Wellington, część druga

Ostatnie kilka dni naszej wspaniałej podróży do Nowej Zelandii spędziliśmy w stolicy oraz po drugiej stronie zatoki w miasteczku Petone, które może się poszczycić fascynującą historią – o czym więcej nieco dalej.

W Wellington było jeszcze wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia, więc w środę rano (6 marca) wskoczyliśmy w pociąg w Tawa. Tym razem z dworca ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Muzeum Narodowego Te Papa. Okolice portu są świetne zagospodarowane, na estakadach znajdują się restauracje i inne budynki, a duże stare magazyny portowe przerobione są na hale sportowe.

Nabrzeże w Wellington

Zauważyłem na przykład boiska do piłki nożnej i ściankę wspinaczkową. W wielu miejscach można zejść po drabinkach do wody, często też przy drabinkach dryfują platformy ułatwiając dostęp. Widzieliśmy wielu ludzi pływających między różnymi miejscami nabrzeża, na odcinku pomiędzy muzeum miasta Wellington i muzeum narodowym Te Papa. Niektórzy wellingtończycy najwyraźniej lubią pływać w zatoce, w ramach rozruchu w trakcie lunchu, a spore fale im nie straszne.

Graffiti na statku, a w tle hala sportowa

Wstąpiliśmy na chwilę do Galerii Sztuki Wellington (City Gallery Wellington) przy Civic Square, gdzie mieliśmy okazję zapoznać się ze świetną wystawą poświęconą zespołowi From Scratch. Można było zobaczyć dziwaczne instrumenty stworzone przez tych eksperymentalnych nowozelandzkich muzyków (na niektórych można było nawet spróbować zagrać!), posłuchać ich muzyki, a także zastanowić się nad właściwościami dźwięku skacząc po kamieniach różnego typu (co produkowało różne dźwięki). Cała wystawa pozwalała odwiedzającym chociaż nieco zrozumieć inspiracje i proces twórczy zespołu From Scratch.

Instrument zaprojektowany przez eksperymentalny zespół From Scratch

Po wyjściu z galerii, przyszedł czas na przerwę – wypiłem kolejną wyśmienitą wellingtońską kawę i zjedliśmy odświeżające lody na nabrzeżu patrząc na pływaków i zatokę. Pogoda była świetna, ale czuć było nadchodzącą zmianę – wiatr się wzmagał. Do tej pory nie było mi dane poczuć słynnego wellingtońskiego wiatru, ale w ciągu następnych dwóch dni miałem tą przyjemność 🙂

Tutaj piliśmy kawę

Naszym głównym celem w środę (poza wieczornym piwkiem i spotkaniem z Jasmine i innymi znajomymi) była wizyta w muzeum narodowym Nowej Zelandii – Te Papa. Budynek muzeum jest zbudowany przy wykorzystaniu technologii „izolacji fundamentów” (base isolation). Ta technologia nowozelandzkiego autorstwa pozwala temu pięknemu budynkowi wytrzymać nawet bardzo silne trzesięnia ziemi. Specjalnie zaprojektowane podziemne pomieszczenie, niedaleko od głównego wejścia do muzeum, pozwala przyglądnąć się izolatorom i poczytać o tej technologii.

Izolator, chroniący przed trzęsieniami ziemi

Muzeum narodowe składa się z wielu wystaw, i trudno jest zobaczyć wszystko w jeden dzień. My postanowiliśmy wybrać trzy wystawy, zaczynając od specjalnej ekspozycji poświęconej historii kampanii Gallipoli, pod tytułem „Gallipoli: The Scale of Our War”.

Wejście na ekspozycję „Gallipoli”

Tragiczna w skutkach bitwa o Gallipoli, w Turcji w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, jest miejscem gdzie wielu nowozelandczyków cierpiało i straciło życie, ale także miejscem gdzie nowozelandzki naród pokazał swoją siłę i determinację. Połwysep Gallipoli strzeże wejścia do morza Marmara, i dalej do Istambułu i morza Czarnego, i wg planu aliantów (a dokładnie Winstona Churchilla), inwazja i przejęcie kontroli nad tym rejonem miało spowodować pokonanie Imperium Ottomańskiego (sprzymierzonego z Niemcami i Imperium Austro-Węgierskim). Plan ten się nie udał, a tysiące żołnierzy dywizji Anzac (Australia New Zealand Army Corp), którzy wylądowali w bardzo trudnym terenie na plaży otoczonej stromymi wzgórzami (miejsce dziś znane jako Anzac Cove), musiało tu wytrzymać 8 miesięcy pod ciągłym ostrzałem w trakcie beznadziejnej walki z przeważającymi liczebnie wojskami tureckimi. Ewakuacja po 8 miesiącach udowodniła że inwazja była złym pomysłem. Wylądowali tam głównie młodzi ludzie w kwiecie życia, którzy zostawili w domu swoje rodziny, nadzieje na przyszłość i wszystko co kochali. Wielu zostało w Gallipoli na zawsze.

Scena z Gallipoli, na ścianie jednego z pomieszczeń

Ekspozycja była wprost niesamowita – zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że nigdy nie widziałem tak fenomenalnie przygotowanej ekspozycji muzealnej na temat wojny. Studio Weta, które pracowało nad efektami specjalnymi do filmu Władca Pierścieni, przygotowało na potrzeby tej ekspozycji osiem hiper-realistycznych modeli żołnierzy. Każdy z tych modeli został przygotowany na podstawie zdjęć i opisów prawdziwych osób, które walczyły w kampanii Gallipoli. Modele były 2-3x większe niż normalny ludzki rozmiar, a przedstawieni żołnierze wyglądali jak żywi.

