Canterbury, gdzie było kilka kompletnych szkieletów Moa. Te niestety już wymarłe ptaki występowały tylko tutaj. Moa były największymi lądowymi zwierzętami w Nowej Zelandii. Niestety zostały wybite przez Māori jeszcze przed przybyciem Europejczyków do Nowej Zelandii, ze względu na ich oczywistą przydatność jako źródło pożywienia.

Szkielety wymarłego Moa

Zaraz obok muzeum znajduje się piękny budynek, w którym niegdyś znajdował się między innymi Uniwersytet Canterbury – jeden z najstarszych w NZ. Dzisiaj jest tutaj Centrum Sztuki, a uniwersytet ma nowe budynki. Budynek ucierpiał w trzęsieniach ziemi w lutym 2011, a także w czerwcu 2011. Wieża obserwatorium się zawaliła, a kilka innych ścian i wież popękało. Budynek ma duże znaczenie historyczne dla miasta, więc jest w trakcie restoracji. Wieża obserwatorium ma być odbudowana głównie z tych samych materiałów i oddana do użytku w 2021 roku. Piękny witraż w głównej hali już odrestaurowano.

Centrum sztuki w Christchurch, były budynek Uniwersytetu Canterbury
Zabezpieczenia w ramach napraw po trzęsieniu ziemi

Dalszy spacer po mieście w pełni odsłonił dewastację jaką trzęsienia ziemi w 2011 roku spowodowały. W centrum miasta główna katedra leży w ruinach. W jej odsłoniętej głównej nawie dzisiaj mieszkają gołębie. Cały obszar wokół katedry jest odgrodzony. Niedawno podjęto decyzję o odbudowaniu katedry i zebrano na to środki. Potrwa to jednak wiele lat, prawdopodobnie conajmniej 10-20 lat. Niedaleko stąd otwarto „kartonową katedrę”, wg projektu japońskiego architekta. Ta lekka konstrukcja z belek zrobionych ze sprasowanej tektury ma służyć dopóki główna katedra nie zostanie odbudowana. Imponująca zastępcza katedra niestety nie jest bez wad, i nie są władze miasta pewne ile wytrzyma.

Zniszczona katedra
„Kartonowa” katedra

W pobliżu katedry są dwa bardzo poruszające pomniki upamiętniające tragedię trzęsień ziemi. W jednym miejscu 185 pustych białych krzeseł upamiętnia 185 ludzi którzy stracili życie. Niedaleko stamtąd jest plac i pomnik w miejscu gdzie stał budynek CTV, który się kompletnie zawalił, składając jak akordeon i odbierając życie 115 osobom.

Puste krzesła, symbolizujące 185 osób które straciły życie

Wybraliśmy się też nad rzekę Avon po drugiej stronie centrum. Idąc tam przeszliśmy obok kompletnie nowych budynków. Centrum miasta poza kilkoma budynkami zostało całkowicie rozebrane wskutek dużych zniszczeń i jest odbudowywane wg nowych planów. Budynki które się nie zawaliły, i tak musiały zostać rozebrane. Wskutek trzęsień ziemi, Christchurch spadło na trzecie miejsce na liście największych miast NZ, pod kątem populacji, wyprzedzone przez Wellington. To głównie dlatego że ludzie przenieśli się do miasteczek i wiosek na obrzeżach i opuścili dzielnice blisko centrum, które ucierpiały najbardziej. Nad rzeką doszliśmy do ostatniego poruszającego pomnika – listy imion osób które straciły życie.

Niedawno otwarty pomnik ku pamięci ofiar trzęsienia ziemi

Co dość niesamowite, przypadkiem byliśmy w centrum Christchurch dokładnie w 8 rocznicę lutego trzęsienia – 22 lutego. Miasto obecnie jest nietypowym miejscem do odwiedzenia. Bardzo poruszające, ale też budujące – dobrze widzieć siłę mieszkańców, którzy odbudowują miasto. Ciekawie będzie wrócić za 10 lat i zobaczyć dokończoną nową wersję miasta, wypełnioną również uratowanymi historycznymi budynkami tam gdzie to było możliwe, lub miało sens.

Kwiaty włożone w stożek do kontroli ruchu, nieoficjalny symbol szacunku dla ofiar trzęsienia

W sobotę ruszaliśmy dalej w drogę, na południe, i wgłąb kraju. Przed nami góry, Alpy Nowozelandzkie. 🙂

Dzięki za czytanie dla wszystkich którzy ciągle śledzą! Poślijcie linka znajomym jeżeli Wam się dobrze czyta 🙂

Przemek

Marlborough Sounds i Kaikoura

Wczesnym rankiem we wtorek wyruszyliśmy z Tawa, żeby złapać prom o 8:00 z Wellington do Picton. Korki wokół Wellington już od 7:00 są dość spore, więc chcieliśmy być w drodze najpóźniej o 6:40. Udało się ominąć większość korków, i mieliśmy czas żeby przyglądnąć się miastu z molo, czekając na wjazd na pokład.

Centrum Wellington
Okrągły budynek „Beehive”, parlament Nowej Zelandii

Zarezerwowaliśmy prom z firmą Bluebridge, która używa przystani w samym centrum. Widoki na miasto z górnego pokładu widokowego były wyśmienite. Prom był ogromny, jeden z największych na jakich miałem okazję być. Tata Sary skomentował że promy używane w Nowej Zelandii głównie pochodzą z Europy, podobnych używa się na morzu śródziemnym.

Wypływamy z portu. Rozmiar promu robił wrażenie

Wypływając z portu mieliśmy świetne widoki na miasto, jej również lotnisko i dolinę Hutt.

Po drodze rozmawialiśmy o tragedii promu Wahine w 1968 roku, największej tragedii morskiej w historii Nowej Zelandii. W trakcie strasznego sztormu, 53 ludzi straciło życie. Mama Sary była wtedy dzieckiem, ale pamięta że wtedy drzewa tak się wyginały na wietrze że dotykały ziemi koronami, a wiatr podrywał ją z nóg w trakcie drogi do domu ze szkoły, którą zamknięto w trakcie sztormu. Na szczęście mama trzymała ją za rękę. W dniu tej tragedii, wiatr w Wellington przekraczał prędkość 250 km/h.

Widok na zatokę Wellington Harbour i dolinę Hutt

Cały rejs spędziliśmy na górnym pokładzie widokowym. Poza oczywistą zaletą widoków, bycie na górnym pokładzie ułatwia poradzenie sobie z nudnościami. Cieśnina Cooka, która oddziela wyspę południową od północnej, jest stosunkowo wąska i morze jest zwykle bardzo niespokojne. Wiatry z Antarktydy przeciskają się tędy, powodując wielkie fale.

Wybrzeże na zachód od Wellington

Na szczęście nasz rejs był dość spokojny jak na tutejsze standardy, ale i tak ten wielki prom wyraźnie się kołysał a wiatr po prawej stronie był mocny, więc przenieśliśmy się na lewą, gdzie było o wiele spokojniej. Przy silniejszych wiatrach trzeba prawdopodobnie schować się na niższych pokładach.

