Wellington, część druga

Ostatnie kilka dni naszej wspaniałej podróży do Nowej Zelandii spędziliśmy w stolicy oraz po drugiej stronie zatoki w miasteczku Petone, które może się poszczycić fascynującą historią – o czym więcej nieco dalej.

W Wellington było jeszcze wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia, więc w środę rano (6 marca) wskoczyliśmy w pociąg w Tawa. Tym razem z dworca ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Muzeum Narodowego Te Papa. Okolice portu są świetne zagospodarowane, na estakadach znajdują się restauracje i inne budynki, a duże stare magazyny portowe przerobione są na hale sportowe.

Nabrzeże w Wellington

Zauważyłem na przykład boiska do piłki nożnej i ściankę wspinaczkową. W wielu miejscach można zejść po drabinkach do wody, często też przy drabinkach dryfują platformy ułatwiając dostęp. Widzieliśmy wielu ludzi pływających między różnymi miejscami nabrzeża, na odcinku pomiędzy muzeum miasta Wellington i muzeum narodowym Te Papa. Niektórzy wellingtończycy najwyraźniej lubią pływać w zatoce, w ramach rozruchu w trakcie lunchu, a spore fale im nie straszne.

Graffiti na statku, a w tle hala sportowa

Wstąpiliśmy na chwilę do Galerii Sztuki Wellington (City Gallery Wellington) przy Civic Square, gdzie mieliśmy okazję zapoznać się ze świetną wystawą poświęconą zespołowi From Scratch. Można było zobaczyć dziwaczne instrumenty stworzone przez tych eksperymentalnych nowozelandzkich muzyków (na niektórych można było nawet spróbować zagrać!), posłuchać ich muzyki, a także zastanowić się nad właściwościami dźwięku skacząc po kamieniach różnego typu (co produkowało różne dźwięki). Cała wystawa pozwalała odwiedzającym chociaż nieco zrozumieć inspiracje i proces twórczy zespołu From Scratch.

Instrument zaprojektowany przez eksperymentalny zespół From Scratch

Po wyjściu z galerii, przyszedł czas na przerwę – wypiłem kolejną wyśmienitą wellingtońską kawę i zjedliśmy odświeżające lody na nabrzeżu patrząc na pływaków i zatokę. Pogoda była świetna, ale czuć było nadchodzącą zmianę – wiatr się wzmagał. Do tej pory nie było mi dane poczuć słynnego wellingtońskiego wiatru, ale w ciągu następnych dwóch dni miałem tą przyjemność 🙂

Tutaj piliśmy kawę

Naszym głównym celem w środę (poza wieczornym piwkiem i spotkaniem z Jasmine i innymi znajomymi) była wizyta w muzeum narodowym Nowej Zelandii – Te Papa. Budynek muzeum jest zbudowany przy wykorzystaniu technologii „izolacji fundamentów” (base isolation). Ta technologia nowozelandzkiego autorstwa pozwala temu pięknemu budynkowi wytrzymać nawet bardzo silne trzesięnia ziemi. Specjalnie zaprojektowane podziemne pomieszczenie, niedaleko od głównego wejścia do muzeum, pozwala przyglądnąć się izolatorom i poczytać o tej technologii.

Izolator, chroniący przed trzęsieniami ziemi

Muzeum narodowe składa się z wielu wystaw, i trudno jest zobaczyć wszystko w jeden dzień. My postanowiliśmy wybrać trzy wystawy, zaczynając od specjalnej ekspozycji poświęconej historii kampanii Gallipoli, pod tytułem „Gallipoli: The Scale of Our War”.

Wejście na ekspozycję „Gallipoli”

Tragiczna w skutkach bitwa o Gallipoli, w Turcji w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, jest miejscem gdzie wielu nowozelandczyków cierpiało i straciło życie, ale także miejscem gdzie nowozelandzki naród pokazał swoją siłę i determinację. Połwysep Gallipoli strzeże wejścia do morza Marmara, i dalej do Istambułu i morza Czarnego, i wg planu aliantów (a dokładnie Winstona Churchilla), inwazja i przejęcie kontroli nad tym rejonem miało spowodować pokonanie Imperium Ottomańskiego (sprzymierzonego z Niemcami i Imperium Austro-Węgierskim). Plan ten się nie udał, a tysiące żołnierzy dywizji Anzac (Australia New Zealand Army Corp), którzy wylądowali w bardzo trudnym terenie na plaży otoczonej stromymi wzgórzami (miejsce dziś znane jako Anzac Cove), musiało tu wytrzymać 8 miesięcy pod ciągłym ostrzałem w trakcie beznadziejnej walki z przeważającymi liczebnie wojskami tureckimi. Ewakuacja po 8 miesiącach udowodniła że inwazja była złym pomysłem. Wylądowali tam głównie młodzi ludzie w kwiecie życia, którzy zostawili w domu swoje rodziny, nadzieje na przyszłość i wszystko co kochali. Wielu zostało w Gallipoli na zawsze.

Scena z Gallipoli, na ścianie jednego z pomieszczeń

Ekspozycja była wprost niesamowita – zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że nigdy nie widziałem tak fenomenalnie przygotowanej ekspozycji muzealnej na temat wojny. Studio Weta, które pracowało nad efektami specjalnymi do filmu Władca Pierścieni, przygotowało na potrzeby tej ekspozycji osiem hiper-realistycznych modeli żołnierzy. Każdy z tych modeli został przygotowany na podstawie zdjęć i opisów prawdziwych osób, które walczyły w kampanii Gallipoli. Modele były 2-3x większe niż normalny ludzki rozmiar, a przedstawieni żołnierze wyglądali jak żywi.

Półkownik Spencer Westmacott

Zwłaszcza ich twarze były wyśmienicie oddane – oczy się im świeciły i wydawały się mokre, na czole wyraźnie widać było pot, a włosy i zarost były jak prawdziwe. Nigdy nie widziałem tak realistycznych modeli ludzi.

Twarze modeli były hiperrealistyczne

Pomieszczenia z modelami żołnierzy były przyciemnione i wszystkie światła były skierowane na tragicznych bohaterów tej historii. Na ścianach co jakiś czas wyświetlały się cytaty i zdjęcia z wojny, a z głośników dochodziły odgłosy pola bitwy i wywiady z żołnierzami. Każda z osób przedstawionych za pomocą modeli miała swoją historię do opowiedzenia, za pomocą interaktywnych monitorów można było poczytać o każdym z nich.

Lekarz polowy w zadumie nad ciałem poległego żołnierza

Reszta wystawy składała się z rekwizytów, map, modeli pola bitwy, filmów, zdjęć i innych materiałów archiwalnych. Autorzy ekspozycji w bardzo pomysłowy sposób przenieśli widza na plaże Gallipoli – czapki z głów dla nich. Niestety wystawa ta jest tylko tymczasowa, ale polecam ją bardzo gorąco jeśli zdążycie się załapać.

