Ostatnie kilka dni naszej wspaniałej podróży do Nowej Zelandii spędziliśmy w stolicy oraz po drugiej stronie zatoki w miasteczku Petone, które może się poszczycić fascynującą historią – o czym więcej nieco dalej.
W Wellington było jeszcze wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia, więc w środę rano (6 marca) wskoczyliśmy w pociąg w Tawa. Tym razem z dworca ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Muzeum Narodowego Te Papa. Okolice portu są świetne zagospodarowane, na estakadach znajdują się restauracje i inne budynki, a duże stare magazyny portowe przerobione są na hale sportowe.

Zauważyłem na przykład boiska do piłki nożnej i ściankę wspinaczkową. W wielu miejscach można zejść po drabinkach do wody, często też przy drabinkach dryfują platformy ułatwiając dostęp. Widzieliśmy wielu ludzi pływających między różnymi miejscami nabrzeża, na odcinku pomiędzy muzeum miasta Wellington i muzeum narodowym Te Papa. Niektórzy wellingtończycy najwyraźniej lubią pływać w zatoce, w ramach rozruchu w trakcie lunchu, a spore fale im nie straszne.

Wstąpiliśmy na chwilę do Galerii Sztuki Wellington (City Gallery Wellington) przy Civic Square, gdzie mieliśmy okazję zapoznać się ze świetną wystawą poświęconą zespołowi From Scratch. Można było zobaczyć dziwaczne instrumenty stworzone przez tych eksperymentalnych nowozelandzkich muzyków (na niektórych można było nawet spróbować zagrać!), posłuchać ich muzyki, a także zastanowić się nad właściwościami dźwięku skacząc po kamieniach różnego typu (co produkowało różne dźwięki). Cała wystawa pozwalała odwiedzającym chociaż nieco zrozumieć inspiracje i proces twórczy zespołu From Scratch.

Po wyjściu z galerii, przyszedł czas na przerwę – wypiłem kolejną wyśmienitą wellingtońską kawę i zjedliśmy odświeżające lody na nabrzeżu patrząc na pływaków i zatokę. Pogoda była świetna, ale czuć było nadchodzącą zmianę – wiatr się wzmagał. Do tej pory nie było mi dane poczuć słynnego wellingtońskiego wiatru, ale w ciągu następnych dwóch dni miałem tą przyjemność 🙂

Naszym głównym celem w środę (poza wieczornym piwkiem i spotkaniem z Jasmine i innymi znajomymi) była wizyta w muzeum narodowym Nowej Zelandii – Te Papa. Budynek muzeum jest zbudowany przy wykorzystaniu technologii „izolacji fundamentów” (base isolation). Ta technologia nowozelandzkiego autorstwa pozwala temu pięknemu budynkowi wytrzymać nawet bardzo silne trzesięnia ziemi. Specjalnie zaprojektowane podziemne pomieszczenie, niedaleko od głównego wejścia do muzeum, pozwala przyglądnąć się izolatorom i poczytać o tej technologii.

Muzeum narodowe składa się z wielu wystaw, i trudno jest zobaczyć wszystko w jeden dzień. My postanowiliśmy wybrać trzy wystawy, zaczynając od specjalnej ekspozycji poświęconej historii kampanii Gallipoli, pod tytułem „Gallipoli: The Scale of Our War”.

Tragiczna w skutkach bitwa o Gallipoli, w Turcji w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, jest miejscem gdzie wielu nowozelandczyków cierpiało i straciło życie, ale także miejscem gdzie nowozelandzki naród pokazał swoją siłę i determinację. Połwysep Gallipoli strzeże wejścia do morza Marmara, i dalej do Istambułu i morza Czarnego, i wg planu aliantów (a dokładnie Winstona Churchilla), inwazja i przejęcie kontroli nad tym rejonem miało spowodować pokonanie Imperium Ottomańskiego (sprzymierzonego z Niemcami i Imperium Austro-Węgierskim). Plan ten się nie udał, a tysiące żołnierzy dywizji Anzac (Australia New Zealand Army Corp), którzy wylądowali w bardzo trudnym terenie na plaży otoczonej stromymi wzgórzami (miejsce dziś znane jako Anzac Cove), musiało tu wytrzymać 8 miesięcy pod ciągłym ostrzałem w trakcie beznadziejnej walki z przeważającymi liczebnie wojskami tureckimi. Ewakuacja po 8 miesiącach udowodniła że inwazja była złym pomysłem. Wylądowali tam głównie młodzi ludzie w kwiecie życia, którzy zostawili w domu swoje rodziny, nadzieje na przyszłość i wszystko co kochali. Wielu zostało w Gallipoli na zawsze.