Najlepsze widoki rozpoczęły się gdy wpłynęliśmy do Marlborough Straits. Wiatr ucichł i rozpoczął się spektakl. Północny czubek południowej wyspy składa się z wielu wysp i półwyspów o zakręconych liniach brzegowych.

Wpływamy do Marlborough Straits
Duży prom w wąskiej cieśninie

Prom przeciska się między kawałkami lądu, wąskimi przesmykami. Momentami ma się wrażenie bycia na jeziorze, zdala od morza. Coraz wyższe góry nas otaczały w trakcie zbliżania się do Picton. Widzieliśmy również duże statki rejsowe, które prawdopodobnie przybyły tu z Australii. Przez cieśniny płynęło się ponad godzinę, więc nawet zanim postawiłem stopę na wyspie południowej, byłem już pod dużym wrażeniem piękna tutejszych krajobrazów.

Zbliżamy się do Picton
Picton. W porcie duży statek rejsowy

Naszym celem we wtorek było miasteczko i wybrzeże Kaikoura, ale po wylądowaniu w Picton mieliśmy również w planach lepiej zapoznać się z Marlborough Sounds. Wybraliśmy się na trasę „Snout Track”, prowadzącą z obrzeży Picton na czubek półwyspu Snout. Droga do parkingu przy początku trasy była zamknięta ze względu na zagrożenie pożarowe, ale na szczęście trasa była otwarta (musieliśmy zacząć kawałek niżej). Niedaleko na zachód, w pobliżu Nelson, już od kilku tygodni buszują spore pożary. Na szczęście sytuacja jest pod kontrolą i nikt jeszcze nie ucierpiał, ale kilka budynków nie uchroniło się przed płomieniami. Będziemy w Nelson za tydzień, więc mamy nadzieję że sytuacja będzie już w pełni opanowana.

Na trasie Snout Track

Dzień był bardzo gorący (31°C) a trasa odsłonięta, więc doszliśmy tylko do najwyższego punktu, Queen Charlotte’s View, mniej więcej w połowie drogi, bez schodzenia na czubek półwyspu. Widoki były wspaniałe, zarówno z tego miejsca jak i po drodze.

Widok z Queen Charlotte’s view

Przy lunchu towarzyszyło nam kilka ptaków Bellbird. Ich piękny śpiew został mi w pamięci. W dodatku w drodze powrotnej trafiliśmy na nielotnego ptaka Weka, który wygląda trochę jak skrzyżowanie kiwi i dzikiego kurczaka z buszu. 🙂 Stosunkowo ufny i ciekawski ptak, podszedł do nas bardzo blisko.

Weka

Po drodze na wybrzeże Kaikoura, przejechaliśmy przez Blenheim i region winiarski Marlborough. Pochodzi stąd wiele białych nowozelandzkich win słynnych w Europie, np. Villa Maria i Oyster bay. Jednakże moja i Taty Sary miłość do piwa sprawiła, że zatrzymaliśmy się w lokalnym browarze Renaissance w Blenheim, zamiast winiarni. Nowa Zelandia słynie również z chmielu i piwa. Marlborough wyglądało na bardzo suche, spalone Słońcem miejsce. Blenheim chwali się byciem najbardziej słonecznym miejscem w kraju. Idealne do hodowania winogron, ale w tym roku chyba mają tu za mało deszczu.

W trakcie zbliżania się do Kaikoura nasza rozmowa nieuchronnie zeszła na temat trzęsienia ziemi w 2016 roku. To bardzo duże trzęsienie o sile 7.8 w skali Richtera zniszczyło drogę stanową nr 1 po której właśnie podróżowaliśmy, jak również linię kolejową biegnąca wzdłuż niej.

Na drodze nr 1 na północ od Kaikoura

Od 14 listopada 2016 do grudnia 2017 droga była całkowicie zamknięta. Obecnie, w lutym 2019, ciągle jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia żeby drogę i tory odpowiednio zabezpieczyć z dwóch stron: stromych zboczy na zachodzie, i oceanu na wschodzie. Ekipy robotników pracują cały czas i w wielu miejscach obowiązuje ruch wahadłowy w zależności od potrzeb planu robót. Wszędzie wzdłuż drogi na zboczach widać wielkie osuwiska spowodowane trzęsieniem, a w niektórych miejscach stare nieczynne tunele i fragmenty drogi – jak często w Nowej Zelandii, człowiek nabiera nowego szacunku do siły natury.

Wielkie osuwisko spowodowane trzęsieniem ziemi. Kontenery zabezpieczają drogę przed spadającymi kamieniami
Osuwiska wzdłuż drogi i skały wypiętrzone wskutek trzęsienia

Natura jednak idzie swoim torem, a trzęsienia ziemi są dla naszej planety normalne. Futrzane foki, które zawsze odwiedzały konkretne miejsca na tym wybrzeżu, wróciły w te same miejsca, mimo iż linia brzegowa się zmieniła wskutek wypiętrzenia lądu, w niektórych miejscach pojawił się nowy ląd o wysokości aż do 2 metrów. Wszędzie było widać skały o dziwnym, białym kolorze, które niedawno były stale pod powierzchnią morza, a teraz wystają ponad poziom wody nawet w trakcie przypływu. Na odbudowanej drodze jest fajne miejsce na postój, o nazwie Ohau, skąd można przyglądnąć się fokom, których tutaj są setki.

Foki wygrzewają się na Słońcu
Młode foki zwiedzają plażę

Kaikoura jest bardzo pięknie położona. Miasteczko jest nad oceanem, ale również blisko pasma górskiego o wysokościach dochodzących do 2600 m. Z plaży widać wierzchołki tych malowniczych gór. Musi tu być szczególnie pięknie w zimie, gdy zbocza są przykryte śniegiem.

Plaża w Kaikoura

Po szybkich odwiedzinach na plaży udaliśmy się na „fish and chips”. Kaikoura słynie z tego prostego i wyśmienitego dania, i „ryba z frytkami” naprawdę nie zawiodła – świeża ryba prosto z morza, była bardzo smaczna, a frytki chrupiące.

Główna ulica w Kaikoura

Wieczorem mieliśmy mały dramat z kwaterą, wskutek pomyłki właściciela który podwójnie zarezerwował miejsce dla nas i kogoś innego. Na szczęście u znajomych załatwił nam szybko inne miejsce, o wiele lepszym standardzie. Piękne widoki na góry z zastępczej kwatery były niezastąpione, i mieliśmy nawet jacuzzi w łazience. Czasami przypadek wyglądający na nieszczęście, okazuje się być błogosławieństwem. Nasz niedoszły gospodarz rozwiązał sprawę bardzo elegancko.