Kwiat maku jest symbolem pamięci o poległych żołnierzach

Po przeżyciach związanych z ekspozycją „Gallipoli: Skala naszej wojny”, udaliśmy się do sekcji poświęconej kulturze i tradycji Māori. Duże i kolorowe wharenui, łączące symbolikę i style różnych plemion, dominowało w pierwszym pomieszczeniu.

Na przeciwko modelu wharenui, Te Papa

Bardzo podobał mi się główny motyw w sklepieniu, bohater Māui i jego czterej bracia próbujący spowolnić Słońce. Wg mitologii maoryskiej, Māui jest odpowiedzialny za spowolnienie Słońca i wskutek tego heroicznego aktu, za podarowanie ludzkości dnia o dopowiedniej długości – pozwalającej na rozwój życia i cywilizacji. Znajdował się tu też ogromny kamień pounamu, podarowany muzeum przez jedno z plemion.

Wielki kamień pounamu

W dalszej części ekspozycji, nie wolno było robić zdjęć. Prezentowane tam skarby kultury maoryskiej, wypożyczone są muzeum przez różne plemiona. Rekwizyty uważane są za święte i w ramach szacunku ich właściciele proszą o nie robienie zdjęć. Tradycyjne panele tukutuku, wspaniałe rzeźby z drewna, biżuteria z pounamu, broń z kości wieloryba, kajak z drewna kauri, odzienie przędzone z liści lnu, a także reprodukcje najważniejszych budynków wchodzących w skład marae, wypełniały duże pomieszczenie zajmujące większość piętra. Część ekspozycji była również poświęcona fascynującej kulturze Moriori z wysp Chatham (będących częścią Nowej Zelandii). Moriori to zupełnia osobna grupa etniczna, kulturalnie różna od maoryskiej. Jednym z ich najsłynniejszych form sztuki są tak zwane dendroglify, płaskorzeźby wydrążone w korze i pniach żywych drzew. Do dzisiaj można te niezwykłe obrazy oglądać, jeśli Was stać na drogi bilet lotniczy na wyspy Chatham (półtorej godziny lotu z Auckland, około 700 km na wschód od wyspy północnej).

Ostatnią ekspozycją na której spędziliśmy więcej czasu w muzeum Te Papa, była część poświęcona Traktatowi Waitangi. Moment podpisania traktatu w 1840, jest uważany za moment narodzin nowożytnej Nowej Zelandii.

Treść traktatu Waitangi

Obecnie traktat jest uważany za kontrowersyjny, i rząd Nowej Zelandii do dzisiaj rozpatruje roszczenia i ustala wynagrodzenia dla rodzin i plemion maoryskich, które uważają że zostały źle potraktowane przez traktat. Dokument ten został podpisany przez oficerów marynarki brytyjskiej i funkcjonariuszy brytyjskiego imperium, oraz kilkuset wodzów plemion maoryskich. Niestety tłumaczenie traktaku z języka angielskiego na język Māori, który przed przybyciem europejczyków nie miał nawet wersji piśmiennej, miało błędy wskutek fundamentalnych rożnic w rozumieniu znaczenia słów takich jak „rząd”, „państwo” oraz „suwerenność”. Muzeum otwarcie i w pełni przedstawia charakter i konsekwencje nieporozumień powstałych wskutek błędów w tłumaczeniu, co mi się bardzo podoba.

Jedna z oryginalnych kopii traktatu, podpisana przez wodzów Māori

Po wyjściu z muzeum, pogoda się całkiem zmieniła. Jak za zamachem magicznej różdżki, niebieskie niebo i Słońce zniknęły, a przybył mocny typowo wellingtoński wiatr i chmury. Ostatnie dwa dni pobytu w Nowej Zelandii i Wellington, miały od teraz być już pochmurne. Dobrze się złożyło, bo i tak musieliśmy się pakować i zrobić ostatnie zakupy, zwłaszcza w ostatni pełny dzień przed wyjazdem (piątek). Na pogodę nie możemy narzekać – do tej pory mieliśmy praktycznie cztery tygodnie Słońca i temperatur ponad 24 stopnie, dochodzących czasami nawet do 32 stopni. Wieczorem w środę, po wizycie w muzeum, spotkaliśmy się ze znajomymi Sary – jej przyjaciółką Jasmine która nam towarzyszyła kilka tygodni wcześniej w Whanganui, oraz jej ekipą. Obiad zjedliśmy w knajpie Aunty Mena’s – polecam, pyszne curry i dobre ceny. Po jedzeniu poszliśmy na jedno do Third Eye, oraz na kilka więcej do Heyday. 🙂 Pierwsze miejsce to pub browaru rzemieślniczego Tuatara (którego główną siedzibę w Paraparaumu odwiedziliśmy trzy tygodnie wcześniej), a drugie to mini-browar o tej samej nazwie. APA i IPA obu tych marek były wyśmienite. 🙂 Próbowałem też niefiltrowanego IPA z browaru No 8 Wired – raj dla podniebienia!

The Third Eye, polecam smakoszom piwa! Graffiti przedstawia jaszczurkę Tuatara, od której nazwę bierze browar

W czwartek dzień był dość pochmurny, a także wietrzny, ale nie powstrzymało to nas przed zaplanowaną wizytą w miasteczku Petone. Celem była plaża, muzeum osadników oraz … sklepy z przecenionym sprzętem górskim. Zaczęliśmy od tego ostatniego tematu, i zakupy w Kathmandu oraz Macpac okazały się bardzo udane. Kupiłem sporo sprzętu górskiego, głównie ciepłe techniczne bluzy, skarpetki oraz baselayer. Po udanych zakupach i naleśnikach we francuskiej knajpie, którą Sarah pamięta z dzieciństwa, udaliśmy się na plażę. Wiało mocno i unoszony z wiatrem piasek dawał się we znaki. Jednakże, warunki takie wynagradzają przeżyciami które łatwo przegapić siedząc w domu. Grupy rybitw ustawiały się na plaży pod wiatr i musiały tylko odrobinę otworzyć skrzydła żeby poszybować w niebo, startując bardzo szybko, niczym jak rakiety. Ostrygojady przebierały plażę w poszukiwaniu obiadu. Drewniane molo przypominało mi nieco Gdynię, lub Hel. Spore fale rozbijały się o jego filary.