Półkownik Spencer Westmacott

Zwłaszcza ich twarze były wyśmienicie oddane – oczy się im świeciły i wydawały się mokre, na czole wyraźnie widać było pot, a włosy i zarost były jak prawdziwe. Nigdy nie widziałem tak realistycznych modeli ludzi.

Twarze modeli były hiperrealistyczne

Pomieszczenia z modelami żołnierzy były przyciemnione i wszystkie światła były skierowane na tragicznych bohaterów tej historii. Na ścianach co jakiś czas wyświetlały się cytaty i zdjęcia z wojny, a z głośników dochodziły odgłosy pola bitwy i wywiady z żołnierzami. Każda z osób przedstawionych za pomocą modeli miała swoją historię do opowiedzenia, za pomocą interaktywnych monitorów można było poczytać o każdym z nich.

Lekarz polowy w zadumie nad ciałem poległego żołnierza

Reszta wystawy składała się z rekwizytów, map, modeli pola bitwy, filmów, zdjęć i innych materiałów archiwalnych. Autorzy ekspozycji w bardzo pomysłowy sposób przenieśli widza na plaże Gallipoli – czapki z głów dla nich. Niestety wystawa ta jest tylko tymczasowa, ale polecam ją bardzo gorąco jeśli zdążycie się załapać.

Kwiat maku jest symbolem pamięci o poległych żołnierzach

Po przeżyciach związanych z ekspozycją „Gallipoli: Skala naszej wojny”, udaliśmy się do sekcji poświęconej kulturze i tradycji Māori. Duże i kolorowe wharenui, łączące symbolikę i style różnych plemion, dominowało w pierwszym pomieszczeniu.

Na przeciwko modelu wharenui, Te Papa

Bardzo podobał mi się główny motyw w sklepieniu, bohater Māui i jego czterej bracia próbujący spowolnić Słońce. Wg mitologii maoryskiej, Māui jest odpowiedzialny za spowolnienie Słońca i wskutek tego heroicznego aktu, za podarowanie ludzkości dnia o dopowiedniej długości – pozwalającej na rozwój życia i cywilizacji. Znajdował się tu też ogromny kamień pounamu, podarowany muzeum przez jedno z plemion.

Wielki kamień pounamu

W dalszej części ekspozycji, nie wolno było robić zdjęć. Prezentowane tam skarby kultury maoryskiej, wypożyczone są muzeum przez różne plemiona. Rekwizyty uważane są za święte i w ramach szacunku ich właściciele proszą o nie robienie zdjęć. Tradycyjne panele tukutuku, wspaniałe rzeźby z drewna, biżuteria z pounamu, broń z kości wieloryba, kajak z drewna kauri, odzienie przędzone z liści lnu, a także reprodukcje najważniejszych budynków wchodzących w skład marae, wypełniały duże pomieszczenie zajmujące większość piętra. Część ekspozycji była również poświęcona fascynującej kulturze Moriori z wysp Chatham (będących częścią Nowej Zelandii). Moriori to zupełnia osobna grupa etniczna, kulturalnie różna od maoryskiej. Jednym z ich najsłynniejszych form sztuki są tak zwane dendroglify, płaskorzeźby wydrążone w korze i pniach żywych drzew. Do dzisiaj można te niezwykłe obrazy oglądać, jeśli Was stać na drogi bilet lotniczy na wyspy Chatham (półtorej godziny lotu z Auckland, około 700 km na wschód od wyspy północnej).

Ostatnią ekspozycją na której spędziliśmy więcej czasu w muzeum Te Papa, była część poświęcona Traktatowi Waitangi. Moment podpisania traktatu w 1840, jest uważany za moment narodzin nowożytnej Nowej Zelandii.

Treść traktatu Waitangi

Obecnie traktat jest uważany za kontrowersyjny, i rząd Nowej Zelandii do dzisiaj rozpatruje roszczenia i ustala wynagrodzenia dla rodzin i plemion maoryskich, które uważają że zostały źle potraktowane przez traktat. Dokument ten został podpisany przez oficerów marynarki brytyjskiej i funkcjonariuszy brytyjskiego imperium, oraz kilkuset wodzów plemion maoryskich. Niestety tłumaczenie traktaku z języka angielskiego na język Māori, który przed przybyciem europejczyków nie miał nawet wersji piśmiennej, miało błędy wskutek fundamentalnych rożnic w rozumieniu znaczenia słów takich jak „rząd”, „państwo” oraz „suwerenność”. Muzeum otwarcie i w pełni przedstawia charakter i konsekwencje nieporozumień powstałych wskutek błędów w tłumaczeniu, co mi się bardzo podoba.

Jedna z oryginalnych kopii traktatu, podpisana przez wodzów Māori

Po wyjściu z muzeum, pogoda się całkiem zmieniła. Jak za zamachem magicznej różdżki, niebieskie niebo i Słońce zniknęły, a przybył mocny typowo wellingtoński wiatr i chmury. Ostatnie dwa dni pobytu w Nowej Zelandii i Wellington, miały od teraz być już pochmurne. Dobrze się złożyło, bo i tak musieliśmy się pakować i zrobić ostatnie zakupy, zwłaszcza w ostatni pełny dzień przed wyjazdem (piątek). Na pogodę nie możemy narzekać – do tej pory mieliśmy praktycznie cztery tygodnie Słońca i temperatur ponad 24 stopnie, dochodzących czasami nawet do 32 stopni. Wieczorem w środę, po wizycie w muzeum, spotkaliśmy się ze znajomymi Sary – jej przyjaciółką Jasmine która nam towarzyszyła kilka tygodni wcześniej w Whanganui, oraz jej ekipą. Obiad zjedliśmy w knajpie Aunty Mena’s – polecam, pyszne curry i dobre ceny. Po jedzeniu poszliśmy na jedno do Third Eye, oraz na kilka więcej do Heyday. 🙂 Pierwsze miejsce to pub browaru rzemieślniczego Tuatara (którego główną siedzibę w Paraparaumu odwiedziliśmy trzy tygodnie wcześniej), a drugie to mini-browar o tej samej nazwie. APA i IPA obu tych marek były wyśmienite. 🙂 Próbowałem też niefiltrowanego IPA z browaru No 8 Wired – raj dla podniebienia!

