W środę wieczorem dojechaliśmy do Christchurch. Było już dość późno, więc nie wjeżdżaliśmy do centrum – zamiast tego udaliśmy się do browaru rzemieślniczego Laboratory na obrzeżach miasta, w Rolleston. Piwa były bardzo dobre, a pizza jeszcze lepsza. W Christchurch zatrzymaliśmy się na 3 noce u przyjaciółki rodziny Sary, Margo, która mieszka w Rolleston. Środowy wieczór upłynął na rozmowach o naszych podróżach, a także trzęsieniach ziemi które zniszczyły znaczną część centrum Christchurch w latach 2010 – 2012. Niestety 185 osób straciło życie, a zniszczenia były tak rozległe, że do dzisiaj wyraźnie widać skutki, o czym więcej napiszę nieco niżej.
W czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę na malowniczy półwysep Banks i nad zatokę Akaroa. Półwysep jest pozostałością olbrzymiego wulkanu. Zatoka Akaroa wypełnia krater, który w trakcie dramatycznej erupcji został wypełniony wodą morską. Granie pasm górskich na półwyspie to obręcz starożytnego krateru wulkanu. Pogoda była wyśmienita, co było świetne ze względu na zaplanowany rejs po zatoce.

Po drodze do Akaroa zatrzymaliśmy się przy jeziorze Ellesmere i mierzeji oddzielającej go od oceanu, w miejscu o nazwie Birdlings Flat. Ten bardzo suchy półwysep jest domem dla jednego z dwóch jadowitych pająków w Nowej Zelandii – Katipo. Na szczęście pająki Katipo są rzadkie. Żeby ich uniknąć należy nie chodzić po krzakach przy plaży (na otwarty piasek lub kamienie Katipo się raczej nie zapuszczają).

Droga do Akaroa była bardzo ciekawa. Wysoka przełęcz otworzyła dostęp do zatoki schowanej w centrum półwyspu. Wysokie wzgórza otaczają port i miasto. Co ciekawe, Akaroa rozpoczęła jako francuskie osiedle w Nowej Zelandii. Francuzi mieli ambicje skolonizować te wyspy i dołączyć je do imperium francuskiego (lub przynajmniej wyspę południową). Historia inaczej się potoczyła i francuscy osadnicy dotarli do Akaroa zaledwie kilka tygodni po Brytyjczykach, którzy zdążyli już wywiesić tu flagę. Brytyjczycy jednak pozwolili kolonistom założyć osiedle. Do dzisiaj widać i słychać francuskie wpływy w Akaroa.

Po krótkim spacerze i porannej kawie, wsiedliśmy na pokład statku firmy Akaroa Dolphins. Wybieraliśmy się na rejs mający na celu znalezienie delfinów hector i małych niebieskich pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Zatoka jest idealnym miejscem na wycieczki przyrodnicze. W cenie biletu dostaliśmy po piwku lub szklance wina, i ruszyliśmy w drogę.

Bardzo szybko trafiliśmy na pierwsze delfiny, których w okolicy mieszka aż ponad 1000 (w lecie). Miejsca na dziobie łodzi zapewniały nam bliski kontakt z delfinami i dały okazję zrobienia im wielu dobrych zdjęć. Rejs był fantastyczny, ponieważ znaleźliśmy też najmniejsze na świecie pingwiny (40-45 cm długości), występujące w Nowej Zelandii i południowej Australii. Były też foki, południowe jastrzębie, oraz świetne widoki na wzgórza i klify, a także fajny komentarz od skippera.



W drodze powrotnej z Akaroa odwiedziliśmy Lyttleton. Ten pięknie położony port i wioska rybacka była ważnym miejscem w historii regionu Canterbury. To tutaj przybyło większość osadników, którzy założyli Christchurch, stolicę regionu. Tutaj przybiły do brzegu pierwsze cztery statki wyprawy kolonizacyjnej wysłanej do tej części wyspy południowej w roku 1850 przez Imperium Brytyjskie. Ludzie Ci byli znani jako „Canterbury Pilgrims”. Kolonizacja była kontynuowana i latach 1860 – 1870 na jednym ze statków, Salisbury, przybyli do Lyttleton przodkowie Sary od strony jej Mamy.