Kwatera zastępcza 🙂
Zachód Słońca oglądaliśmy z plaży południowej w Kaikoura
Wschód Słońca oglądaliśmy z zastępczej kwatery 🙂

Następnego dnia spakowaliśmy się wcześnie i wybraliśmy do podnóża gór aby przejść się po nietypowym lesie Hinau. Krótka trasa nie miała dobrych widoków, ale drzewa hinau oraz towarzyszące nam ptaki fantail były bardzo fajne. Zapoznałem się też przy okazji z punktem wypadowym, z którego można ruszyć w wyższe okoliczne góry, wliczając najwyższy szczyt masywu o wysokości ponad 2600 m, który wymaga umiejętności alpinistycznych. Niższy, Mt Fyffe o wysokości około 1600 m, można zdobyć w jeden dzień bez liny. Wyżej w górach, są tu też schroniska (lub chatki / schrony).

Najlepszy widok z trasy w lesie Hinau 🙂

Po zjechaniu do miasteczka spróbowałem kolejnego słynnego lokalnego przysmaku – omletu z małych rybek „Whitebait”. Te rybki są bardzo małe, więc do jednego omletu z dwóch jajek dodaje się kilkanaście, lub więcej, rybek. Omlet smakuje delikatnie, ale bardzo przyjemnie. Serwują go zwykle między dwiema kromkami chleba tostowego.

Kanapka z omletem z rybkami Whitebait

Ostatnią rzeczą którą zrobiliśmy w Kaikoura, był spacer po półwyspie na wschód od miasteczka. Jest tutaj wielka skalna półka, zalewana przez przypływ, dzięki czemu w trakcie odpływu można tutaj w wielu małych kałużach i stawkach znaleźć mnóstwo morskich istot. Krewetki, małże, kraby, małe rybki, podwodne ślimaki. Także foki lubią się tutaj wygrzewać na skałach w trakcie odpływu.

Małże. Nóż potrzebny żeby je od skały odkleić.

Gorąco polecam spacer tutaj, na południe do punktu widokowego Kean, w trakcie odpływu.

Punkt widokowy Kean, półwysep w Kaikoura

Czas nadszedł żeby ruszyć dalej, do Christchurch. Do usłyszenia niedługo 🙂

Przemek

Jezioro Waikaremoana, Te Urewera

Te Urewera i jezioro Waikaremoana to jedne z najbardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej Nowej Zelandii. Już sama podróż nad jezioro samochodem była przygodą. Jadąc na południe z Rotorua, musieliśmy przejechać 70 km drugą szutrową, ale po przejechaniu zaledwie trzech kilometrów w 30-stopniowym upale, samochód nagle zgasł i włączyła nam się awaryjna kontrolka od silnika.

Główna droga przez Te Urewera

Trochę strachu się najedliśmy, ale wierny wóz na szczęście odpalił z powrotem i pomyślnie przejechaliśmy następne 67 km szutru przez busz do naszego pola namiotowego nad jeziorem Waikaremoana. Po dojechaniu na miejsce samochód wyglądał paskudnie, a my potrzebowaliśmy piwo i dobrą kolację na odstresowanie 🙂

Na polu namiotowym

Po drodze widzieliśmy piękny wodospad Mokau, oraz mieliśmy pierwszy kontakt z Te Urewera i mieszkańcami regionu – głównie Māori z plemienia Tūhoe.

Wodospad Mokau

Wioski po drodze były bardzo małe, największa Ruatahuna (stolica regionu i jedyna stacja benzynowa po drodze z północy). Gęstość zaludnienia jest bardzo niska, a ten duży teren przecina tylko jedna droga (szutrowa stanowa 38, którą jechaliśmy). Co ciekawe, teren ten był parkiem narodowym od roku 1954 do roku 2014, ale teraz ma inny status. W świetle prawa Te Urewera uznawana jest za osobę, i posiada samą siebie. Ten status został ustalony po wielu konsultacjach z plemieniem Tūhoe, dla którego Te Urewera to zarówno dom rodzinny jak i „matka natura”.

Pole namiotowe nad jeziorem Waikaremoana było bardzo dobrze wyposażone i pięknie położone, polecam gorąco.

Widok z namiotu, Lake Waikeremoana Holiday Park

My zatrzymaliśmy się na nim głównie temu że znajduje się zaraz obok biura turystycznego plemienia Tūhoe, które organizuje transporty i rezerwację schronisk na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Naszym planem na następne 3 dni było zrobić tą 48 km trasę i w niedzielę wrócić do Wellington. Po zameldowaniu się na polu namiotowym w czwartek, załatwiliśmy wszystkie formalności związane z zostawieniem samochodu, transportem na start trasy w piątek i odbiorem z końca trasy w niedzielę, a także potwierdziliśmy rezerwację schronisk. Dodatkowo, ze względu na uszkodzenie mostu w trakcie zimowego sztormu w sierpniu, kilku-kilometrowy odcinek jest zamknięty, więc musieliśmy zorganizować transport łodzią wokół zamkniętego odcinka w sobotę popołudniu.

Co bardzo fajne, cały ten transport był darmowy, wliczając łódź motorową, co mnie trochę zdziwiło. Mieliśmy okazję porozmawiać z osobą z biura Tūhoe (Tina) na temat prowadzenia logistyki dla turystów i utrzymywania trasy oraz innych atrakcji wokół jeziora. Od kiedy park narodowy przestał istnieć, plemię jest odpowiedzialne za większość rzeczy tutaj, a rząd NZ tylko pomaga. Uważam że Tūhoe z wielką pasją starają się dzielić swoją ziemią i kulturą, ale muszą się prawdopodobnie nieco podszkolić w efektywnym zarządzaniu samej trasy wokół jeziora, która w kilku miejscach była zaniedbana. Z drugiej strony Tina mówiła o tym że to nie ziemia, ale ludzie muszą być zarządzani (chodzi np. o kampanię przeciw śmieceniu) – co jest świetne, ale też martwiące, ponieważ ta piękna trasa przez busz wymaga pracy nad utrzymaniem ścieżki w dobrym stanie. Mam nadzieję że pójdzie Tūhoe dobrze utrzymywanie tego miejsca w taki sposób, żeby turyści szukający kontaktu z przyrodą mogli tu przyjechać i się nim cieszyć. Jest to piękne miejsce i warto je udostępnić wszystkim. W trakcie trasy dowiedzieliśmy się od strażników w schroniskach o wielu kursach które robią, np. kontrolowanie szkodliwych gatunków, więc mam nadzieję że dadzą sobie radę.

Kończąc polityczne dywagacje, a wracając do opisu pięknych trzech dni spędzonych na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Po wczesnej pobudce w piątek i nakarmieniu rodziny kaczek, które nam towarzyszyły przy śniadaniu, stawiliśmy się o 8:30 w umówionym miejscu i jeepem zostaliśmy wywiezieni na początek trasy, do Onepoto.

Początek trasy

Nasz pierwszy dzień prowadził najpierw stromo do góry przez busz, a później granią przez najwyższy punkt trasy – szczyt Panekire o wysokości 1185 m. Widoki zapierały dech w piersiach. Jezioro wygląda jak wielki kleks, lub amoeba, z wieloma ramionami, wszędzie otoczone przez busz.

Jezioro Waikeremoana

Ma się uczucie bycia w środku niedostępnej dżungli. Pogoda była wyśmienita i każdy moment, kiedy otwierały się widoki, wydawał się idealnym momentem na postój.