The Third Eye, polecam smakoszom piwa! Graffiti przedstawia jaszczurkę Tuatara, od której nazwę bierze browar

W czwartek dzień był dość pochmurny, a także wietrzny, ale nie powstrzymało to nas przed zaplanowaną wizytą w miasteczku Petone. Celem była plaża, muzeum osadników oraz … sklepy z przecenionym sprzętem górskim. Zaczęliśmy od tego ostatniego tematu, i zakupy w Kathmandu oraz Macpac okazały się bardzo udane. Kupiłem sporo sprzętu górskiego, głównie ciepłe techniczne bluzy, skarpetki oraz baselayer. Po udanych zakupach i naleśnikach we francuskiej knajpie, którą Sarah pamięta z dzieciństwa, udaliśmy się na plażę. Wiało mocno i unoszony z wiatrem piasek dawał się we znaki. Jednakże, warunki takie wynagradzają przeżyciami które łatwo przegapić siedząc w domu. Grupy rybitw ustawiały się na plaży pod wiatr i musiały tylko odrobinę otworzyć skrzydła żeby poszybować w niebo, startując bardzo szybko, niczym jak rakiety. Ostrygojady przebierały plażę w poszukiwaniu obiadu. Drewniane molo przypominało mi nieco Gdynię, lub Hel. Spore fale rozbijały się o jego filary.

Molo w Petone

Miasteczko Petone zostało wybrane przez Kompanię Nowozelandzką (firmę organizującą emigrację i statki przyworzące europejskich osadników do Nowej Zelandii w latach 1837-1858) jako pierwsze miejsce lądowań w obszarze zatoki Wellington Harbour. Miejsce w którym założono wioskę, mimo pomocy lokalnych Maori, było fatalnie wybrane. W pierwszych trzech miesiącach osadnicy którym firma sprzedała ideał raju po drugiej stromie świata, musieli przeżyć dwie powodzie, pożar który strawił prawie wszystkie chatki, a także trzęsienie ziemi! Trzęsienie ziemi spowodowało podmoknięcie terenu, który zamienił się w bagno. Podjęta została decyzja o przeniesieniu się na drugą stronę zatoki, do miejsca gdzie dzisiaj znajduje się miasto Wellington. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy lokalnych Māori, którzy w zamian liczyli na ochronę marynarki brytyjskiej, handel z europejczykami i związany z tym wzrost znaczenia swojego plemienia w świecie Māori. Muzeum, które odwiedziliśmy w Petone, przedstawia tą bardzo ciekawą historię pierwszych europejskich osadników, dokumentuje ich trudy i nieszczęścia jakie ich spotkały, i opowiada o ich relacjach z maoryskimi współlokatorami.

Model jednego ze statków Kompanii Nowozelandzkiej

Druga część muzeum przedstawia późniejszą historię miasteczka, które w drugiej części XX wieku przeżywało boom dzięki rozwojowi przemysłu i budowie wielu fabryk. Dzisiaj przemysł z kolei też już stąd zniknął (przeniósł się do Chin, Indii i Wietnamu), a okolica jest głównie popularna dzięki fajnym restauracjom, plaży, sklepom, turystyce, a także dzięki bliskości stolicy do której można się dostać pociągiem w 20 minut.


W piątek przyszedł czas na pakowanie i ostatnie zakupy, a także podsumowania, ostatni przed wyjazdem obiad w domu u rodziców Sary, a także odwiedziny kilku sąsiadów i przyjaciół rodziny których wcześniej poznałem (sami świetni ludzie!). Zaczęło się robić troszeczkę smutno i nostalgicznie. Już na zapas tęskniłem, ale było z tym sobie łatwo poradzić – ponieważ wiem że na pewno tu wrócę – i wtedy prawdopodobnie wznowię ten blog. 🙂

Jedno z pożegnalnych zdjęć na molo w Petone. W nowej bluzie nowozelandzkiej marki Kathmandu 🙂

W sobotę samolot relacji Wellington – Melbourne zabrał nas o 15:50 z Nowej Zelandii, z tego magicznego kraju, w kierunku drugiej strony świata. Do Szkocji dotarliśmy 33 godziny poźniej, około 11:00 czasu GMT w niedzielę. Podróż nie była zbyt ciężka, nawet mieliśmy cały cztero-siedzeniowy rząd dla siebie z Dubaju do Glasgow. Nie chcę jednak kończyć na locie. Zakończę wspomnieniem ostatnich chwil spędzonych w Nowej Zelandii. Świetny lunch w Maranui Cafe w pobliżu lotniska, to chyba będzie nasza nowa tradycja. Ostatnie dotknięcie morza, i poświęcenie mojego kamienia pounamu, zapadło mi w pamięć. Zdjęcia na lotnisku przy typowo nowozelandzkich dekoracjach – Gandalf na gryfie Gwaihir, oraz smok Smaug, były zabawną ostatnią chwilą. Oczywiście, pożegnanie w stylu kiwi. Nie mówię że Władca Pierścieni to najlepsza rzecz pochodząca z tego pięknego kraju, ale bardzo fajnie że nowozelandzczycy doceniają swoje produkty, piękno swojego kraju i są tym kim są – niewątpliwie wrócę tu, i to prawdopodobnie niedługo!