Molo w Petone

Miasteczko Petone zostało wybrane przez Kompanię Nowozelandzką (firmę organizującą emigrację i statki przyworzące europejskich osadników do Nowej Zelandii w latach 1837-1858) jako pierwsze miejsce lądowań w obszarze zatoki Wellington Harbour. Miejsce w którym założono wioskę, mimo pomocy lokalnych Maori, było fatalnie wybrane. W pierwszych trzech miesiącach osadnicy którym firma sprzedała ideał raju po drugiej stromie świata, musieli przeżyć dwie powodzie, pożar który strawił prawie wszystkie chatki, a także trzęsienie ziemi! Trzęsienie ziemi spowodowało podmoknięcie terenu, który zamienił się w bagno. Podjęta została decyzja o przeniesieniu się na drugą stronę zatoki, do miejsca gdzie dzisiaj znajduje się miasto Wellington. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy lokalnych Māori, którzy w zamian liczyli na ochronę marynarki brytyjskiej, handel z europejczykami i związany z tym wzrost znaczenia swojego plemienia w świecie Māori. Muzeum, które odwiedziliśmy w Petone, przedstawia tą bardzo ciekawą historię pierwszych europejskich osadników, dokumentuje ich trudy i nieszczęścia jakie ich spotkały, i opowiada o ich relacjach z maoryskimi współlokatorami.

Model jednego ze statków Kompanii Nowozelandzkiej

Druga część muzeum przedstawia późniejszą historię miasteczka, które w drugiej części XX wieku przeżywało boom dzięki rozwojowi przemysłu i budowie wielu fabryk. Dzisiaj przemysł z kolei też już stąd zniknął (przeniósł się do Chin, Indii i Wietnamu), a okolica jest głównie popularna dzięki fajnym restauracjom, plaży, sklepom, turystyce, a także dzięki bliskości stolicy do której można się dostać pociągiem w 20 minut.


W piątek przyszedł czas na pakowanie i ostatnie zakupy, a także podsumowania, ostatni przed wyjazdem obiad w domu u rodziców Sary, a także odwiedziny kilku sąsiadów i przyjaciół rodziny których wcześniej poznałem (sami świetni ludzie!). Zaczęło się robić troszeczkę smutno i nostalgicznie. Już na zapas tęskniłem, ale było z tym sobie łatwo poradzić – ponieważ wiem że na pewno tu wrócę – i wtedy prawdopodobnie wznowię ten blog. 🙂

Jedno z pożegnalnych zdjęć na molo w Petone. W nowej bluzie nowozelandzkiej marki Kathmandu 🙂

W sobotę samolot relacji Wellington – Melbourne zabrał nas o 15:50 z Nowej Zelandii, z tego magicznego kraju, w kierunku drugiej strony świata. Do Szkocji dotarliśmy 33 godziny poźniej, około 11:00 czasu GMT w niedzielę. Podróż nie była zbyt ciężka, nawet mieliśmy cały cztero-siedzeniowy rząd dla siebie z Dubaju do Glasgow. Nie chcę jednak kończyć na locie. Zakończę wspomnieniem ostatnich chwil spędzonych w Nowej Zelandii. Świetny lunch w Maranui Cafe w pobliżu lotniska, to chyba będzie nasza nowa tradycja. Ostatnie dotknięcie morza, i poświęcenie mojego kamienia pounamu, zapadło mi w pamięć. Zdjęcia na lotnisku przy typowo nowozelandzkich dekoracjach – Gandalf na gryfie Gwaihir, oraz smok Smaug, były zabawną ostatnią chwilą. Oczywiście, pożegnanie w stylu kiwi. Nie mówię że Władca Pierścieni to najlepsza rzecz pochodząca z tego pięknego kraju, ale bardzo fajnie że nowozelandzczycy doceniają swoje produkty, piękno swojego kraju i są tym kim są – niewątpliwie wrócę tu, i to prawdopodobnie niedługo!

Święcenie pounamu
Gandalf w terminalu lotniska 🙂
Smaug przy odprawie bagażowej 🙂

Wszystkim czytelnikom mojego bloga bardzo serdecznie dziękuję! Pisanie sprawia mi masę radości i chętnie podejmę się podobnej misji w trakcie następnej ciekawej wyprawy. Nie wypisujcie się proszę, jeśli nie chcecie przegapić relacji z następnej podróży. 🙂

Dzięki i do usłyszenia!

Przemek

Wellington, część pierwsza

W poniedziałek w końcu przyszedł czas na bliższe zapoznanie się ze stolicą kraju, po którym podróżowałem przez ostatnie cztery tygodnie. Podmiejskim pociągiem dostaliśmy się z Tawa na główny dworzec kolejowy w Wellington. Dworzec jest połączony ze stadionem narodowym, co jest ciekawym rozwiązaniem – z peronu można się udać prosto na trybuny. Dworzec jest także zaraz obok portu, wagony towarowe kontynuują podróż na wyspę południową za pomocą promów.

p3043200
Na dworcu w Wellington. Ten skok się udał 🙂

Jedną z pierwszych rzeczy na które zwróciłem uwagę były… światła dla pieszych. Wzorując się na berlińskim „ampelmann”, władze stolicy NZ zainstalowały światła przedstawiające słynną sufrażystkę Kate Sheppard.

Kate Sheppard. Nowa Zelandia była pierwszym krajem na świecie z pełnym równouprawnieniem dla kobiet w ramach głosowania w wyborach

Naszym pierwszym celem była słynna Wellingtońska kolejka linowa. Po drodze do dolnej stacji kolejki przeszliśmy koło kilku ważnych miejsc. Pomnik ku pamięci żołnierzy (War Memorial) stoi zaraz koło charakterystycznego budynku parlamentu o nazwie „Beehive”. Okrągły budynek parlamentu jest świetnie nazwany, nie tylko ponieważ jego zewnętrzny wygląd przypomina pszczeli ul, ale także dlatego że rzesze pracowitych urzędników siedzą przy biurkach wewnątrz, kojarząc się z pracowitymi pszczołami.

Nowozelandzki parlament „Beehive”

Zaraz obok parlamentu jest sąd najwyższy NZ, a także największy drewniany budynek na półkuli południowej – zbudowany w 1876 roku jako budynek rządowy.

Ten budynek jest zbudowany w zdecydowanej większości z drewna

Stacja dolna kolejki linowej znajduje się na głównej ulicy w centrum miasta, Lambton Quay. Stacja górna jest w Kelburn, dzielnicy na wzgórzach piętrzących się ponad centrum. Kolejka linowa była nawet bardziej interesująca niż się spodziewałem. Myślałem że to czysto turystyczna atrakcja, a okazało się że kolejka jest też używana przez mieszkańców jako środek transportu. Dwa przystanki pośrodku linii pozwalają się dostać do różnych miejsc na stromym wzgórzu, np. do uniwersytetu Victoria. Kolejka została oddana w 1902 roku, i do dzisiaj wagoniki zachowują styl tamtych lat.

Wagonik wellingtońskiej kolejki

Po drodze jest kilka tuneli i punkt do wymijania się wagoników. W tunelach kolorowe światła urozmaicają krótką podróż, która jest zdecydowanie warta tych $5 za bilet w jedną stronę. Z górnej stacji roztaczał się wspaniały widok na miasto i zatokę.