Wyżej na grani, piękne miejsce na drugie śniadanie
Kolejny piękny punkt widokowy
Piękne stare umarłe drzewa na grani

Głównie szliśmy przez busz, który tutaj na wysokości był znacznie inny niż później niżej na poziomie jeziora (które jest na wysokości ok. 580 m). Widzieliśmy wiele ptaków występujących tylko w Nowej Zelandii – Tui, Rifleman, Kereru, Tomtit.

Busz na grani Panekire

Popołudniu zeszliśmy z grani do schroniska Waiapaoa na brzegu jeziora, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Schronisko, a raczej chatka w buszu, nie jest wyposażone w prysznice, więc w ramach kąpieli wskoczyłem do jeziora. Byłem otoczony dziesiątkami czarnych łabędzi, które tutaj nie występują naturalnie, więc są traktowane jako szkodniki. Klimat im jednak pasuje i rozmnażają się bardzo szybko – widzieliśmy dużo młodych łabędzi. Strażnicy parku będą musieli niestety trochę tych łabędzi usunąć żeby ochronić inne gatunki. Ugotowaliśmy pyszne jedzenie na kuchence JetBoil i wcześnie poszliśmy spać. W chatce było też 11 kobiet z jednej grupy, ale na szczęście udało nam się wyspać!

Kolacja godna restauracji 🙂

Zanim ruszyliśmy w drugi dzień, udało nam się również porozmawiać ze strażnikiem chatki. Māori z plemienia Tūhoe, nazywający siebie Bubbles, podzielił się z nami legendami związanymi z jeziorem i opowiedział trochę o sobie. Na jeziorze w konkretnych miejscach żyją tak zwane tāniwha, złe duchy. Nazwa Tūhoe znaczy „ludzie mgły”, ze względu na częstą mgłę nad jeziorem. Rozmawialiśmy też o legendzie stworzenia świata wg Māori, która wymagałaby osobnego wpisu żeby jej oddać szacunek. Co najważniejsze, Bubbles był bardzo gościnny i chętnie opowiadał, a co bardzo ciekawe, wrócił mieszkać, żyć i pracować w Te Urewera niedawno, po wielu latach spędzonych w Wellington. Czasami ma się dość miasta i zgiełku, i dobrze jest wrócić do swoich korzeni. Rozmawianie z ludźmi z plemienia Tūhoe było dla mnie jednym z najlepszych przeżyć w trakcie naszej wyprawy.

Drugi dzień wypełniony był pięknymi chwilami. Niedługo po wznowieniu marszu postanowiliśmy pójść nieco w bok (godzinę tam i z powrotem) żeby zobaczyć wodospady Korokoro.

Wodospad Korokoro

Wycieczka w bok była strzałem w dziesiątkę. Nie tylko wodospady były piękne (niemal jak z filmu Księga Dżungli), ale po drodze musieliśmy przejść przez duży strumień po skałach trzymając się liny niczym Indiana Jones.

Przekraczanie strumienia

Dalej trasa prowadziła brzegami jeziora, przez busz o nieco innej konsystencji niż dzień wcześniej na grani.

Maszerujemy wzdłuż jeziora
Busz na poziomie jeziora, drugi dzień marszu

Udało nam się zobaczyć rzadkiego nowozelandzkiego rudzika północnego (NZ North Island Robin), a także sporo dojrzałych srebrnych paproci (symbol NZ) oraz koru (rozwijające się liście paproci).

Koru. Z czasem zmieni się w liść paproci

Odcinek który był zamknięty ominęliśmy motorówką. Cudownie było być również w łodzi na jeziorze, i zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Nogi też już nas bolały i byliśmy zmęczeni 30° upałem, więc motorówka była mile widziana.

Motorówką dotarliśmy do chatki Waiharuru, najnowszej ze wszystkich na trasie.

Niedawno oddane do użytku schronisko Waiharuru

Stamtąd mieliśmy jeszcze dwie godziny marszu we wtorek. Trasa często prowadziła po wiszących mostach, co było dodatkową atrakcją.

Jeden z wiszących mostów na trasie

Na noc zatrzymaliśmy się w chatce Whananui. Byliśmy w niej sami, więc było dość klimatycznie. Tylko we dwoje, w buszu, myśląc o złych duchach Tāniwha żyjących w jeziorze, myśleliśmy że zasypianie zajmie chwilę, ale byliśmy zbyt zmęczeni żeby się czymkolwiek przejmować.

Schronisko (chatka) Wanganui

Trzeciego dnia w niedzielę dokończyliśmy trasę wokół jeziora Waikaremoana, równocześnie zaliczając pierwszą z tak zwanych „wielkich tras Nowej Zelandii”. Pogoda się nieco zmieniła, więc mogliśmy też doświadczyć słynnej tutejszej mgły.

W ostatni dzień jezioro wyglądało inaczej, ale również pięknie

O 10:00 zostawiliśmy odebrani jeepem z końca trasy.

Trasa ukończona 🙂

Samochód odpalił i na szczęście dał przejechać następne prawie 500 km. Droga z powrotem do Wellington była długa, ale też pełna fajnych widoków. Zebraliśmy kilka pomysłów na wycieczki w przyszłości, zwłaszcza Napier i winiarnie wokół Hastings. Pięknie wyglądały też góry pasma Ruahine.

Po drodze do Wellington. W oddali pasmo górskie Ruahine

W poniedziałek mieliśmy jeden dzień przerwy i przygotowań do wyjazdu na wyspę południową. Wieczorem udaliśmy się do Plimmerton, które musi być jednym z najlepszych miejsc na oglądanie zachodów Słońca w okolicy Wellington. Zawieźliśmy też samochód do mechanika. 🙂

Zachód Słońca nad wyspą Mana, zdjęcie zrobione z Plimmerton
Piękne kolory tuż po zachodzie Słońca

Od wtorku czeka nas 12 dni podróżowania po wyspie południowej, więc zachęcam do dalszego czytania!

Przemek

Rotorua

W Rotorua spędziliśmy dwa piękne dni pełne wrażeń z moimi przyjaciółmi, którzy niedawno wrócili do Nowej Zelandii (Auckland) ze Szkocji. Zarówno oni jak i Sara byli w Rotorua wielokrotnie, więc nie było żadnego problemu z wyborem atrakcji, każdy zasugerował jedno lub dwa ulubione miejsca.

Rotorua to miasto zbudowane dosłownie na terenie gorących źródeł, o bardzo wysokiej aktywności geotermalnej. Park w centrum miasta, do którego się udaliśmy w ramach przywitania z Rotorua, ma strumienie gorącej wody i stawy gotującego się błota.

Staw gotującego się błota, park Kuirau w Rotorua

Wszędzie słychać bulgotanie, para wodna dymi z szybów pomiędzy skałami, a w powietrzu unosi się zapach siarki.

Mostek przecinający jeziorko z gorącą wodą, park Kuirau w Rotorua

Co jakiś czas w parku otwierają się nowe szyby. Ostatnio na przykład pod parkingiem zapadła się ziemia i z nowej dziury dymi para wodna. Aż strach zaparkować samochód. 🙂

Po wizycie w parku udaliśmy się nad jezioro Rotorua, nad którym znajduje się miasto. Odwiedziliśmy Marae gdzie znajdują się dwa piękne Wharenui (domy spotkań Māori).