Święcenie pounamu
Gandalf w terminalu lotniska 🙂
Smaug przy odprawie bagażowej 🙂

Wszystkim czytelnikom mojego bloga bardzo serdecznie dziękuję! Pisanie sprawia mi masę radości i chętnie podejmę się podobnej misji w trakcie następnej ciekawej wyprawy. Nie wypisujcie się proszę, jeśli nie chcecie przegapić relacji z następnej podróży. 🙂

Dzięki i do usłyszenia!

Przemek

Wellington, część pierwsza

W poniedziałek w końcu przyszedł czas na bliższe zapoznanie się ze stolicą kraju, po którym podróżowałem przez ostatnie cztery tygodnie. Podmiejskim pociągiem dostaliśmy się z Tawa na główny dworzec kolejowy w Wellington. Dworzec jest połączony ze stadionem narodowym, co jest ciekawym rozwiązaniem – z peronu można się udać prosto na trybuny. Dworzec jest także zaraz obok portu, wagony towarowe kontynuują podróż na wyspę południową za pomocą promów.

p3043200
Na dworcu w Wellington. Ten skok się udał 🙂

Jedną z pierwszych rzeczy na które zwróciłem uwagę były… światła dla pieszych. Wzorując się na berlińskim „ampelmann”, władze stolicy NZ zainstalowały światła przedstawiające słynną sufrażystkę Kate Sheppard.

Kate Sheppard. Nowa Zelandia była pierwszym krajem na świecie z pełnym równouprawnieniem dla kobiet w ramach głosowania w wyborach

Naszym pierwszym celem była słynna Wellingtońska kolejka linowa. Po drodze do dolnej stacji kolejki przeszliśmy koło kilku ważnych miejsc. Pomnik ku pamięci żołnierzy (War Memorial) stoi zaraz koło charakterystycznego budynku parlamentu o nazwie „Beehive”. Okrągły budynek parlamentu jest świetnie nazwany, nie tylko ponieważ jego zewnętrzny wygląd przypomina pszczeli ul, ale także dlatego że rzesze pracowitych urzędników siedzą przy biurkach wewnątrz, kojarząc się z pracowitymi pszczołami.

Nowozelandzki parlament „Beehive”

Zaraz obok parlamentu jest sąd najwyższy NZ, a także największy drewniany budynek na półkuli południowej – zbudowany w 1876 roku jako budynek rządowy.

Ten budynek jest zbudowany w zdecydowanej większości z drewna

Stacja dolna kolejki linowej znajduje się na głównej ulicy w centrum miasta, Lambton Quay. Stacja górna jest w Kelburn, dzielnicy na wzgórzach piętrzących się ponad centrum. Kolejka linowa była nawet bardziej interesująca niż się spodziewałem. Myślałem że to czysto turystyczna atrakcja, a okazało się że kolejka jest też używana przez mieszkańców jako środek transportu. Dwa przystanki pośrodku linii pozwalają się dostać do różnych miejsc na stromym wzgórzu, np. do uniwersytetu Victoria. Kolejka została oddana w 1902 roku, i do dzisiaj wagoniki zachowują styl tamtych lat.

Wagonik wellingtońskiej kolejki

Po drodze jest kilka tuneli i punkt do wymijania się wagoników. W tunelach kolorowe światła urozmaicają krótką podróż, która jest zdecydowanie warta tych $5 za bilet w jedną stronę. Z górnej stacji roztaczał się wspaniały widok na miasto i zatokę.

Widok na Wellington z górnej stacji kolejki

Dobrym pomysłem po wyjechaniu kolejką na górę jest zejść na dół na nogach przez ogrody botaniczne Wellington. Projektanci miasta właśnie na to liczyli umiejscawiając ogrody botaniczne na tak stromym zboczu. Jeszcze na szczycie wzgórza, ale już na terenie ogrodów, znajduje się obserwatorium astronomiczne Wellington, w którym można, podobnie jak w obserwatorium na szczycie Mt John w Tekapo, kupić bilet na sesję prywatną (w ramach grupy) z teleskopem. Przed obserwatorium stoi wielkie działo polowe, a na jego kadłubie widnieje herb batalionu pruskiej (niemieckiej) artylerii.

Wielkie pruskie działo

Ta armata została zdobyta przez kompanię nowozelandzką na zachodnim froncie w trakcie pierwszej wojny światowej, w 1918 roku. Działo zostało podarowane miastu Wellington, żeby uczcić pamięć ludzi stąd pochodzących, którzy walczyli w tej okropnej wojnie. Oni walczyli żebyśmy my nie musieli. Ogrody były bardzo malownicze, a dzięki stromiźnie miały w sobie coś z japońskich ogrodów, gdzie nachylenie terenu, otoczenie ogrodu i widoki żyją w ścisłej harmonii ze wszystkimi innymi jego elementami (rośliny, stawy, etc). Moimi ulubionymi miejscami był zagajnik z pięknymi kolorowymi hortensjami oraz staw z małą alkową – gdzie wielu Wellingtończyków robi sobie zdjęcia ślubne.

Hortensje
Zagajnik

Po wyjściu z ogrodów botanicznych udaliśmy się na spacer ulicą Tinakori Road, na której znajduje się tradycyjny dom premiera Nowej Zelandii – odpowiednik Białego Domu, czy też Downing Street 10, ale w stylu „kiwi”. Okolice tej ulicy to jedna z najdroższych dzielnic Wellington. Jest tu pełno pięknych starych domów, a wielu uznanych nowozelandzkich artystów kiedyś tu mieszkała, lub obecnie mieszka. Spacerując po Tinakori Road łatwo trafić na płyty chodnikowe z cytatami znanych nowozelandzkich artystów, wmontowane w chodnik – niemal jak aleja gwiazd w Hollywood, tylko że w wersji „kiwi” – zamiast gwiazd i symboli, inspirujące cytaty.