Widok na Wellington z górnej stacji kolejki

Dobrym pomysłem po wyjechaniu kolejką na górę jest zejść na dół na nogach przez ogrody botaniczne Wellington. Projektanci miasta właśnie na to liczyli umiejscawiając ogrody botaniczne na tak stromym zboczu. Jeszcze na szczycie wzgórza, ale już na terenie ogrodów, znajduje się obserwatorium astronomiczne Wellington, w którym można, podobnie jak w obserwatorium na szczycie Mt John w Tekapo, kupić bilet na sesję prywatną (w ramach grupy) z teleskopem. Przed obserwatorium stoi wielkie działo polowe, a na jego kadłubie widnieje herb batalionu pruskiej (niemieckiej) artylerii.

Wielkie pruskie działo

Ta armata została zdobyta przez kompanię nowozelandzką na zachodnim froncie w trakcie pierwszej wojny światowej, w 1918 roku. Działo zostało podarowane miastu Wellington, żeby uczcić pamięć ludzi stąd pochodzących, którzy walczyli w tej okropnej wojnie. Oni walczyli żebyśmy my nie musieli. Ogrody były bardzo malownicze, a dzięki stromiźnie miały w sobie coś z japońskich ogrodów, gdzie nachylenie terenu, otoczenie ogrodu i widoki żyją w ścisłej harmonii ze wszystkimi innymi jego elementami (rośliny, stawy, etc). Moimi ulubionymi miejscami był zagajnik z pięknymi kolorowymi hortensjami oraz staw z małą alkową – gdzie wielu Wellingtończyków robi sobie zdjęcia ślubne.

Hortensje
Zagajnik

Po wyjściu z ogrodów botanicznych udaliśmy się na spacer ulicą Tinakori Road, na której znajduje się tradycyjny dom premiera Nowej Zelandii – odpowiednik Białego Domu, czy też Downing Street 10, ale w stylu „kiwi”. Okolice tej ulicy to jedna z najdroższych dzielnic Wellington. Jest tu pełno pięknych starych domów, a wielu uznanych nowozelandzkich artystów kiedyś tu mieszkała, lub obecnie mieszka. Spacerując po Tinakori Road łatwo trafić na płyty chodnikowe z cytatami znanych nowozelandzkich artystów, wmontowane w chodnik – niemal jak aleja gwiazd w Hollywood, tylko że w wersji „kiwi” – zamiast gwiazd i symboli, inspirujące cytaty.

Tikanori Road

Sara pokazała mi fascynujący dom w jednej z bocznych bardzo stromych alejek (Glenbervie Terrace). Dom nazywa się „wedge home”, a przy okazji z Glenbervie Terrace mieliśmy dobry widok na siedzibę Pani premier. Niestety Jacindy Arden (obecny premier NZ) nie spotkaliśmy! Wizytę na Tikanori Road, jak również poniedziałkową wycieczkę do stolicy, zakończyliśmy w pubie browaru rzemieślniczego Spring & Fern – mieli świetne limitowane Dry Hop IPA oraz Złotą IPA. Kupiliśmy też dużą butelkę do domu, żeby późniejszym wieczorem podzielić się z Tatą Sary.

Spring & Fern

We wtorek rano wybraliśmy się na szczyt pobliskiego wzgórza, Colonial Knob. Ta krótka trasa na szczyt wzniesienia o wysokości jedynie nieco ponad 300 metrów, oferuje wspaniały busz po drodze, jak również świetne widoki ze szczytu. Jest to też diabelnie stroma trasa, a jej dostępność pozwala na jej częste zaliczanie w ramach porannego treningu. Sara kiedyś wdrapywała się na ten szczyt regularnie, mierząc czas. Tym razem zajęło nam to prawie 30 minut (nie spieszyliśmy się za bardzo), następnym razem trzeba będzie pobić ten czas. Niedaleko od początku trasy znajduje się fabryka najlepszej w NZ czekolady – Whittaker, z której unoszący się zapach towarzyszył nam przez pierwsze i ostatnie kilka minut. Zastanawiam się czy powodem dla którego Sara wspinała się tu często, była chęć treningu czy miłość do czekolady. 🙂

Na szczycie Colonial Knob, widok w kierunku Porirua

Po porannym rozruchu wybraliśmy się ponownie do miasta, w którym wiele jeszcze miejsc czekało na odwiedzenie. Bardzo chciałem wybrać się do kolejnego, obok „Rivendell” które zobaczyliśmy w pierwszym tygodniu podróży, miejsca związanego z kręceniem Władcy Pierścieni. Nie można było wybrać lepiej niż Weta Studios.

Ja i troll, przy wejściu do Weta Studios

Weta było odpowiedzialne za wszystkie rekwizyty, kostiumy, zbroje, miecze, charakteryzację i komputerowe efekty specjalne wyprodukowane na potrzeby kręcenia Władcy Pierścieni. Można wręcz rzec, że studio Weta jest odpowiedzialne za stworzenie Śródziemia na Ziemi, a dokładnie w Nowej Zelandii. 🙂 Wyprodukowali oni 38,000 hobbicich stóp, tysiące hełmów i innych elementów zbroi, twarze orków, setki mieczy oraz całe mnóstwo elfich płaszczy i innych rekwizytów. Poza Władcą Pierścieni pracowali nad Hobbit’em, Avatar’em, District 13, Ghost in the Shell i innymi znanymi tytułami!

Gollum!

Wziąłem udział w płatnym zwiedzaniu studia ($29), w trakcie którego wytłumaczono nam proces produkcji. Rzeczy których musi być tysiące, używane w ujęciach szerokich, gdzie aktorzy są daleko od kamery, są produkowane z żywicy silikonowej (np. hełmy, miecze) i malowane w sposób nadający im realistyczny wygląd. Przedmioty które muszą być bliżej, w ujęciach ze średniego dystansu np. narada u Elronda, wykonane są z aluminium. Niektóre przedmioty, na które są zbliżenia z bardzo bliska, jak np. sztylet zdradzieckiego Boromira, są wykonane z metalu w taki sam sposób jak prawdziwe miecze. Studio nawet zatrudnia mistrza miecznika na pełen etat.

Jeden z artystów wyjaśnia proces twórczy

Wizyta była świetna i polecam każdemu interesującemu się Władcą Pierścieni, lub produkcją drogich filmów, odwiedzającemu Wellington. Sprawdźcie tylko czy w porcie nie ma żadnych promów rejsowych, aby uniknąć tłumów.

Mini-muzeum Weta. Chciałoby się mieć taką kolekcję…

Po wizycie w Weta Studios odwiedziliśmy jeden z ulubionych sklepów Sary w tej części miasta – Greek Cafe. W tym sklepiku połączonym z kawiarnią, prowadzonym przez rodzinę pochodzącą z Grecji, można kupić różne słynne greckie przysmaki – od baclavy do keftedes, słodkie rzeczy, lunche na wynos, dobrą kawę i świeże oliwki.

