Marlborough Sounds i Kaikoura

Wczesnym rankiem we wtorek wyruszyliśmy z Tawa, żeby złapać prom o 8:00 z Wellington do Picton. Korki wokół Wellington już od 7:00 są dość spore, więc chcieliśmy być w drodze najpóźniej o 6:40. Udało się ominąć większość korków, i mieliśmy czas żeby przyglądnąć się miastu z molo, czekając na wjazd na pokład.

Centrum Wellington
Okrągły budynek „Beehive”, parlament Nowej Zelandii

Zarezerwowaliśmy prom z firmą Bluebridge, która używa przystani w samym centrum. Widoki na miasto z górnego pokładu widokowego były wyśmienite. Prom był ogromny, jeden z największych na jakich miałem okazję być. Tata Sary skomentował że promy używane w Nowej Zelandii głównie pochodzą z Europy, podobnych używa się na morzu śródziemnym.

Wypływamy z portu. Rozmiar promu robił wrażenie

Wypływając z portu mieliśmy świetne widoki na miasto, jej również lotnisko i dolinę Hutt.

Po drodze rozmawialiśmy o tragedii promu Wahine w 1968 roku, największej tragedii morskiej w historii Nowej Zelandii. W trakcie strasznego sztormu, 53 ludzi straciło życie. Mama Sary była wtedy dzieckiem, ale pamięta że wtedy drzewa tak się wyginały na wietrze że dotykały ziemi koronami, a wiatr podrywał ją z nóg w trakcie drogi do domu ze szkoły, którą zamknięto w trakcie sztormu. Na szczęście mama trzymała ją za rękę. W dniu tej tragedii, wiatr w Wellington przekraczał prędkość 250 km/h.

Widok na zatokę Wellington Harbour i dolinę Hutt

Cały rejs spędziliśmy na górnym pokładzie widokowym. Poza oczywistą zaletą widoków, bycie na górnym pokładzie ułatwia poradzenie sobie z nudnościami. Cieśnina Cooka, która oddziela wyspę południową od północnej, jest stosunkowo wąska i morze jest zwykle bardzo niespokojne. Wiatry z Antarktydy przeciskają się tędy, powodując wielkie fale.

Wybrzeże na zachód od Wellington

Na szczęście nasz rejs był dość spokojny jak na tutejsze standardy, ale i tak ten wielki prom wyraźnie się kołysał a wiatr po prawej stronie był mocny, więc przenieśliśmy się na lewą, gdzie było o wiele spokojniej. Przy silniejszych wiatrach trzeba prawdopodobnie schować się na niższych pokładach.

Najlepsze widoki rozpoczęły się gdy wpłynęliśmy do Marlborough Straits. Wiatr ucichł i rozpoczął się spektakl. Północny czubek południowej wyspy składa się z wielu wysp i półwyspów o zakręconych liniach brzegowych.

Wpływamy do Marlborough Straits
Duży prom w wąskiej cieśninie

Prom przeciska się między kawałkami lądu, wąskimi przesmykami. Momentami ma się wrażenie bycia na jeziorze, zdala od morza. Coraz wyższe góry nas otaczały w trakcie zbliżania się do Picton. Widzieliśmy również duże statki rejsowe, które prawdopodobnie przybyły tu z Australii. Przez cieśniny płynęło się ponad godzinę, więc nawet zanim postawiłem stopę na wyspie południowej, byłem już pod dużym wrażeniem piękna tutejszych krajobrazów.

Zbliżamy się do Picton
Picton. W porcie duży statek rejsowy

Naszym celem we wtorek było miasteczko i wybrzeże Kaikoura, ale po wylądowaniu w Picton mieliśmy również w planach lepiej zapoznać się z Marlborough Sounds. Wybraliśmy się na trasę „Snout Track”, prowadzącą z obrzeży Picton na czubek półwyspu Snout. Droga do parkingu przy początku trasy była zamknięta ze względu na zagrożenie pożarowe, ale na szczęście trasa była otwarta (musieliśmy zacząć kawałek niżej). Niedaleko na zachód, w pobliżu Nelson, już od kilku tygodni buszują spore pożary. Na szczęście sytuacja jest pod kontrolą i nikt jeszcze nie ucierpiał, ale kilka budynków nie uchroniło się przed płomieniami. Będziemy w Nelson za tydzień, więc mamy nadzieję że sytuacja będzie już w pełni opanowana.

Na trasie Snout Track

Dzień był bardzo gorący (31°C) a trasa odsłonięta, więc doszliśmy tylko do najwyższego punktu, Queen Charlotte’s View, mniej więcej w połowie drogi, bez schodzenia na czubek półwyspu. Widoki były wspaniałe, zarówno z tego miejsca jak i po drodze.

Widok z Queen Charlotte’s view

Przy lunchu towarzyszyło nam kilka ptaków Bellbird. Ich piękny śpiew został mi w pamięci. W dodatku w drodze powrotnej trafiliśmy na nielotnego ptaka Weka, który wygląda trochę jak skrzyżowanie kiwi i dzikiego kurczaka z buszu. 🙂 Stosunkowo ufny i ciekawski ptak, podszedł do nas bardzo blisko.

Weka

Po drodze na wybrzeże Kaikoura, przejechaliśmy przez Blenheim i region winiarski Marlborough. Pochodzi stąd wiele białych nowozelandzkich win słynnych w Europie, np. Villa Maria i Oyster bay. Jednakże moja i Taty Sary miłość do piwa sprawiła, że zatrzymaliśmy się w lokalnym browarze Renaissance w Blenheim, zamiast winiarni. Nowa Zelandia słynie również z chmielu i piwa. Marlborough wyglądało na bardzo suche, spalone Słońcem miejsce. Blenheim chwali się byciem najbardziej słonecznym miejscem w kraju. Idealne do hodowania winogron, ale w tym roku chyba mają tu za mało deszczu.