Tikanori Road

Sara pokazała mi fascynujący dom w jednej z bocznych bardzo stromych alejek (Glenbervie Terrace). Dom nazywa się „wedge home”, a przy okazji z Glenbervie Terrace mieliśmy dobry widok na siedzibę Pani premier. Niestety Jacindy Arden (obecny premier NZ) nie spotkaliśmy! Wizytę na Tikanori Road, jak również poniedziałkową wycieczkę do stolicy, zakończyliśmy w pubie browaru rzemieślniczego Spring & Fern – mieli świetne limitowane Dry Hop IPA oraz Złotą IPA. Kupiliśmy też dużą butelkę do domu, żeby późniejszym wieczorem podzielić się z Tatą Sary.

Spring & Fern

We wtorek rano wybraliśmy się na szczyt pobliskiego wzgórza, Colonial Knob. Ta krótka trasa na szczyt wzniesienia o wysokości jedynie nieco ponad 300 metrów, oferuje wspaniały busz po drodze, jak również świetne widoki ze szczytu. Jest to też diabelnie stroma trasa, a jej dostępność pozwala na jej częste zaliczanie w ramach porannego treningu. Sara kiedyś wdrapywała się na ten szczyt regularnie, mierząc czas. Tym razem zajęło nam to prawie 30 minut (nie spieszyliśmy się za bardzo), następnym razem trzeba będzie pobić ten czas. Niedaleko od początku trasy znajduje się fabryka najlepszej w NZ czekolady – Whittaker, z której unoszący się zapach towarzyszył nam przez pierwsze i ostatnie kilka minut. Zastanawiam się czy powodem dla którego Sara wspinała się tu często, była chęć treningu czy miłość do czekolady. 🙂

Na szczycie Colonial Knob, widok w kierunku Porirua

Po porannym rozruchu wybraliśmy się ponownie do miasta, w którym wiele jeszcze miejsc czekało na odwiedzenie. Bardzo chciałem wybrać się do kolejnego, obok „Rivendell” które zobaczyliśmy w pierwszym tygodniu podróży, miejsca związanego z kręceniem Władcy Pierścieni. Nie można było wybrać lepiej niż Weta Studios.

Ja i troll, przy wejściu do Weta Studios

Weta było odpowiedzialne za wszystkie rekwizyty, kostiumy, zbroje, miecze, charakteryzację i komputerowe efekty specjalne wyprodukowane na potrzeby kręcenia Władcy Pierścieni. Można wręcz rzec, że studio Weta jest odpowiedzialne za stworzenie Śródziemia na Ziemi, a dokładnie w Nowej Zelandii. 🙂 Wyprodukowali oni 38,000 hobbicich stóp, tysiące hełmów i innych elementów zbroi, twarze orków, setki mieczy oraz całe mnóstwo elfich płaszczy i innych rekwizytów. Poza Władcą Pierścieni pracowali nad Hobbit’em, Avatar’em, District 13, Ghost in the Shell i innymi znanymi tytułami!

Gollum!

Wziąłem udział w płatnym zwiedzaniu studia ($29), w trakcie którego wytłumaczono nam proces produkcji. Rzeczy których musi być tysiące, używane w ujęciach szerokich, gdzie aktorzy są daleko od kamery, są produkowane z żywicy silikonowej (np. hełmy, miecze) i malowane w sposób nadający im realistyczny wygląd. Przedmioty które muszą być bliżej, w ujęciach ze średniego dystansu np. narada u Elronda, wykonane są z aluminium. Niektóre przedmioty, na które są zbliżenia z bardzo bliska, jak np. sztylet zdradzieckiego Boromira, są wykonane z metalu w taki sam sposób jak prawdziwe miecze. Studio nawet zatrudnia mistrza miecznika na pełen etat.

Jeden z artystów wyjaśnia proces twórczy

Wizyta była świetna i polecam każdemu interesującemu się Władcą Pierścieni, lub produkcją drogich filmów, odwiedzającemu Wellington. Sprawdźcie tylko czy w porcie nie ma żadnych promów rejsowych, aby uniknąć tłumów.

Mini-muzeum Weta. Chciałoby się mieć taką kolekcję…

Po wizycie w Weta Studios odwiedziliśmy jeden z ulubionych sklepów Sary w tej części miasta – Greek Cafe. W tym sklepiku połączonym z kawiarnią, prowadzonym przez rodzinę pochodzącą z Grecji, można kupić różne słynne greckie przysmaki – od baclavy do keftedes, słodkie rzeczy, lunche na wynos, dobrą kawę i świeże oliwki.

Na kilka godzin wróciliśmy do domu do Tawa, i po przerwie późnym popołudniem wybraliśmy się ponownie do miasta. Zaplanowany mieliśmy obiad z rodzicami Sary w barze Little Beer Quarter, oferującym duży wybór piwa rzemieślniczego z całej Nowej Zelandii oraz świetne (i polecone nam w Nelson przez Toma) hamburgery. Przed odwiedzeniem LBQ odwiedziliśmy dwa słynne punkty. Most „City to Sea” wygląda bardzo nietypowo i jest udekorowany drewnianymi rzeźbami artysty maoryskiego Paratene Matchitt. Rzeźby przypominają ogony wielorybów. Pobliski Civic Square może się pochwalić słynną kulą zawieszoną w powietrzu. Jest to popularne miejsce spotkań, przedstawień i koncertów. Co roku studenci wellingtońskich uczelni, którzy właśnie ukończyli szkołę, spotykają się tutaj żeby rozpocząć marsz przez stolicę w ramach świętowania ukończenia studiów.