Na kilka godzin wróciliśmy do domu do Tawa, i po przerwie późnym popołudniem wybraliśmy się ponownie do miasta. Zaplanowany mieliśmy obiad z rodzicami Sary w barze Little Beer Quarter, oferującym duży wybór piwa rzemieślniczego z całej Nowej Zelandii oraz świetne (i polecone nam w Nelson przez Toma) hamburgery. Przed odwiedzeniem LBQ odwiedziliśmy dwa słynne punkty. Most „City to Sea” wygląda bardzo nietypowo i jest udekorowany drewnianymi rzeźbami artysty maoryskiego Paratene Matchitt. Rzeźby przypominają ogony wielorybów. Pobliski Civic Square może się pochwalić słynną kulą zawieszoną w powietrzu. Jest to popularne miejsce spotkań, przedstawień i koncertów. Co roku studenci wellingtońskich uczelni, którzy właśnie ukończyli szkołę, spotykają się tutaj żeby rozpocząć marsz przez stolicę w ramach świętowania ukończenia studiów.

Wellington Civic Square

Bar LBQ sprostał oczekiwaniom. Atmosfera była świetna, jedzenie wyśmienite, a wybór piwa bogaty. Próbowałem świetnych mocno chmielonych IPA z Wellington (Garage Project) a także z południowego browaru No 8 Wire. Browar „No 8 Wire” nazwę przyjął od popularnego typu drutu, który w odizolowanych społecznościach wyspy południowej był używany nie tylko do konstrukcji płotów, ale także do naprawiania praktycznie wszystkiego. W Nowej Zelandii istnieje nawet powiedzenie „a number 8 wire mentality” oznaczające zdolność do tworzenia lub naprawiania przyrządów i maszynerii używając wszelakiego złomu. Potrzeba jest matką wynalazczości, zwłaszcza w Nowej Zelandii.

Do napisania pozostał mi jeszcze jeden post, opisujący ostatnie kilka dni spędzone w Wellington i Petone w trakcie tej wspaniałej wyprawy. Proszę zostańcie ze mną, niedługo ostatni post z tych wakacji, a w przyszłości – więcej pisania na temat innych miejsc które chciałbym odwiedzić 🙂

Dzięki za uwagę,

Przemek

Marlborough Sounds i Kaikoura

Wczesnym rankiem we wtorek wyruszyliśmy z Tawa, żeby złapać prom o 8:00 z Wellington do Picton. Korki wokół Wellington już od 7:00 są dość spore, więc chcieliśmy być w drodze najpóźniej o 6:40. Udało się ominąć większość korków, i mieliśmy czas żeby przyglądnąć się miastu z molo, czekając na wjazd na pokład.

Centrum Wellington
Okrągły budynek „Beehive”, parlament Nowej Zelandii

Zarezerwowaliśmy prom z firmą Bluebridge, która używa przystani w samym centrum. Widoki na miasto z górnego pokładu widokowego były wyśmienite. Prom był ogromny, jeden z największych na jakich miałem okazję być. Tata Sary skomentował że promy używane w Nowej Zelandii głównie pochodzą z Europy, podobnych używa się na morzu śródziemnym.

Wypływamy z portu. Rozmiar promu robił wrażenie

Wypływając z portu mieliśmy świetne widoki na miasto, jej również lotnisko i dolinę Hutt.

Po drodze rozmawialiśmy o tragedii promu Wahine w 1968 roku, największej tragedii morskiej w historii Nowej Zelandii. W trakcie strasznego sztormu, 53 ludzi straciło życie. Mama Sary była wtedy dzieckiem, ale pamięta że wtedy drzewa tak się wyginały na wietrze że dotykały ziemi koronami, a wiatr podrywał ją z nóg w trakcie drogi do domu ze szkoły, którą zamknięto w trakcie sztormu. Na szczęście mama trzymała ją za rękę. W dniu tej tragedii, wiatr w Wellington przekraczał prędkość 250 km/h.

Widok na zatokę Wellington Harbour i dolinę Hutt

Cały rejs spędziliśmy na górnym pokładzie widokowym. Poza oczywistą zaletą widoków, bycie na górnym pokładzie ułatwia poradzenie sobie z nudnościami. Cieśnina Cooka, która oddziela wyspę południową od północnej, jest stosunkowo wąska i morze jest zwykle bardzo niespokojne. Wiatry z Antarktydy przeciskają się tędy, powodując wielkie fale.

Wybrzeże na zachód od Wellington

Na szczęście nasz rejs był dość spokojny jak na tutejsze standardy, ale i tak ten wielki prom wyraźnie się kołysał a wiatr po prawej stronie był mocny, więc przenieśliśmy się na lewą, gdzie było o wiele spokojniej. Przy silniejszych wiatrach trzeba prawdopodobnie schować się na niższych pokładach.

Najlepsze widoki rozpoczęły się gdy wpłynęliśmy do Marlborough Straits. Wiatr ucichł i rozpoczął się spektakl. Północny czubek południowej wyspy składa się z wielu wysp i półwyspów o zakręconych liniach brzegowych.

Wpływamy do Marlborough Straits
Duży prom w wąskiej cieśninie

Prom przeciska się między kawałkami lądu, wąskimi przesmykami. Momentami ma się wrażenie bycia na jeziorze, zdala od morza. Coraz wyższe góry nas otaczały w trakcie zbliżania się do Picton. Widzieliśmy również duże statki rejsowe, które prawdopodobnie przybyły tu z Australii. Przez cieśniny płynęło się ponad godzinę, więc nawet zanim postawiłem stopę na wyspie południowej, byłem już pod dużym wrażeniem piękna tutejszych krajobrazów.

Zbliżamy się do Picton
Picton. W porcie duży statek rejsowy

Naszym celem we wtorek było miasteczko i wybrzeże Kaikoura, ale po wylądowaniu w Picton mieliśmy również w planach lepiej zapoznać się z Marlborough Sounds. Wybraliśmy się na trasę „Snout Track”, prowadzącą z obrzeży Picton na czubek półwyspu Snout. Droga do parkingu przy początku trasy była zamknięta ze względu na zagrożenie pożarowe, ale na szczęście trasa była otwarta (musieliśmy zacząć kawałek niżej). Niedaleko na zachód, w pobliżu Nelson, już od kilku tygodni buszują spore pożary. Na szczęście sytuacja jest pod kontrolą i nikt jeszcze nie ucierpiał, ale kilka budynków nie uchroniło się przed płomieniami. Będziemy w Nelson za tydzień, więc mamy nadzieję że sytuacja będzie już w pełni opanowana.