Ekspozycja była wprost niesamowita – zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że nigdy nie widziałem tak fenomenalnie przygotowanej ekspozycji muzealnej na temat wojny. Studio Weta, które pracowało nad efektami specjalnymi do filmu Władca Pierścieni, przygotowało na potrzeby tej ekspozycji osiem hiper-realistycznych modeli żołnierzy. Każdy z tych modeli został przygotowany na podstawie zdjęć i opisów prawdziwych osób, które walczyły w kampanii Gallipoli. Modele były 2-3x większe niż normalny ludzki rozmiar, a przedstawieni żołnierze wyglądali jak żywi.

Zwłaszcza ich twarze były wyśmienicie oddane – oczy się im świeciły i wydawały się mokre, na czole wyraźnie widać było pot, a włosy i zarost były jak prawdziwe. Nigdy nie widziałem tak realistycznych modeli ludzi.

Pomieszczenia z modelami żołnierzy były przyciemnione i wszystkie światła były skierowane na tragicznych bohaterów tej historii. Na ścianach co jakiś czas wyświetlały się cytaty i zdjęcia z wojny, a z głośników dochodziły odgłosy pola bitwy i wywiady z żołnierzami. Każda z osób przedstawionych za pomocą modeli miała swoją historię do opowiedzenia, za pomocą interaktywnych monitorów można było poczytać o każdym z nich.

Reszta wystawy składała się z rekwizytów, map, modeli pola bitwy, filmów, zdjęć i innych materiałów archiwalnych. Autorzy ekspozycji w bardzo pomysłowy sposób przenieśli widza na plaże Gallipoli – czapki z głów dla nich. Niestety wystawa ta jest tylko tymczasowa, ale polecam ją bardzo gorąco jeśli zdążycie się załapać.

Po przeżyciach związanych z ekspozycją „Gallipoli: Skala naszej wojny”, udaliśmy się do sekcji poświęconej kulturze i tradycji Māori. Duże i kolorowe wharenui, łączące symbolikę i style różnych plemion, dominowało w pierwszym pomieszczeniu.

Bardzo podobał mi się główny motyw w sklepieniu, bohater Māui i jego czterej bracia próbujący spowolnić Słońce. Wg mitologii maoryskiej, Māui jest odpowiedzialny za spowolnienie Słońca i wskutek tego heroicznego aktu, za podarowanie ludzkości dnia o dopowiedniej długości – pozwalającej na rozwój życia i cywilizacji. Znajdował się tu też ogromny kamień pounamu, podarowany muzeum przez jedno z plemion.

W dalszej części ekspozycji, nie wolno było robić zdjęć. Prezentowane tam skarby kultury maoryskiej, wypożyczone są muzeum przez różne plemiona. Rekwizyty uważane są za święte i w ramach szacunku ich właściciele proszą o nie robienie zdjęć. Tradycyjne panele tukutuku, wspaniałe rzeźby z drewna, biżuteria z pounamu, broń z kości wieloryba, kajak z drewna kauri, odzienie przędzone z liści lnu, a także reprodukcje najważniejszych budynków wchodzących w skład marae, wypełniały duże pomieszczenie zajmujące większość piętra. Część ekspozycji była również poświęcona fascynującej kulturze Moriori z wysp Chatham (będących częścią Nowej Zelandii). Moriori to zupełnia osobna grupa etniczna, kulturalnie różna od maoryskiej. Jednym z ich najsłynniejszych form sztuki są tak zwane dendroglify, płaskorzeźby wydrążone w korze i pniach żywych drzew. Do dzisiaj można te niezwykłe obrazy oglądać, jeśli Was stać na drogi bilet lotniczy na wyspy Chatham (półtorej godziny lotu z Auckland, około 700 km na wschód od wyspy północnej).
Ostatnią ekspozycją na której spędziliśmy więcej czasu w muzeum Te Papa, była część poświęcona Traktatowi Waitangi. Moment podpisania traktatu w 1840, jest uważany za moment narodzin nowożytnej Nowej Zelandii.