Wellington Civic Square

Bar LBQ sprostał oczekiwaniom. Atmosfera była świetna, jedzenie wyśmienite, a wybór piwa bogaty. Próbowałem świetnych mocno chmielonych IPA z Wellington (Garage Project) a także z południowego browaru No 8 Wire. Browar „No 8 Wire” nazwę przyjął od popularnego typu drutu, który w odizolowanych społecznościach wyspy południowej był używany nie tylko do konstrukcji płotów, ale także do naprawiania praktycznie wszystkiego. W Nowej Zelandii istnieje nawet powiedzenie „a number 8 wire mentality” oznaczające zdolność do tworzenia lub naprawiania przyrządów i maszynerii używając wszelakiego złomu. Potrzeba jest matką wynalazczości, zwłaszcza w Nowej Zelandii.

Do napisania pozostał mi jeszcze jeden post, opisujący ostatnie kilka dni spędzone w Wellington i Petone w trakcie tej wspaniałej wyprawy. Proszę zostańcie ze mną, niedługo ostatni post z tych wakacji, a w przyszłości – więcej pisania na temat innych miejsc które chciałbym odwiedzić 🙂

Dzięki za uwagę,

Przemek

Nelson, Tasman i Golden Bay

Między wieczorem w środę a niedzielą spędziliśmy piękne cztery dni nad zatoką Tasmana, w regionie Nelson. Wynajęliśmy letni domek w Little Kaiteriteri, nad morzem na klifie, trzy minuty spacerem od plaży Stephens Bay. Widoki z okna i ogrodu za domem były cudowne.

W ogródku za domem, zatoka Tasmana

Codziennie rano wstawaliśmy przed siódmą, żeby oglądać wschód Słońca, na który mieliśmy wspaniały widok.

Jeden ze wschodów Słońca, widok z naszej kwatery

Dołączyli do nas na kilka dni przyjaciele rodziców Sary, Tom i Philippa. Bardzo przyjaźni i światowi ludzie, świetnie było ich poznać, porozmawiać o ich podróżach do wielu ciekawych miejsc i spędzić wspólnie kilka relaksujących dni nad morzem.

Na te cztery dni, zwolniliśmy nieco tempo zwiedzania i zamiast tego chodziliśmy sporo na plażę, odwiedzaliśmy lokalne targi i sklepiki, cieszyliśmy się dobrą pogodą i tutejszym klimatem. W regionie Nelson, czyli nad zatokami Tasmana i Złotą (Golden Bay), panuje przyjazny mikroklimat. Region jest idealny do hodowli winogron na wino i chmielu na piwo. Jest tu również mnóstwo sadów, a jabłka, śliwki i brzoskwinie z Nelson nie mają sobie równych w Nowej Zelandii. Kilkadziesiąt lat temu hodowano tutaj również duże ilości tytoniu, ale ten biznes podupadł wraz z mniejszym popytem. W Nowej Zelandii bardzo mało ludzi pali papierosy, nawet trudno mi sobie przypomnieć żebym widział kogoś palącego.

Jedna z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy po dotarciu w środę do regionu Nelson, było zatrzymanie się w lokalnym browarze Hop Federation w Riwaka. Browar produkuje świetne piwo rzemieślnicze. Zwłaszcza ich Red IPA oraz NZ IPA (wyprodukowana w 100% na chmielu pochodzącego z NZ) były wyśmienite. Kupiliśmy kilka dużych butelek na później.

W browarze Hop Federation

Po drodze do Kaiteriteri widzieliśmy wiele pól z charakterystycznymi wysokimi rusztowaniami, po których wspina się roślina chmielu.

Pierwszego wieczoru przetestowałem również wodę w najbliższej zatoczce, przy naszej plaży. Bardzo przyjemna temperatura, ale nie aż tak ciepła jak dwa tygodnie wcześniej w jeziorach na wyspie północnej. Zaczął się już marzec, czyli początek jesieni, i jest trochę chłodniej zwłaszcza wcześnie rano. Temperatura ciągle jednak dochodzi do bardzo przyjemnych wartości 23-24 stopni w ciągu dnia, i jest bardzo słonecznie.

Widok na naszą plażę

Region Nelson jest cudownym miejscem na urlop. Są tutaj plaże, góry, jaskinie, busz i wydmy. Ciekawa historia, kultura i sztuka uzupełniają piękno natury. Nad zatoką Tasmana, a zwłaszcza w Golden Bay, wielu artystów ma swoje warsztaty, często otwarte dla publiki.


W czwartek odwiedziliśmy miasto Nelson oraz małe miasteczko Motueka. Sara i Jill miały misję odwiedzić kilka sklepów, w tym także SaveMart, prawdziwie nowozelandzką instytucję. Sklep ten sprzedaje używaną odzież i jest bardzo popularny. W Nowej Zelandii wielu ludzi kupuje ubranie w ten sposób, co jest dobre dla naszej planety, a także dla portfela. Sam znalazłem kilka fajnych rzeczy dla siebie w SaveMart’ach które odwiedziliśmy po drodze (ten nie był pierwszym!). Odwiedziłem też bibliotekę w Nelson, żeby popracować nad blogiem który czytacie. Biblioteki w Nowej Zelandii są bardzo liczne, dobrze prowadzone i przydatne zarówno dla turystów, jak i przede wszystkim lokalnych mieszkańców.

Motueka jest mniejsza, ale bardziej turystyczna – jest tu dużo restauracji i sklepików. Wstąpiliśmy na chwilę do baru browaru Spring & Fern, sprawdzić co leją. Kupiliśmy kilka ich piw w butelkach do przetestowania później. Ich czarna IPA była rewelacyjna. Motueka jest w samym centrum regionu chmielowego. Znawcy piwa powinni rozpoznać nazwę „Motueka”, ponieważ odmiana chmielu tu hodowana nosi taką samą nazwę jak miasteczko. Czwartkowy wieczór spędzony został na kwaterze, nad morzem. Zeszliśmy też na plażę i ogólnie nie spieszyliśmy się nigdzie.