Na trasie Snout Track

Dzień był bardzo gorący (31°C) a trasa odsłonięta, więc doszliśmy tylko do najwyższego punktu, Queen Charlotte’s View, mniej więcej w połowie drogi, bez schodzenia na czubek półwyspu. Widoki były wspaniałe, zarówno z tego miejsca jak i po drodze.

Widok z Queen Charlotte’s view

Przy lunchu towarzyszyło nam kilka ptaków Bellbird. Ich piękny śpiew został mi w pamięci. W dodatku w drodze powrotnej trafiliśmy na nielotnego ptaka Weka, który wygląda trochę jak skrzyżowanie kiwi i dzikiego kurczaka z buszu. 🙂 Stosunkowo ufny i ciekawski ptak, podszedł do nas bardzo blisko.

Weka

Po drodze na wybrzeże Kaikoura, przejechaliśmy przez Blenheim i region winiarski Marlborough. Pochodzi stąd wiele białych nowozelandzkich win słynnych w Europie, np. Villa Maria i Oyster bay. Jednakże moja i Taty Sary miłość do piwa sprawiła, że zatrzymaliśmy się w lokalnym browarze Renaissance w Blenheim, zamiast winiarni. Nowa Zelandia słynie również z chmielu i piwa. Marlborough wyglądało na bardzo suche, spalone Słońcem miejsce. Blenheim chwali się byciem najbardziej słonecznym miejscem w kraju. Idealne do hodowania winogron, ale w tym roku chyba mają tu za mało deszczu.

W trakcie zbliżania się do Kaikoura nasza rozmowa nieuchronnie zeszła na temat trzęsienia ziemi w 2016 roku. To bardzo duże trzęsienie o sile 7.8 w skali Richtera zniszczyło drogę stanową nr 1 po której właśnie podróżowaliśmy, jak również linię kolejową biegnąca wzdłuż niej.

Na drodze nr 1 na północ od Kaikoura

Od 14 listopada 2016 do grudnia 2017 droga była całkowicie zamknięta. Obecnie, w lutym 2019, ciągle jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia żeby drogę i tory odpowiednio zabezpieczyć z dwóch stron: stromych zboczy na zachodzie, i oceanu na wschodzie. Ekipy robotników pracują cały czas i w wielu miejscach obowiązuje ruch wahadłowy w zależności od potrzeb planu robót. Wszędzie wzdłuż drogi na zboczach widać wielkie osuwiska spowodowane trzęsieniem, a w niektórych miejscach stare nieczynne tunele i fragmenty drogi – jak często w Nowej Zelandii, człowiek nabiera nowego szacunku do siły natury.

Wielkie osuwisko spowodowane trzęsieniem ziemi. Kontenery zabezpieczają drogę przed spadającymi kamieniami
Osuwiska wzdłuż drogi i skały wypiętrzone wskutek trzęsienia

Natura jednak idzie swoim torem, a trzęsienia ziemi są dla naszej planety normalne. Futrzane foki, które zawsze odwiedzały konkretne miejsca na tym wybrzeżu, wróciły w te same miejsca, mimo iż linia brzegowa się zmieniła wskutek wypiętrzenia lądu, w niektórych miejscach pojawił się nowy ląd o wysokości aż do 2 metrów. Wszędzie było widać skały o dziwnym, białym kolorze, które niedawno były stale pod powierzchnią morza, a teraz wystają ponad poziom wody nawet w trakcie przypływu. Na odbudowanej drodze jest fajne miejsce na postój, o nazwie Ohau, skąd można przyglądnąć się fokom, których tutaj są setki.

Foki wygrzewają się na Słońcu
Młode foki zwiedzają plażę

Kaikoura jest bardzo pięknie położona. Miasteczko jest nad oceanem, ale również blisko pasma górskiego o wysokościach dochodzących do 2600 m. Z plaży widać wierzchołki tych malowniczych gór. Musi tu być szczególnie pięknie w zimie, gdy zbocza są przykryte śniegiem.

Plaża w Kaikoura

Po szybkich odwiedzinach na plaży udaliśmy się na „fish and chips”. Kaikoura słynie z tego prostego i wyśmienitego dania, i „ryba z frytkami” naprawdę nie zawiodła – świeża ryba prosto z morza, była bardzo smaczna, a frytki chrupiące.

Główna ulica w Kaikoura

Wieczorem mieliśmy mały dramat z kwaterą, wskutek pomyłki właściciela który podwójnie zarezerwował miejsce dla nas i kogoś innego. Na szczęście u znajomych załatwił nam szybko inne miejsce, o wiele lepszym standardzie. Piękne widoki na góry z zastępczej kwatery były niezastąpione, i mieliśmy nawet jacuzzi w łazience. Czasami przypadek wyglądający na nieszczęście, okazuje się być błogosławieństwem. Nasz niedoszły gospodarz rozwiązał sprawę bardzo elegancko.

Kwatera zastępcza 🙂
Zachód Słońca oglądaliśmy z plaży południowej w Kaikoura
Wschód Słońca oglądaliśmy z zastępczej kwatery 🙂

Następnego dnia spakowaliśmy się wcześnie i wybraliśmy do podnóża gór aby przejść się po nietypowym lesie Hinau. Krótka trasa nie miała dobrych widoków, ale drzewa hinau oraz towarzyszące nam ptaki fantail były bardzo fajne. Zapoznałem się też przy okazji z punktem wypadowym, z którego można ruszyć w wyższe okoliczne góry, wliczając najwyższy szczyt masywu o wysokości ponad 2600 m, który wymaga umiejętności alpinistycznych. Niższy, Mt Fyffe o wysokości około 1600 m, można zdobyć w jeden dzień bez liny. Wyżej w górach, są tu też schroniska (lub chatki / schrony).

Najlepszy widok z trasy w lesie Hinau 🙂

Po zjechaniu do miasteczka spróbowałem kolejnego słynnego lokalnego przysmaku – omletu z małych rybek „Whitebait”. Te rybki są bardzo małe, więc do jednego omletu z dwóch jajek dodaje się kilkanaście, lub więcej, rybek. Omlet smakuje delikatnie, ale bardzo przyjemnie. Serwują go zwykle między dwiema kromkami chleba tostowego.

Kanapka z omletem z rybkami Whitebait

Ostatnią rzeczą którą zrobiliśmy w Kaikoura, był spacer po półwyspie na wschód od miasteczka. Jest tutaj wielka skalna półka, zalewana przez przypływ, dzięki czemu w trakcie odpływu można tutaj w wielu małych kałużach i stawkach znaleźć mnóstwo morskich istot. Krewetki, małże, kraby, małe rybki, podwodne ślimaki. Także foki lubią się tutaj wygrzewać na skałach w trakcie odpływu.

Małże. Nóż potrzebny żeby je od skały odkleić.

Gorąco polecam spacer tutaj, na południe do punktu widokowego Kean, w trakcie odpływu.