Marae w Rotorua, militarny cmentarz

Co ciekawe, na terenie Marae znajduje się tu również kościół anglikański i popiersie angielskiej królowej Elżbiety, otoczone maoryskimi totemami i symboliką, a także militarny cmentarz maoryskich weteranów wielu wojen, wliczając I i II wojnę światową (w której Māori walczyli po stronie aliantów). Jak zawsze w trakcie odwiedzania terenu Marae, zachowaliśmy ciszę oddając szacunek temu miejscu.

Następnego dnia zaczęliśmy od ulubionej atrakcji w Rotorua mojego kumpla – tak zwane „luge”. Podobne do zimowego saneczkarstwa lub bobsleji, „luge” polega na zjeżdżaniu po asfalcie w małych samochodzikach ze szczytu góry jedną z wielu starannie przygotowanych tras. Do wyboru były trasy dla początkujących, o średniej trudności i dla zaawansowanych. W trakcie zjazdu są liczne ostrzeżenia na temat ostrych zakrętów, a na początek jest szybki instruktaż obsługi samochodzików (co jest dość proste). Zabawa była przednia, a zrobienie kilku zjazdów ułatwiały wyciągi krzesełkowe, niczym jak na stoku narciarskim.

Wyjeżdżając na szczyt wzgórza, „Luge” w Rotorua
Zjeżdżając na dół, „Luge” w Rotorua

Trzy razy zjechaliśmy z kolegą po najtrudniejszej trasie, za ostatnim razem już mi szło dość dobrze, ale takiego weterana jak on pokonać nie mogłem. Dodatkową atrakcją były widoki ze szczytu wzgórza na miasto i jezioro.

Miasto i jezioro Rotorua. W tle wulkan Tarawera
Rotorua, nowozelandzkie Las Vegas 🙂

Po dawce adrenaliny w planach mieliśmy odwiedzenie Hamurana Springs. Niestety kiedyś darmowy park, teraz kosztuje $18 od osoby więc zrobiliśmy tylko kilka zdjęć w darmowej części. Czystość wody robiła wrażenie. Nieskazitelna, kompletnie przezroczysta woda, wypływa tutaj w dużych ilościach na powierzchnię ze źródła.

Hamurana Springs, na północy jeziora Rotorua
Kaczki w Hamurana Springs

Główną atrakcją dnia było odwiedzenie jezior na wschód od Rotorua. Pół godziny samochodem od centrum, ta piękna grupa jezior jest malowniczo położona w cieniu wulkanu Tarawera. Zaczęliśmy od „niebieskiego jeziora”, Tikitapu, w którym była bardzo ciepła woda, idealna do pływania.

Nad jeziorem Tikitapu
Jezioro Tikitapu, ujęcie z pobliskiego wzgórza

Po drodze do największego jeziora grupy, jeziora Tarawera, odwiedziliśmy tak zwaną „zakopaną wioskę”. Za tą kolejną atrakcją turystyczną z wysoką ceną wstępu ($35 od osoby), kryje się fascynująca historia, o której można było się dowiedzieć w darmowej części muzeum. Wulkan Tarawera wybuchnął ostatnio w 1886 roku i wielki lahar (lawina błota i magmy) zniszczył i zakopał kilka wiosek Māori. Dziś można zobaczyć dachy domów wystające z ziemi, smutny dowód na ogromną siłę natury, którą powinniśmy szanować. Erupcja zniszczyła również niezwykłe Różowe i Białe Tarasy, naturalnie wyrzeźbione z krzemionki cuda natury, które już w XIX wieku były słynne na cały świat.

Tak niegdyś wyglądały Różowe i Białe Tarasy nad jeziorem Rotomahana

Wtedy była to jedna z najważniejszych atrakcji Aotearoa. Niedawno naukowcy znaleźli ślady tych unikalnych tarasów zatopione pod powierzchnią pobliskiego jeziora Rotomahana. Niektórzy sugerują że warto to jezioro sztucznie opróżnić aby odsłonić tarasy, ale według mnie i większości Nowozelandzków lepiej zostawić naturę w spokoju. Znad brzegów jeziora Tarawera były piękne widoki na wulkan, który spowodował tą dewastację.

Jezioro i wulkan Tarawera

Po powrocie do centrum miasta odwiedziliśmy park, w którym znajduje się kilka zabytkowych budynków: muzeum regionalne (piękny budynek w stylu Tudor), stare łaźnie i polinezyjskie spa, wykorzystujące gorące źródła.

Muzeum regionalne w Rotorua, fascynująca architektura (styl Tudor)

Czas przyszedł żeby pożegnać się z naszymi przyjaciółmi z Auckland, i przygotować się do kilku następnych dni. Wybieraliśmy się do lasu Te Urewera, nad jezioro Waikaremoana, jednego z bardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej, więc duże zakupy były wymagane.

Zanim jednak tam dotarliśmy, mieliśmy w planach jeszcze kilka atrakcji w okolicy Rotorua. Późnym wieczorem w środę, po zapadnięciu zmroku, odwiedziliśmy las Redwoods. Rzadko kiedy wybieram się w nocy do lasu, ale tym razem było warto. Las jest oświetlony kolorowymi światłami, a wśród koron drzew wysoko nad ziemią poprowadzona jest ścieżka spacerowa, niemal jak w wiosce elfów.

Park Redwoods, nocny spacer w koronach drzew
Piękne kolory w parku Redwoods
Park Redwoods nocą, efektowne lampiony

Efekt jest magiczny. Specjalne oświetlenie budowało niezwykłą atmosferę. Jak zwykle w Rotorua nie zapłaciliśmy $29 za bilet na spacer po mostkach w koronach drzew, co również zaoszczędziło nam 30-60 minut stania w kolejkach, ale zamiast tego spacerowaliśmy za darmo na dole.

Następnego dnia, po drodze w kierunku Te Urewera, odwiedziliśmy wcześnie rano (żeby uniknąć tłumów) jedną z największych atrakcji regionu, park geologiczny i geotermalny Wai-O-Tapu.

W parku Wai-O-Tapu

Tym razem nie oszczędzaliśmy, i bilet kupiliśmy. Wybór miejsca za które warto zapłacić okazał się strzałem w dziesiątkę. Kolorowe kratery, gorące wodospady, tęczowe jeziorka, woda o niesamowitym turkusowym kolorze. Również, tarasy nieco podobne do tych zniszczonych przez wybuch Tarawera.

Wai-O-Tapu, kolorowy krater wyżłobiony przez parę
Wai-O-Tapu, tęczowe jezioro
Wai-O-Tapu, jasno zielone jeziora. Minerały nadają różne kolory wodzie
Wai-O-Tapu, tarasy z krzemionki silikonowej
Wai-O-Tapu, niesamowite jaskrawo zielone jezioro
Wai-O-Tapu, żółty, siarkowy stawik
Wai-O-Tapu, niesamowicie kolorowe brzegi tęczowego jeziora

Ostatnią rzeczą do zrobienia w okolicach Rotorua było wskoczenie do tej ciepłej wody, której tu tak dużo 🙂 Znajomi z Wellington powiedzieli nam o Kerosene Creek, ciągle jeszcze mało znanym miejscu w lesie, gdzie trzeba dojechać kawałek nieutwardzoną drogą szutrową.