Obecnie traktat jest uważany za kontrowersyjny, i rząd Nowej Zelandii do dzisiaj rozpatruje roszczenia i ustala wynagrodzenia dla rodzin i plemion maoryskich, które uważają że zostały źle potraktowane przez traktat. Dokument ten został podpisany przez oficerów marynarki brytyjskiej i funkcjonariuszy brytyjskiego imperium, oraz kilkuset wodzów plemion maoryskich. Niestety tłumaczenie traktaku z języka angielskiego na język Māori, który przed przybyciem europejczyków nie miał nawet wersji piśmiennej, miało błędy wskutek fundamentalnych rożnic w rozumieniu znaczenia słów takich jak „rząd”, „państwo” oraz „suwerenność”. Muzeum otwarcie i w pełni przedstawia charakter i konsekwencje nieporozumień powstałych wskutek błędów w tłumaczeniu, co mi się bardzo podoba.

Po wyjściu z muzeum, pogoda się całkiem zmieniła. Jak za zamachem magicznej różdżki, niebieskie niebo i Słońce zniknęły, a przybył mocny typowo wellingtoński wiatr i chmury. Ostatnie dwa dni pobytu w Nowej Zelandii i Wellington, miały od teraz być już pochmurne. Dobrze się złożyło, bo i tak musieliśmy się pakować i zrobić ostatnie zakupy, zwłaszcza w ostatni pełny dzień przed wyjazdem (piątek). Na pogodę nie możemy narzekać – do tej pory mieliśmy praktycznie cztery tygodnie Słońca i temperatur ponad 24 stopnie, dochodzących czasami nawet do 32 stopni. Wieczorem w środę, po wizycie w muzeum, spotkaliśmy się ze znajomymi Sary – jej przyjaciółką Jasmine która nam towarzyszyła kilka tygodni wcześniej w Whanganui, oraz jej ekipą. Obiad zjedliśmy w knajpie Aunty Mena’s – polecam, pyszne curry i dobre ceny. Po jedzeniu poszliśmy na jedno do Third Eye, oraz na kilka więcej do Heyday. 🙂 Pierwsze miejsce to pub browaru rzemieślniczego Tuatara (którego główną siedzibę w Paraparaumu odwiedziliśmy trzy tygodnie wcześniej), a drugie to mini-browar o tej samej nazwie. APA i IPA obu tych marek były wyśmienite. 🙂 Próbowałem też niefiltrowanego IPA z browaru No 8 Wired – raj dla podniebienia!

W czwartek dzień był dość pochmurny, a także wietrzny, ale nie powstrzymało to nas przed zaplanowaną wizytą w miasteczku Petone. Celem była plaża, muzeum osadników oraz … sklepy z przecenionym sprzętem górskim. Zaczęliśmy od tego ostatniego tematu, i zakupy w Kathmandu oraz Macpac okazały się bardzo udane. Kupiłem sporo sprzętu górskiego, głównie ciepłe techniczne bluzy, skarpetki oraz baselayer. Po udanych zakupach i naleśnikach we francuskiej knajpie, którą Sarah pamięta z dzieciństwa, udaliśmy się na plażę. Wiało mocno i unoszony z wiatrem piasek dawał się we znaki. Jednakże, warunki takie wynagradzają przeżyciami które łatwo przegapić siedząc w domu. Grupy rybitw ustawiały się na plaży pod wiatr i musiały tylko odrobinę otworzyć skrzydła żeby poszybować w niebo, startując bardzo szybko, niczym jak rakiety. Ostrygojady przebierały plażę w poszukiwaniu obiadu. Drewniane molo przypominało mi nieco Gdynię, lub Hel. Spore fale rozbijały się o jego filary.