Piątek przeznaczyliśmy na zapoznanie się z centrum miasta. Wczesnym rankiem jednakże, wybrałem się do centrum antarktycznego, znajdującego się zaraz obok lotniska. Christchurch jest miejscem z którego zaopatrywana jest największa baza na Antarktydzie – McMurdo, a także nowozelandzka baza Scott. Amerykanie, do których należy McMurdo, mają umowę z Nową Zelandią i używają Christchurch jako bazy zaopatrzeniowej dla swej bazy. Znajduje się tutaj wielki magazyn sprzętu (w McMurdo w lecie mieszka do 1200 osób!), oraz samoloty C-130 Hercules i C-17 Globemaster III. Ten drugi to największy samolot latający na Antarktydę. Lot Globemaster’em z Christchurch do McMurdo trwa tylko 5 godzin.
Turystyczna atrakcja związana z Antarktydą jest więc bardzo na miejscu w Christchurch. Wizyta była bardzo udana, muzeum oferuje dobrą równowagę pomiędzy przekazywaniem informacji w tradycyjny sposób i interaktywnymi atrakcjami. Poza dowiedzeniem się wiele na temat geografii, geologii, badań naukowych i życia na Antarktydzie, miałem okazję z bliska zapoznać się z psami husky (ze schroniska dla bezdomnych psów), zobaczyć karmienie szesnastu przyjaznych pingwinów (również wszystkie uratowane), a także przejechać się pojazdem Hägglund i zakosztować symulacji antarktycznego sztormu. Zwłaszcza przejazd pojazdem Hägglund po torze przeszkód był bardzo ciekawy – te pojazdy potrafią przejechać nawet ponad szczelinami lodowcowymi o szerokości 1.5 metra, wyjechać po 45° zboczu, a także poruszać się na powierzchni wody (jako amfibia). Bilet kosztuje sporo ($60), ale w Internecie można łatwo znaleźć kupony dające do 45% zniżki i warto się wybrać jeśli Cię kręci ten temat.


Popołudniu zwiedziliśmy centrum Christchurch. Zaczęliśmy od muzeum regionu Canterbury, gdzie było kilka kompletnych szkieletów Moa. Te niestety już wymarłe ptaki występowały tylko tutaj. Moa były największymi lądowymi zwierzętami w Nowej Zelandii. Niestety zostały wybite przez Māori jeszcze przed przybyciem Europejczyków do Nowej Zelandii, ze względu na ich oczywistą przydatność jako źródło pożywienia.

Zaraz obok muzeum znajduje się piękny budynek, w którym niegdyś znajdował się między innymi Uniwersytet Canterbury – jeden z najstarszych w NZ. Dzisiaj jest tutaj Centrum Sztuki, a uniwersytet ma nowe budynki. Budynek ucierpiał w trzęsieniach ziemi w lutym 2011, a także w czerwcu 2011. Wieża obserwatorium się zawaliła, a kilka innych ścian i wież popękało. Budynek ma duże znaczenie historyczne dla miasta, więc jest w trakcie restoracji. Wieża obserwatorium ma być odbudowana głównie z tych samych materiałów i oddana do użytku w 2021 roku. Piękny witraż w głównej hali już odrestaurowano.


Dalszy spacer po mieście w pełni odsłonił dewastację jaką trzęsienia ziemi w 2011 roku spowodowały. W centrum miasta główna katedra leży w ruinach. W jej odsłoniętej głównej nawie dzisiaj mieszkają gołębie. Cały obszar wokół katedry jest odgrodzony. Niedawno podjęto decyzję o odbudowaniu katedry i zebrano na to środki. Potrwa to jednak wiele lat, prawdopodobnie conajmniej 10-20 lat. Niedaleko stąd otwarto „kartonową katedrę”, wg projektu japońskiego architekta. Ta lekka konstrukcja z belek zrobionych ze sprasowanej tektury ma służyć dopóki główna katedra nie zostanie odbudowana. Imponująca zastępcza katedra niestety nie jest bez wad, i nie są władze miasta pewne ile wytrzyma.


W pobliżu katedry są dwa bardzo poruszające pomniki upamiętniające tragedię trzęsień ziemi. W jednym miejscu 185 pustych białych krzeseł upamiętnia 185 ludzi którzy stracili życie. Niedaleko stamtąd jest plac i pomnik w miejscu gdzie stał budynek CTV, który się kompletnie zawalił, składając jak akordeon i odbierając życie 115 osobom.

Wybraliśmy się też nad rzekę Avon po drugiej stronie centrum. Idąc tam przeszliśmy obok kompletnie nowych budynków. Centrum miasta poza kilkoma budynkami zostało całkowicie rozebrane wskutek dużych zniszczeń i jest odbudowywane wg nowych planów. Budynki które się nie zawaliły, i tak musiały zostać rozebrane. Wskutek trzęsień ziemi, Christchurch spadło na trzecie miejsce na liście największych miast NZ, pod kątem populacji, wyprzedzone przez Wellington. To głównie dlatego że ludzie przenieśli się do miasteczek i wiosek na obrzeżach i opuścili dzielnice blisko centrum, które ucierpiały najbardziej. Nad rzeką doszliśmy do ostatniego poruszającego pomnika – listy imion osób które straciły życie.

Co dość niesamowite, przypadkiem byliśmy w centrum Christchurch dokładnie w 8 rocznicę lutego trzęsienia – 22 lutego. Miasto obecnie jest nietypowym miejscem do odwiedzenia. Bardzo poruszające, ale też budujące – dobrze widzieć siłę mieszkańców, którzy odbudowują miasto. Ciekawie będzie wrócić za 10 lat i zobaczyć dokończoną nową wersję miasta, wypełnioną również uratowanymi historycznymi budynkami tam gdzie to było możliwe, lub miało sens.

W sobotę ruszaliśmy dalej w drogę, na południe, i wgłąb kraju. Przed nami góry, Alpy Nowozelandzkie. 🙂
Dzięki za czytanie dla wszystkich którzy ciągle śledzą! Poślijcie linka znajomym jeżeli Wam się dobrze czyta 🙂
Przemek