Kerosene Creek

Żadnych biletów nie trzeba kupować. Strumień w lesie ma wodę o temperaturze około 40-45 stopni. Lokalni ludzie zbudowali małą tamę na przeciwko urokliwego wodospadu. Cudownie było odpocząć tu chwilę i zanurzyć się po szyję w ciepłej wodzie.

Prawie jak kąpiel w wannie 🙂

Następne trzy dni spędziliśmy w przepięknym i fascynującym pod wieloma względami Te Urewera. Te słowa na temat Rotorua piszę w samochodzie, wracając do Wellington z Te Urewera, więc następny post powinien być już na bieżąco.

Pozdrawiam i dzięki za czytanie,

Przemek

Park Narodowy Tongariro

We wtorek rano spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w drogę na wschód w kierunku Rotorua. Zanim jednak opuściliśmy Taumarunui, zatrzymaliśmy się przy lokalnym Wharenui, domu spotkań lokalnego plemienia Māori.

Wharenui w Taumarunui

Wharenui służy jako miejsce gdzie Māori spotykają się ze swoimi przodkami, jak również rodziną i pobratymcami. Budynek jest na terenie Marae, który zwykle jest kompleksem budynków i innych symboli plemienia, pełniących funkcje sakralne, społeczne i niekiedy również polityczne. Konstrukcja Wharenui reprezentuje świętego przodka plemienia, przód to twarz i ramiona, a belki wewnątrz równolegle do „ramion” to żebra. Wchodząc do Wharenui wchodzi się wewnątrz historii i „ciała” swoich przodków.

Wharenui w Taumarunui, widok z przodu

Turyści i goście odwiedzający te miejsca powinni wykazywać szacunek na terenie Marae, podobnie do bycia w kościele.

Po drodze do Rotorua, mieliśmy w planach odwiedzenie Parku Narodowego Tongariro. Centrum turystyczne parku znajduje się w wiosce Whakapapa, na wysokości ok. 1000 m. W centrum turystycznym znajduje się małe muzeum poświęcone geologii, naturze i historii trzech wulkanów, które się tu znajdują: Ruapehu, Ngaruhoe i Tongariro.

W muzeum w parku Tongariro, wewnątrz modelu Wharenui. Każde plemię Māori ma swój wzór

Ruapehu jest bardzo aktywny – miały miejsce trzy erupcje od 1995 roku. W centrum turystycznym są mapy pokazujące którędy lawa i tak zwane „lahary” (olbrzymie strumienie błota) by płynęły w przypadku erupcji, i jak się należy ewakuować.

Ruapehu z północy, zdjęcie zrobione później na trasie

Dowiedziałem się również wiele o olbrzymiej erupcji wulkanu Taupō, którego gigantyczny krater obecnie wypełnia największe i najgłębsze jezioro w Nowej Zelandii. Skutki tej erupcji w II wieku naszej ery, były widoczne w Chinach i odczuwalne w Europie, a teren na wschód został pokryty warstwą popiołu gruba na kilka metrów.

Jezioro Taupō wypełnia wielki krater nieczynnego wulkanu

Nie mieliśmy niestety czasu żeby wspiąć się na jeden z tych wulkanów. Na Tongariro można wyjść bardzo popularną trasą (słynne Tongariro Crossing), i można też wyjść trasą turystyczną do jeziora w kraterze Ruapehu, ale Ngaruhoe jest tylko dostępny dla alpinistów. Zamiast zdobywać szczyty, udaliśmy się na 2-godzinny spacer do wodospadów Taranaki.

Wodospad Taranaki

Pogoda była kiepska gdy zaczynaliśmy, ale później się wypogodziło. Wodospady były bardzo malownicze, skarłowaciały las inny niż busz na niższych wysokościach, a widoki na Ruapehu w drugiej części trasy, wyśmienite.

Kwiat drzewa Manuka. To nektar tych kwiatów pozwala nowozelandzkim pszczołom na produkcję pysznego miodu Manuka

Widzieliśmy doliny usiane świeżymi skałami zbudowanymi z zastygłej magmy podczas trzech erupcji w ostatnich 23 latach. Wulkaniczny klimat tego parku narodowego jest bardzo warty uwagi.

Dolina wypełniona świeżymi skałami wulkanicznymi
Bliższe ujęcie na skały wulkaniczne

Z ciekawostek dla fanów Władcy Pierścieni, na Tongariro i Ngaruhoe kręcono sceny w Mordorze. Tongariro w filmie reprezentuje Plains of Gorgoroth, a Ngaruhoe służyło za Mount Doom (Góra Przeznaczenia).

Przykryte chmurami Ngaruhoe i Tongariro

Po drodze do Rotorua, mieliśmy jeszcze dwa świetne przystanki we wtorek. Drogą stanową numer 1 przejechaliśmy wzdłuż jeziora Taupō (czyli defacto po obrzeżach krateru starożytnego nieczynnego wulkanu) i zatrzymaliśmy się w kilku miejscach żeby podziwiać piękne widoki. Māori mówią że Taupo to wewnętrzne morze, co nawet ma odzwierciedlenie w nazwie Taupōmoana której używają („moana” znaczy morze w języku Māori).

Nad jeziorem Taupō

Ostatnią atrakcją przed dotarciem do Rotorua były niesamowite Huka Falls. Pierwszy europejczyk który je zobaczył (pułkownik brytyjskiej armii imperialnej), skomentował że w przyszłości będą one celem turystycznym, ze względu na swoje gwałtowne piękno. Nie mylił się.

Kaskady wodospadu Huka

Olbrzymie ilości wody rzeką Waikato wypływają z jeziora Taupō i kilkoma kaskadami zakończonymi 7 metrowym wodospadem, pędzą w dół kanionu.

Wodospad Huka

Siła rzeki Waikato jest wykorzystywana do produkcji czystej energii – sieć elektrowni wodnych w dół rzeki od wodospadów Huka produkuje olbrzymie ilości energii. Wszystkie elektrownie będące częścią systemu Waikato produkują aż 15% zapotrzebowania na energię kraju.

Wieczorem we wtorek dotarliśmy do Rotorua, gdzie się spotkamy z moimi przyjaciółmi, których poznałem w Glasgow, ale teraz mieszkają z powrotem w Nowej Zelandii. Rotorua jest dużym centrum turystycznym, z dobrych powodów: to Nowozelandzka stolica gorących źródeł i aktywności geotermalnej wszelkiej rodzaju. Następny post będzie o tej niezwykłej okolicy.