W piątek wybraliśmy się na północ od Kaiteriteri, przez Marahau, do parku narodowego Abel Tasman, i przeszliśmy początkowy fragment długodystansowej trasy przecinającej ten park.

W parku narodowym Abel Tasman

Już pierwsze dwa kilometry tej trasy robią wspaniałe wrażenie. Trasa oferuje cudowne widoki na morze, prowadzi przez ciekawy nadmorski busz i przecina fascynujący fragment wybrzeża.

Nadmorski busz. Miejsce przypomina znana scenę z Władcy Pierścieni, zanim Frodo spotkał Upiory Pierścienia po raz pierwszy

Odwiedza się piękne plaże i malownicze zatoczki. Jest to jedna z bardziej popularnych długich tras pieszych w Nowej Zelandii, więc polecam wczesną rezerwację noclegów jeżeli ma się na celu przejście całej trasy w szczycie sezonu (od połowy grudnia do połowy lutego). Doszliśmy do dobrego punktu widokowego, i zawróciliśmy.

Park Narodowy Abel Tasman, punkt widokowy do którego dotarliśmy

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na głównej plaży w Kaiteriteri. Z całą grupą wynajęliśmy dwa morskie kajaki i dwie deski wiosłowe (SUP). Zawsze chciałem spróbować deski wiosłowej. Okazuje się że nie jest aż tak trudno utrzymać równowagę, ale za to wiosłowanie to ciężka praca. Trudno jest utrzymać kurs, a ciągłe zmiany stron i schylanie się żeby porządnie wiosłować, dają w kość (zwłaszcza plecy). Bardzo mi się ten sport spodobał i w przyszłości chętnie popływam więcej na takiej desce. Większość reszty towarzystwa cieszyła się kajakami, ale trudno było nam (ja i Tom) nadążyć za dwuosobowymi kajakami na naszych jednoosobowych deskach. Z plaży w Kaiteriteri przepłynęliśmy na plażę w Little Kaiteriteri i z powrotem. Na koniec każdy próbował deski, co było dobrym źródłem rozrywki. 🙂

Plaża w Kaiteriteri gdzie wynajęliśmy kajaki i SUP

Wieczorem Tom, który uwielbia gotować, zrobił pyszną domową pizzę. Bardzo smakowała, zwłaszcza przepijana piwem z Hop Federation i Spring & Fern, oraz lokalnymi białymi winami Pinot Gri z Nelson.

Pizza Tom’a. Pycha!

W sobotę wybraliśmy się nawet dalej, przez wzgórze Takaka do Golden Bay. Droga prowadzi przez bardzo wysoką przełęcz, prawie 800 metrów nad poziomem morza. Niesamowite jak w wielu miejscach w Nowej Zelandii góry towarzyszą morzu – żeby dostać się na plażę trzeba przejechać przez przełęcz o wysokości 800 metrów!

Widok ze wzgórza Takaka w stronę Golden Bay

Ta naturalna przeszkoda odcina zatokę Golden Bay od reszty regionu. Izolacja jest prawdopodobnie jednym z powodów wykształcenia się swoistej „alternatywnej kultury” w Złotej Zatoce. Mieszka tu wielu artystów i rzemieślników, znajduje się tu sporo farm ekologicznych i studiów leczniczego masażu oraz medytacji.

Ciekawy mural w Takaka, dobrze oddający klimat miasta

Odwiedziliśmy świetny targ wypełniony pięknymi przedmiotami i jedzeniem. Relaksująca i subtelna muzyka była grana z głośników na bazarze. Zauważyłem kilka osób obejmujących się w długich uściskach, uśmiech na twarzach. Wielu właścicieli stoisk miało na szyjach liczne naszyjniki, na nadgarstkach bransoletki, a we włosach dekoracje. Na świetnym stoisku z biżuterią z nowozelandzkich kamieni zrobiliśmy udane zakupy, nabyte zostały aż trzy naszyjniki.

Na stoisku z kamieniami, targ w Takaka

Jill kupiła mi w prezencie piękny kamień tangiwai, osadzony w serpentynie z domieszką diopside. Kilka dni temu dostałem pounamu od Sary, a dziś tangiwai od Jill. Będę je bardzo cenił. Biżuteria z tych i innych kamieni (np. Aotea) to jeden z symboli Nowej Zelandii.

Przykład biżuterii z tangiwai (środek i po prawej)

Po bazarze wybraliśmy się na kawę do fajnej kawiarni w centrum miasteczka. Odwiedziliśmy też sporo sklepów z piękną ceramiką i innymi ręcznie wykonywanymi rzeczami.

Po wizycie w wiosce Takaka, udaliśmy się nad pobliską plażę, żeby zaliczyć pływanie w Złotej Zatoce. Szeroka piaszczysta plaża ciągnąca się przez wiele kilometrów robiła wrażenie. Było tu bardzo cicho i spokojnie, i spotkaliśmy tylko kilka osób wyprowadzających psy na spacer.

Szukając głębszego miejsca, Golden Bay w pobliżu Pohara

Dzień był bardzo ciepły, więc po powrocie przez wzgórza Takaka do naszej kwatery w Kaiteriteri postanowiliśmy ponownie wybrać się na plażę. Tym razem odwiedziliśmy plażę nad zatoczką Dummy Bay, zaraz na północ od naszej najbliższej plaży w Stephens Bay. Świetne, osłonięte miejsce, oferujące również dobre warunki do pływania z maską. Wysepki i skałki w pobliżu obklejone były jadalnymi małżami. Można było łatwo nazbierać całe wiadro małż na obiad.