W trakcie zbliżania się do Kaikoura nasza rozmowa nieuchronnie zeszła na temat trzęsienia ziemi w 2016 roku. To bardzo duże trzęsienie o sile 7.8 w skali Richtera zniszczyło drogę stanową nr 1 po której właśnie podróżowaliśmy, jak również linię kolejową biegnąca wzdłuż niej.

Na drodze nr 1 na północ od Kaikoura

Od 14 listopada 2016 do grudnia 2017 droga była całkowicie zamknięta. Obecnie, w lutym 2019, ciągle jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia żeby drogę i tory odpowiednio zabezpieczyć z dwóch stron: stromych zboczy na zachodzie, i oceanu na wschodzie. Ekipy robotników pracują cały czas i w wielu miejscach obowiązuje ruch wahadłowy w zależności od potrzeb planu robót. Wszędzie wzdłuż drogi na zboczach widać wielkie osuwiska spowodowane trzęsieniem, a w niektórych miejscach stare nieczynne tunele i fragmenty drogi – jak często w Nowej Zelandii, człowiek nabiera nowego szacunku do siły natury.

Wielkie osuwisko spowodowane trzęsieniem ziemi. Kontenery zabezpieczają drogę przed spadającymi kamieniami
Osuwiska wzdłuż drogi i skały wypiętrzone wskutek trzęsienia

Natura jednak idzie swoim torem, a trzęsienia ziemi są dla naszej planety normalne. Futrzane foki, które zawsze odwiedzały konkretne miejsca na tym wybrzeżu, wróciły w te same miejsca, mimo iż linia brzegowa się zmieniła wskutek wypiętrzenia lądu, w niektórych miejscach pojawił się nowy ląd o wysokości aż do 2 metrów. Wszędzie było widać skały o dziwnym, białym kolorze, które niedawno były stale pod powierzchnią morza, a teraz wystają ponad poziom wody nawet w trakcie przypływu. Na odbudowanej drodze jest fajne miejsce na postój, o nazwie Ohau, skąd można przyglądnąć się fokom, których tutaj są setki.

Foki wygrzewają się na Słońcu
Młode foki zwiedzają plażę

Kaikoura jest bardzo pięknie położona. Miasteczko jest nad oceanem, ale również blisko pasma górskiego o wysokościach dochodzących do 2600 m. Z plaży widać wierzchołki tych malowniczych gór. Musi tu być szczególnie pięknie w zimie, gdy zbocza są przykryte śniegiem.

Plaża w Kaikoura

Po szybkich odwiedzinach na plaży udaliśmy się na „fish and chips”. Kaikoura słynie z tego prostego i wyśmienitego dania, i „ryba z frytkami” naprawdę nie zawiodła – świeża ryba prosto z morza, była bardzo smaczna, a frytki chrupiące.

Główna ulica w Kaikoura

Wieczorem mieliśmy mały dramat z kwaterą, wskutek pomyłki właściciela który podwójnie zarezerwował miejsce dla nas i kogoś innego. Na szczęście u znajomych załatwił nam szybko inne miejsce, o wiele lepszym standardzie. Piękne widoki na góry z zastępczej kwatery były niezastąpione, i mieliśmy nawet jacuzzi w łazience. Czasami przypadek wyglądający na nieszczęście, okazuje się być błogosławieństwem. Nasz niedoszły gospodarz rozwiązał sprawę bardzo elegancko.

Kwatera zastępcza 🙂
Zachód Słońca oglądaliśmy z plaży południowej w Kaikoura
Wschód Słońca oglądaliśmy z zastępczej kwatery 🙂

Następnego dnia spakowaliśmy się wcześnie i wybraliśmy do podnóża gór aby przejść się po nietypowym lesie Hinau. Krótka trasa nie miała dobrych widoków, ale drzewa hinau oraz towarzyszące nam ptaki fantail były bardzo fajne. Zapoznałem się też przy okazji z punktem wypadowym, z którego można ruszyć w wyższe okoliczne góry, wliczając najwyższy szczyt masywu o wysokości ponad 2600 m, który wymaga umiejętności alpinistycznych. Niższy, Mt Fyffe o wysokości około 1600 m, można zdobyć w jeden dzień bez liny. Wyżej w górach, są tu też schroniska (lub chatki / schrony).

Najlepszy widok z trasy w lesie Hinau 🙂

Po zjechaniu do miasteczka spróbowałem kolejnego słynnego lokalnego przysmaku – omletu z małych rybek „Whitebait”. Te rybki są bardzo małe, więc do jednego omletu z dwóch jajek dodaje się kilkanaście, lub więcej, rybek. Omlet smakuje delikatnie, ale bardzo przyjemnie. Serwują go zwykle między dwiema kromkami chleba tostowego.

Kanapka z omletem z rybkami Whitebait

Ostatnią rzeczą którą zrobiliśmy w Kaikoura, był spacer po półwyspie na wschód od miasteczka. Jest tutaj wielka skalna półka, zalewana przez przypływ, dzięki czemu w trakcie odpływu można tutaj w wielu małych kałużach i stawkach znaleźć mnóstwo morskich istot. Krewetki, małże, kraby, małe rybki, podwodne ślimaki. Także foki lubią się tutaj wygrzewać na skałach w trakcie odpływu.

Małże. Nóż potrzebny żeby je od skały odkleić.

Gorąco polecam spacer tutaj, na południe do punktu widokowego Kean, w trakcie odpływu.

Punkt widokowy Kean, półwysep w Kaikoura

Czas nadszedł żeby ruszyć dalej, do Christchurch. Do usłyszenia niedługo 🙂

Przemek