Punkt widokowy Kean, półwysep w Kaikoura

Czas nadszedł żeby ruszyć dalej, do Christchurch. Do usłyszenia niedługo 🙂

Przemek

Park krajobrazowy Belmont

Piękna pogoda wróciła do nas w czwartek, więc wybraliśmy się w okoliczne wzgórza. Naszym celem było wzgórze Boulder Hill, o skromnej wysokości 452m, ale będące świetnym punktem widokowym. Szczyt znajduje się pomiędzy doliną rzeki Hutt i wąwozem Ngauranga, i jest drugim co do wysokości szczytem w parku krajobrazowym Belmont.

Widok z trasy na Petone i zatokę Wellington Harbour

Dzisiaj towarzyszyła nam dobra przyjaciółka Sary Caroline, która bardzo lubi tą trasę. Jak zwykle w Nowej Zelandii, nietrudno było spotkać przedstawicieli lokalnej fauny. Wielkie ważki i nowozelandzkie owce to tylko wybrane przykłady.

Wielka ważka, 10-15 cm długości

Nowozelandzkie owce uważnie nas śledziły

Trafiliśmy również na imponujące pająki „Huntsman Spider”, na szczęście nie jadowite. W Nowej Zelandii, w odróżnieniu od Australii, nie ma wielu gatunków uzbrojonych w truciznę. Jest tylko jeden, bardzo rzadki, występujący na plażach pokrytych niską roślinnością.

„Huntsman Spider”, widok nieprzyjemny dla arachnofobów

Wzgórze jest częścią grani przecinającej park krajobrazowy Belmont. Na północ od grani znajduje się Porirua i Pauatahanui (dwa ramiona zatoki Porirua), na południowy zachód Wellington, a na wschód dolina rzeki Hutt.

Widok ze szczytu na północ, Pauatahanui

W oddali na południowy zachód widać wyższe szczyty masywu znajdującego się w parku regionalnym Rimutaka. Ten rewelacyjny punkt widokowy daje możliwość zapoznania się z układem terenu całego południowego wierzchołka północnej wyspy Nowej Zelandii.

Widok na południowy wschód, w kierunku Rimutaka. Na pierwszym planie Lower Hutt

Wieczorem miałem przyjemność wybrać się z Tatą Sary na rzutki. Ten sport jest bardzo popularny w Nowej Zelandii, a koledzy z klubu to dobrzy gracze. Na szczęście w czwartki oferują system handicapu, który pomaga nowym zawodnikom rywalizować z weteranami. Wieczór był bardzo udany i utwierdził mnie w niewątpliwym przekonaniu o gościnności Nowozelandczyków. W rzutki nie grałem od studiów, ale dzisiaj odkryłem na nowo ten sport. Po powrocie chyba kupię tarczę i zacznę ćwiczyć 🙂

„Porirua Darts Club”, czyli klub rzutkowy w Porirua

Jutro ruszamy na północ. Spędzimy część nocy pod namiotami, a część „w cywilizacji”, w kwaterach wynajętych przez AirBnB. Niektóre miejsca mogą nie mieć internetu, ale będę pisał na bieżąco i publikował posty gdy się uda połączyć.

Pierwszy przystanek jutro to Whanganui. Do usłyszenia z trasy,

Przemek

Okolice Wellington

Od poniedziałku jesteśmy w miasteczku Tawa, 15 minut samochodem od centrum Wellington i zwiedzamy okolicę. W przerwach, Sara trochę musi popracować zdalnie, więc ja w międzyczasie przeglądam książki wybrane z biblioteki rodziców Sary, ucząc się wiele na temat kultury i historii tego pasjonującego kraju.

Wtorek był słoneczny, więc wybraliśmy się na najbliższą plażę, do Titahi Bay.

Plaża w Titahi Bay

Z Tawa jedzie się 15 minut, na północ od miasta Porirua. Ta piękna zatoka, która otwiera się na morze Tasmana, może poszczycić się fantastyczną plażą. W odróżnieniu od osłoniętych zatok nad którymi są ulokowane miasta Wellington i Porirua, Titahi Bay jest wystawione na wiatry, zwłaszcza zachodni i północny. Mocny wiatr w Nowej Zelandii, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, zwykle wieje z południa, przynosząc zimne powietrze znad Antarktyki. Dzisiaj jednak wiał ciepły wiatr z północy, który skusił na plażę surferów oraz kitesurferów.

Kitesurfing, w oddali wyspa Mana

Przeszliśmy wzdłuż plaży ciesząc się idyllą małych domków, służących za prywatne magazyny sprzętu do plażowania.

Domki plażowe i mewy

Po drugiej stronie wyszliśmy na klify, z których otworzyły się piękne widoki na zatokę i dalej na północ. Granie cykad wypełniało uszy.

Zachodnie wybrzeże na północ od Porirua

Muszę przyznać że zazdroszczę trochę mojej Sarze wychowania się z miejscu które jest 15 minut od takiej plaży, równocześnie będąc 15 minut od centrum stolicy kraju.

Wracając z plaży, przeszliśmy po nowej ścieżce spacerowej zbudowanej tutaj przez burmistrza Porirua. Ścieżka prowadziła przez typową nadmorską roślinność, a także zawierała maoryskie drewniane rzeźby wielkich odkrywców Nowej Zelandii. Dwóch Maorysów, Kupe i Te Rangihaeata, oraz dwóch ludzi z zachodu: Abel Tasman i Kapitan Cook.

Len, jeden z pierwszych produktów eksportowych Nowej Zelandii

Maoryska rzeźba „po” przedstawiająca Kapitana Cooka


W środę dzień był bardziej pochmurny, więc wybraliśmy się do buszu. 🙂 W Nowej Zelandii na las mówią „busz”, a na piesze wycieczki po lasach czasami mówią „bushwalk”. Pierwszy kontakt z nowozelandzkim buszem zrobił na mnie wspaniałe wrażenie.

„Busz” w parku krajobrazowym Kaitoke

Most linowy nad rzeką Hutt

Rzeka Hutt

Wybraliśmy się do Kaitoke Regional Park, które pochwalić się może nie tylko piękną naturą, ale też jest miejscem które we Władcy Pierścieni służyło za Rivendell. Co ciekawe po drodze do tegoż parku z Tawa, przez Lower i Upper Hutt, widzieliśmy również kamieniołom który służył za Helm’s Deep! Bogactwo miejscówek w okolicy, w których kręcono Władcę Pierścieni, można wytłumaczyć faktem że w Wellington znajduje się główne studio filmowe w którym działał Peter Jackson i jego ekipa.

Powitanie w Rivendell

Brama Rivendell

Wracając do natury, widzieliśmy drzewa Rimu, z których kiedyś budowano większość domów w Nowej Zelandii, a teraz są chronione, Kereru, ptak który wygląda jak tropikalny gołąb, Kowhai, intrygująco wyglądający krzew dający piękne kwiaty (występuje tylko w Nowej Zelandii), oraz Panga, jedna z klasycznych dużych nowozelandzkich paproci.