Miasteczko Petone zostało wybrane przez Kompanię Nowozelandzką (firmę organizującą emigrację i statki przyworzące europejskich osadników do Nowej Zelandii w latach 1837-1858) jako pierwsze miejsce lądowań w obszarze zatoki Wellington Harbour. Miejsce w którym założono wioskę, mimo pomocy lokalnych Maori, było fatalnie wybrane. W pierwszych trzech miesiącach osadnicy którym firma sprzedała ideał raju po drugiej stromie świata, musieli przeżyć dwie powodzie, pożar który strawił prawie wszystkie chatki, a także trzęsienie ziemi! Trzęsienie ziemi spowodowało podmoknięcie terenu, który zamienił się w bagno. Podjęta została decyzja o przeniesieniu się na drugą stronę zatoki, do miejsca gdzie dzisiaj znajduje się miasto Wellington. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy lokalnych Māori, którzy w zamian liczyli na ochronę marynarki brytyjskiej, handel z europejczykami i związany z tym wzrost znaczenia swojego plemienia w świecie Māori. Muzeum, które odwiedziliśmy w Petone, przedstawia tą bardzo ciekawą historię pierwszych europejskich osadników, dokumentuje ich trudy i nieszczęścia jakie ich spotkały, i opowiada o ich relacjach z maoryskimi współlokatorami.

Druga część muzeum przedstawia późniejszą historię miasteczka, które w drugiej części XX wieku przeżywało boom dzięki rozwojowi przemysłu i budowie wielu fabryk. Dzisiaj przemysł z kolei też już stąd zniknął (przeniósł się do Chin, Indii i Wietnamu), a okolica jest głównie popularna dzięki fajnym restauracjom, plaży, sklepom, turystyce, a także dzięki bliskości stolicy do której można się dostać pociągiem w 20 minut.
W piątek przyszedł czas na pakowanie i ostatnie zakupy, a także podsumowania, ostatni przed wyjazdem obiad w domu u rodziców Sary, a także odwiedziny kilku sąsiadów i przyjaciół rodziny których wcześniej poznałem (sami świetni ludzie!). Zaczęło się robić troszeczkę smutno i nostalgicznie. Już na zapas tęskniłem, ale było z tym sobie łatwo poradzić – ponieważ wiem że na pewno tu wrócę – i wtedy prawdopodobnie wznowię ten blog. 🙂

W sobotę samolot relacji Wellington – Melbourne zabrał nas o 15:50 z Nowej Zelandii, z tego magicznego kraju, w kierunku drugiej strony świata. Do Szkocji dotarliśmy 33 godziny poźniej, około 11:00 czasu GMT w niedzielę. Podróż nie była zbyt ciężka, nawet mieliśmy cały cztero-siedzeniowy rząd dla siebie z Dubaju do Glasgow. Nie chcę jednak kończyć na locie. Zakończę wspomnieniem ostatnich chwil spędzonych w Nowej Zelandii. Świetny lunch w Maranui Cafe w pobliżu lotniska, to chyba będzie nasza nowa tradycja. Ostatnie dotknięcie morza, i poświęcenie mojego kamienia pounamu, zapadło mi w pamięć. Zdjęcia na lotnisku przy typowo nowozelandzkich dekoracjach – Gandalf na gryfie Gwaihir, oraz smok Smaug, były zabawną ostatnią chwilą. Oczywiście, pożegnanie w stylu kiwi. Nie mówię że Władca Pierścieni to najlepsza rzecz pochodząca z tego pięknego kraju, ale bardzo fajnie że nowozelandzczycy doceniają swoje produkty, piękno swojego kraju i są tym kim są – niewątpliwie wrócę tu, i to prawdopodobnie niedługo!



Wszystkim czytelnikom mojego bloga bardzo serdecznie dziękuję! Pisanie sprawia mi masę radości i chętnie podejmę się podobnej misji w trakcie następnej ciekawej wyprawy. Nie wypisujcie się proszę, jeśli nie chcecie przegapić relacji z następnej podróży. 🙂
Dzięki i do usłyszenia!
Przemek



















