Pozdrawiam,

Przemek

Kajakowy spływ rzeką Whanganui

Na poniedziałek zaplanowaliśmy spływ kajakowy rzeką Whanganui. Rząd Nowej Zelandii w ostatnich latach promuje tak zwane „wielkie trasy Nowej Zelandii”. Do tego grona zaliczają się takie legendarne miejsca jak Milford Sound oraz Abel Tasman. Większość z tych tras to wycieczki piesze, z jednym wyjątkiem. Wyprawa kajakiem w dół Whanganui z Taumarunui do Pipiriki zajmuje 5 dni. Po drodze można spać na polach namiotowych wzdłuż rzeki. Jest to wspaniały sposób na odwiedzenie parku narodowego Whanganui, które rozciąga się między Taumarunui i Pipiriki (mniej więcej).

My mieliśmy w planach zaliczyć tylko pierwszy dzień tej trasy, z Taumarunui do Ohinepane, 22 km w dół rzeki. Na tym odcinku jest kilkadziesiąt katarakt o skali trudności 1 do 2 – idealny spływ dla początkujących.

Stąd wyruszyliśmy

Wycieczkę zarezerwowaliśmy z lokalną rodzinną firmą „Taumarunui Canoe Hire & Jet Boat Tours„. Wszystko było wspaniale zorganizowane. Na początek przekazano nam teorię sterowania dwuosobowym kajakiem typu „canoe”. W kajakach tego typu obie osoby mają jednostronne wiosło, osoba z tyłu steruje i daje komendy zmiany strony wiosłowania. Po teoretycznym przygotowaniu i ustaleniu logistyki odbioru z Ohinepane, dostaliśmy beczkę na nasz sprzęt i zeszliśmy do rzeki odebrać kajaki.

Zanim nas puszczono na rzekę musieliśmy udowodnić że potrafimy wspólnie wiosłować. Manewr zawracania nie był najłatwiejszy ale udało się nam się szybko opanować podstawy techniki i dziesięć minut później byliśmy już w trasie, zmierzając ku pierwszym zpiętrzeniom rzeki.

Gotowi do drogi

Pierwsze kilka katarakt należało do najtrudniejszych. Na jednej wlało nam się na tyle wody do środka że musieliśmy się zatrzymać i się jej pozbyć. Na kolejnej, na łuku, obróciło nas o 180 stopni po wewnętrznej stronie nurtu, ale łatwo z tego wyszliśmy. Od początku adrenalina skoczyła. Zabawa była przednia. Kilka kilometrów w dół rzeki, czuliśmy się już pewniej. Nurt nigdy nie był na tyle mocny żeby było niebezpiecznie.

Trudno przecenić przyjemność wiosłowania po pięknej rzece w słoneczny dzień

Poza miejscami gdzie rzeka przyśpiesza, było też dużo innych atrakcji po drodze. Otaczał nas piękny busz, który w trakcie przerw mogliśmy oglądnąć z bliska.

Busz na brzegach Whanganui

W jednym miejscu spotkaliśmy stado kaczek, conajmniej 40 kolorowych rajskich kaczek („paradise duck”). Widzieliśmy też dużo kereru, oraz wielkich ważek. Poza nami był tylko jeden inny kajak na rzece o tej porze dnia. Poza tym tylko raz w ciągu 5 godzin minął nas „Jet boat”. Dzięki temu odosobnieniu mogliśmy cieszyć się prawdziwym kontaktem z piękną przyrodą. Było wiele malowniczych i cichych miejsc na trasie. Cieszyliśmy się spokojną atmosferą.

Na prawym brzegu, około 5 km od startu
Na lewym brzegu, około 8 km od startu

Pół godziny przed końcem trasy zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, w miejscu gdzie tablica reklamowała kawiarnię.

Kajaki zacumowane

Po zacumowaniu kajaka i zjedzeniu lunchu na brzegu, wyszliśmy ścieżką do góry przez busz na farmę lawendy. To piękne miejsce obsługuje klientów przybywających zarówno od strony rzeki, kajakami, jak i od strony drogi, głównie samochodami. Pola lawendy przypominały mi Prowansję w południowej Francji.

Na farmie lawendy. Piękny zapach wypełniał powietrze
Panoramiczne ujęcie farmy lawendy

Po przerwie ciężko było wrócić na twarde siedzenie i do ciężkiej pracy przy wiośle. 🙂 Rzeka miała dość niski poziom, co oznaczało dużo wiosłowania na wolnych odcinkach.

Po dotarciu do mety, wyciągnęliśmy kajak na brzeg i odpoczywaliśmy czekając na transport. Ja wykorzystałem ten moment żeby popływać. Sara drzemała na plaży.

Pływanie w rzece Whanganui
Zasłużony odpoczynek

Zostaliśmy odebrani zgodnie z umową, o 16:30. Po drodze do Taumarunui nasz kierowca, który był również wcześniej naszym instruktorem przez wyruszeniem na trasę, opowiedział nam trochę o swojej rodzinnej firmie i miasteczku. Ludzie żyją tutaj głównie z turystyki oraz upraw rolnych. Miejsce jest gorące w lecie (o czym się dziś przekonaliśmy!), a w zimie gości wielu narciarzy którzy jeżdżą na stokach na Mt Ruapehu, 50 minut jazdy samochodem stąd.

Wieczór upłynął na regeneracji, ponieważ ramiona się sporo napracowały. Słońce nas też przypaliło w miejscach które niefortunnie ominęliśmy w trakcie nakładania olejku do opalania – pomyłka której nie zamierzam powtórzyć. W Nowej Zelandii Słońce naprawdę strasznie grzeje i pali odkrytą skórę. Nad krajem niestety jest sporo dziura ozonowa, co powoduje jedne z największych na świecie poziomy promieniowania UV w słoneczne dni.

Jutro ruszamy w stronę Rotorua, a po drodze odwiedzimy park narodowy Tongariro.

Do następnego posta,

Przemek

W drodze do Taumarunui

Późnym popołudniem w niedzielę pożegnaliśmy się z miastem Whanganui, ale jeszcze nie z rzeką, o czym się niedługo przekonacie. Rzeka ma źródła dość daleko na północ, i naszym celem dzisiaj było miasteczko Taumarunui, które jest w punkcie zbiegu rzek Ongarue i Whanganui. Będąc u styku rzek, miejsce to było też zawsze ważne dla Māori przed przybyciem Europejczyków. Co ciekawe, Taumarunui od dawna było też ważnym rozjazdem kolejowym, a na torowisku tamże „pociągi odchodzą na emeryturę”. Widzieliśmy wiele starych składów stojących na poboczach, nadających miasteczku swoistego klimatu.

Zanim tam dotarliśmy, czekała nas podróż przez piękne tereny. Droga była kręta a widoki z samochodu wyśmienite. Kolor żółty powoli znikał a wzgórza robiły się coraz bardziej zielone – w terenach dalej od miejsc zamieszkanych busz ciągle pokrywa większość terenu.

Busz i wzgórza, zdjęcie zrobione z samochodu

Rzeka nigdy nie była zbyt daleko od nas. Przekraczanie rzek i wąwozów od dawna było wyzwaniem dla lokalnych inżynierów.