Kowhai

Koru

Paprocie Panga i drzewo Rimu

Bliźniaczy gatunek „silver fern” czyli „srebra paproć” jest symbolem kraju i występuje na wielu koszulkach, w herbach klubów sportowych, instytucji, a nawet kilka lat temu prawie został dodany do flagi narodowej, ale w referendum postanowiono zostać przy obecnej fladze (mi osobiście bardzo podoba się proponowana flaga z paprocią).

Proponowana flaga Nowej Zelandii


W środę był również Waitangi Day, święto narodowe upamiętniające rocznicę podpisania traktatu Waitangi między szefami klanów Maori i reprezentantami brytyjskiej korony w roku 1840. Podział terenu i „sprzedaż” ziem nie była idealnym rozwiązaniem, i nie obyło się bez wojen między tymi dwiema stronami w latach 1860-tych, ale ten moment jest początkiem nowożytnej historii kraju i obecnie jest dniem świętowania przyjaźni i jedności tych i innych grup etnicznych w Nowej Zelandii. W ramach obchodów wybraliśmy się na koncert do Porirua. Muzyka była nowoczesna (gitary, perkusja) ale z rytmicznymi źródłami w tradycyjnej muzyce maoryskiej.

Google również świętowało dzień Waitangi

Maoryskie wzory dekorujące „waka” czyli tradycyjny kajak


Wieczorem się wypogodziło co pozwoliło nam się wybrać na wzgórze Victoria na południe od miasta. Samochodem można wjechać na sam szczyt, po drodze podziwiając przedsiębiorczość mieszkańców tych wysp i ich niewątpliwą umiejętność budowania domów na bardzo stromym terenie! Całe wzgórze jest pokryte domami i przypomina miasteczka na wzgórzach południowej Francji lub północnych Włoch. Widoki ze szczytu są fantastyczne, widać całe Wellington.

Nocny widok na Wellington ze wzgórza Victoria

Wspaniale jest obcować z lokalną przyrodą, kulturą, historią i tradycją. Jutro wybieramy się na dłuższą trasę po okolicznych wzgórzach a w piątek ruszamy na północ. 🙂 Jeśli czekacie na relację z centrum miasta Wellington, proszę o cierpliwość, porządne zwiedzanie centrum i wizytę w słynnym muzeum Te Papa odkładamy na ostatni tydzień.

Jeśli jeszcze nie śledzisz bloga, proszę o zapisanie się. Równocześnie proszę o komentarze i uwagi. Do następnego posta,

Przemek

Przywitanie Nowej Zelandii

Wcześnie rano w poniedziałek wstaliśmy i ruszyliśmy na lotnisko. Żegnamy się z Melbourne i naszymi przyjaciółmi, ale nie towarzyszy nam smutek ponieważ przed nami 5 tygodni przygód w Nowej Zelandii. Lot linii Qantas do Wellington wyruszył planowo. Nasza trasa prowadziła na północ od wyspy Tasmania, nad morzem Tasmańskim i przecinała północy fragment południowej wyspy Nowej Zelandii. Miałem szczęście mieć miejsce przy oknie, a że pogoda była znakomita nad południową wyspą, widoki były wyśmienite.

Zachodnie wybrzeże NZ na północ od Westport

Moje wrażenie wzbudziła bliskość Antarktydy! Patrząc na ekran w samolocie pokazujący nasza trasę, ten lodowy kontynent wydawał się być bardzo blisko. Ma to sens ponieważ Christchurch, główne miasto wyspy południowej, to jedno z dwóch podstawowych miejsc z których wyruszają wyprawy na Antarktydę (drugie jest w Argentynie). Nigdy wcześniej nie byłem tak daleko na południe.

Blisko Antarktydy

Zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii przecięliśmy w pobliżu Westport i ponad górami zbliżyliśmy się do Nelson. Zatoki Golden Bay i Tasman Bay, oraz półwysep Farewell Spit (który przypomina nasz polski Hel), wyglądały bajkowo.

Tasman Bay, w oddali Golden Bay i Farewell Spit

Wysepki w cieśninie Marlborough Sounds dopełniały wrażenia że lecimy nie na „Koniec Świata”, jak niektórzy mówią o Nowej Zelandii, lecz raczej do raju. 🙂

Marlborough Sounds i Picton

Nieustający wiatr z Wellington oraz krótki pas wciśnięty między morze po obu stronach, zapewniły lądowanie pełne wrażeń. Przez chwilę wydawało się że będziemy lądować na wodzie.

Z lotniska odebrali nas rodzice mojej Sary, z którymi spotkanie było wspaniałym przywitaniem w Nowej Zelandii. Zamiast omijać miasto, przejechaliśmy przez samo centrum, więc miałem okazję zobaczyć stolicę po raz pierwszy. Drogą Oriental Parade, wzdłuż zatoki Oriental Bay, wjechaliśmy do centrum. Moją uwagę przykuły domy zawieszone nad drogą, wysoko na stromym terenie, na południe od centrum. Wiele z nich miało prywatne windy prowadzące do domu z drogi głównej, a samochody właścicieli były zaparkowane na dole przy drodze głównej. Ta okolica to jedna z najdroższych dzielnic w stolicy. Centrum nie ma dużej ilości wysokich budynków, i wydaje się być wciśnięte między napierający na mieszkańców las pokrywający wzgórza, oraz morze. To niesamowite że to duże miasto ciągle wydaje się być w harmonii z naturą. W trakcie niewątpliwej wizyty w centrum, później w trakcie tej wyprawy, napiszę więcej o tym niezwykłym mieście.

Przez wąwóz Ngauranga wyjechaliśmy z miasta, w kierunku miasteczka Tawa, z którego moja Sara pochodzi. Miasteczko jest wciśnięte w wąską dolinę i większość domów także tutaj jest zbudowana na stromym terenie. Domy wyglądają wręcz zbudowane na odwrót niż normalnie, mają małą powierzchnię na parterze, i dużo większą na pierwszym piętrze. W ten sposób można najlepiej wykorzystać teren. Ogrody (z obowiązkowymi grillami BBQ) są zwykle za domem i musiały być wykopane ze zbocza góry.

Reszta dnia spędzona została z rodziną, a także świetnymi sąsiadami którzy przyszli z wizytą.

Do piątku tempo wyprawy nieco zwolni, będziemy zwiedzać najbliższą okolicę i spotykać się z przyjaciółmi. W piątek ruszamy na wielki objazd wyspy północnej, więc jest na co czekać. 🙂 Jednakże nie znaczy to że do piątku będzie nudno! Do usłyszenia jutro, obiecuję więcej postów i zdjęć z tej pięknej okolicy miasta Wellington.

Nowa Zelandio, witaj!