Imponujący most kolejowy Makatote Viaduct

Wspaniały był moment w których zauważyliśmy wulkan Ruapehu. Pierwsza prawdziwa duża góra którą miałem przyjemność zobaczyć z bliska w Nowej Zelandii była pokryta dużą ilością śniegu, co mnie zaskoczyło. Wysokość wyjaśnia obecność takich ilości śniegu w środku lata – 2797 metrów nad poziomem morza. Również, patrzyliśmy na ścianę południową, która na południowej półkuli dostaje mniej Słońca. Wszystko jest na odwrót na tej stronie Świata. 🙂 „Północne ściany” budzące trwogę wśród europejskich alpinistów, tutaj są zwykle łatwiejszymi propozycjami. Co ciekawe Ruapehu jest czynnym wulkanem – Sara pamięta erupcję w 1995 roku. Nawet przyjechali tu specjalnie z rodziną w 1995 roku, żeby popatrzeć na dymiącą górę.

Ruapehu, aktywny wulkan, 2797 m

Nieco dalej mieliśmy świetne widoki na kolejne wulkany – Ngaruhoe oraz Tongariro, od którego pochodzi nazwa parku narodowego po granicy którego przejeżdżaliśmy.

Na granicy parku narodowego Tongariro

Tongariro to dużo niższy szczyt, 1978 m, ale o wiele bardziej popularny wśród turystów dzięki widokom i wulkanicznej przyrodzie. Codziennie setki ludzi trawersując go trasą „Tongariro Crossing”. My planujemy trasę w okolicy Tongariro, ale nie słynny „crossing”. Może kiedy indziej, poza głównym sezonem, wrócimy na Tongariro.

Wulkan Ngaruhoe (aktywny), 2291 m. Zaraz za nim Tongariro (nieaktywny)

Po dotarciu do Taumarunui, wieczór spędziliśmy na naszej kwaterze – tym razem zatrzymujemy się w pięknej drewnianej chatce i mamy mały ogródek w którym możemy zjeść kolację.

Jutro duża atrakcja, spływ kajakowy rzeką Whanganui! Pojutrze wracamy w okolice Tongariro, więc zapraszam do dalszego czytania.

Pozdrowienia z pięknej Aotearoa,

Przemek

Wybrzeże Whanganui

Jak można było się spodziewać obozując na farmie, zostaliśmy obudzeni przez piejące koguty i gdakające kaczki. Mimo przyrzekania że zrobimy z nich rosół wieczorem, nasze serce zmiękło po śniadaniu i nakarmiliśmy je zgodnie z planem.

Śniadanie na farmie

Dzisiejsze podróżowanie rozpoczęliśmy od wizyty na sobotnim targu nad rzeką w centrum miasta. Lokalni rzemieślnicy i artyści mieli tam liczne stoiska, było też dużo dobrego jedzenia. Trafiliśmy na pokaz „raku„, czyli japońskiego tradycyjnego sposobu wypalania ręcznie robionej ceramiki.

Pokaz wypalania ręcznie robionej ceramiki

Na jednym ze stoisk można było kupić biżuterię zrobioną z pounamu, nowozelandzkiego jadeitu. Tylko Māori mają prawo używać tych kamieni w celach komercyjnych, lub wydawać licencję na ich używanie. Whanganui jest znane z żywej sceny twórczej, i wielu utalentowanych wykonawców miało tu swoje stoiska. Przeszliśmy się również po centrum miasta, i przyglądnęliśmy architekturze, a także pospacerowaliśmy wzdłuż rzeki.

Bardzo ciekawa rzeźba. Kula z oplatająca ją mapą rzeki od źródeł do ujścia
Architektura wiktoriańska w centrum Whanganui
Historyczny parowiec oferuje turystyczne rejsy po Whanganui

Naszym głównym celem w sobotę była plaża Ototoka, położona kilkanaście kilometrów na północ od Whanganui.

W drodze na plażę Ototoka z parkingu

Warto było przejechać te kilka kilometrów drogą szutrową aby tam dotrzeć. Plaża może pochwalić się czarnym piaskiem, klifami pełnymi muszel i skamielin sprzed milionów lat, oraz świetnymi warunkami dla paralotniarzy. Jest bardzo szeroka, i mało uczęszczana. Spędziliśmy kilka godzin na odpoczywaniu, pływaniu, czytaniu, wyszukiwaniu ciekawych muszel i kamieni, oraz oglądaniu paralotniarzy.

Czarny piasek i paralotniarze
Plażowe znaleziska. Kamień w środku szczególnie ciekawy dzięki odbitym wzorom

W drodze powrotnej na farmę zjedliśmy pizzę nad rzeką. Po pływaniu zawsze mam ogromny apetyt. Ludzie na spacerach z psami musieli powstrzymywać swoich ulubieńców od poczęstowania się kawałkiem. Późny wieczór na farmie spędzony został podobnie jak poprzedni, do rozrywek dołączyła gra planszowa podobna do Scrabble – Bananagramz, polecam. Nasi znajomi następnego dnia wracali do Wellington, a my dalej ruszaliśmy we dwójkę. Umówiliśmy się na ponowne spotkanie w Wellington pod koniec naszego pobytu w Nowej Zelandii.

Rano w niedzielę szybko zwinęliśmy namioty i pożegnaliśmy się z kaczkami. Przed rozpoczęciem następnego etapu podróży chcieliśmy odwiedzić najlepszy punkt widokowy w Whanganui – ponad 30 metrową wieżę na szczycie Durie Hill. Na wzgórze można dostać się za pomocą tunelu o długości 213 metrów połączonego z windą, która wyjeżdża na szczyt wzgórza.

Ta bardzo nietypowa konstrukcja została oddana do użytku w 1916 roku. Po dotarciu windą na szczyt wzgórza, czekało nas jeszcze 176 stopni żeby dostać się na platformę widokową na szczycie wieży, która upamiętnia żołnierzy poległych w pierwszej wojnie światowej.

Tablica ku pamięci poległych żołnierzy

Nowozelandzcy żołnierze walczyli na wielu frontach tej wojny, a zwłaszcza pod Galipoli w Turcji cierpieli najbardziej. Walczenie w tej wojnie scementowało kraj i pomogło zdefiniować nowy Nowozelandzki naród, który szybko później uzyskał niepodległość od Wielkiej Brytanii. Widoki ze szczytu wieży były wspaniałe i warte wysiłku. Miasto, morze, rzeka, żółte wzgórza i busz nas otaczały.

Widok na Whanganui i morze Tasmana
Widok na wschód w kierunku niezliczonych żółtych wzgórz

Przed opuszczeniem wybrzeża i udaniem się na północ wgłąb wyspy północnej, po raz ostatni odwiedziliśmy brzegi rzeki i zrobiliśmy kilka świetnych zdjęć na spacerowej promenadzie w zachodniej części miasta, blisko ujścia Whanganui.

Ja i Sara nad rzeką Whanganui

Do usłyszenia niedługo i dzięki za czytanie. Od jutra lekka zmiana krajobrazu i tempa naszej przygody. Przed nami wycieczka kajakowa oraz piesza wędrówka.

Przemek