Plaża w Dummy Bay, niedaleko od naszej kwatery

Wieczorem oglądaliśmy najlepsze zdjęcia z ostatnich dwóch tygodni podróżowania po wyspie południowej i byliśmy pod wrażeniem jako dużo udało nam się zobaczyć, a ja osobiście czułem się bardzo szczęśliwy że tak dobrze udało mi się poznać te okolice, ich historię, tradycję i mieszkańców. Przez Sarę jestem złączony z tym krajem i dobrze jest go lepiej poznawać. 🙂


W niedzielę przyszedł czas na pożegnanie się z Tomem i Philippą. Wcześnie rano ruszyliśmy w kierunku Picton, żeby złapać powrotny prom do Wellington. Po drodze na życzenie Sary zatrzymaliśmy się w nietypowym miejscu – na cmentarzu w Wakapuaka. Cmentarze często kryją ciekawe informacje na temat danego regionu i ludzi którzy niegdyś tam żyli. Chcieliśmy znaleźć pomnik związany z dość nietypową dla Nowej Zelandii historią. Region Nelson był miejscem pięciokrotnego morderstwa w roku 1866, w trakcie gorączki złota. Sprawa ta znana jest jako morderstwa Maungatapu. Chciwość skłoniła czterech przestępców do napaści na przewożących złoto i pieniądze mężczyzn. Zaczaili się na nich na trakcie w buszu, obrabowali i zamordowali. Złapano ich, i wszyscy skończyli na szubienicy, która musiała być specjalnie dla nich zbudowana. Na cmentarzu znaleźliśmy pomnik ku pamięci ofiar tej chciwości i barbarzyństwa.

Pomnik ku pamięci ofiar morderstw Maungatapu

Drugim przystankiem był most nad rzeką Pelorus. Malownicze miejsce, i świetne do pływania. Zrobiliśmy kilka zdjęć i rozprostowaliśmy kości.

Widok z mostu Pelorus, na rzekę Pelorus
Most Pelorus

Do Picton dotarliśmy półtorej godziny przed planowym wyjściem z portu naszego promu, więc był czas na lunch i szybki spacer po miasteczku. Picton się obecnie rozwija i przybywa tu ludności i biznesów. Tata Sary skomentował że zauważył różnicę, miasteczko które kiedyś miało niewiele do zaoferowania dla turystów, dzisiaj zachęca do zatrzymania się na noc licznymi atrakcjami.

W parku w Picton

W drodze powrotnej mogliśmy ponownie nacieszyć się widokami na cieśniny Marlborough Sounds, tym samym żegnając się z wyspą południową. W dodatku, jak na zawołanie, w połowie Cook Straits pojawiły się delfiny w pobliżu promu. Tak jak w Punakaiki, wiele z nich skakało na falach. Było to piękne pożegnanie z wyspą południową. 🙂

Delfiny skaczące na falach!

Przed nami ostatni tydzień w Wellington i okolicy. Ciągle jest jeszcze wiele ciekawych rzeczy do zobaczenia i opisania, więc do usłyszenia niedługo i dzięki czytanie!

Przemek

Zachodnie wybrzeże

Późnym popołudniem we wtorek zjechaliśmy z przełęczy Arthur’s Pass na zachodnie wybrzeże, do Greymouth. Przyroda po tej stronie gór jest całkiem inna, wilgotność jest dużo większa, deszcz pada o wiele częściej, a żółty kolor ustępuje miejsca zielonemu.

W drodze do Greymouth

Każde wzgórze jest pokryte gęstym buszem, a z gór spływają liczne rzeki. U ujść tych rzek założono tu miasta, między innymi Greymouth, Hokitika i Westport. Wybrzeże jest pozbawione naturalnych portów, więc inżynierowie brytyjscy w latach 1860-1870 zbudowali falochrony przedłużające ujścia rzek oraz pogłębili naturalne koryta, umożliwiając budowę portów wzdłuż rzeki. Wejście do tych portów z morza było, i do dzisiaj jest, bardzo trudne – wielu ludzi straciło w ten sposób życie. Niespokojne morze rozbiło tutaj wiele statków, spychając je na falochron. Zanim kapitanowie statków nauczyli się jak wpłynąć do tych portów, stracono wiele statków w krótkim czasie. Tylko w 1866 roku, w Hokitika rozbiło się 19 statków, a we wszystkich trzech zachodnich portach w sumie 28 statków w ciągu jednego roku. Nie każdy wrak przyniósł ofiary, ale każdy oznaczał straty finansowe i czasami głód.

Pomnik ku pamięci ludzi którzy utonęli u wejścia po portu w Greymouth

Ciekawym aspektem tej części kraju jest zwłaszcza jego historia, poza pięknem natury. Powodem dla którego aż tyle statków w roku 1866 przechodziło przez te porty jest złoto. Między 1866 rokiem, a 1869 miała tu miejsce gorączka złota. W rzekach spływających z gór znaleziono dużo tego drogocennego kruszcu. Z początku wystarczyło przebierać kamienie na dnie rzek żeby znaleźć złoto, później otwarto kopalnie. Mniej więcej w tym samym czasie gdy złoto stało się trudniej dostępne, odkryto z kolei duże zasoby węgla w okolicy Westport. W ciągu pierwszej wojny światowej, kopalnie wokół Westport zapewniały Entente pewny dostęp do węgla.

Sztuka uliczna w Westport przedstawiająca scenę z historii regionu

Większość tego ciężkiego przemysłu dzisiaj już nie istnieje w tej okolicy, ale obecne są liczne jego ślady. Niektóre miejscowości tutaj, jak np. Charleston, miały 12000 mieszkańców pod koniec lat 1860-tych, a dzisiaj mają mniej niż 200 mieszkańców. Region też był jednym z ostatnich skolonizowanych przez Māori, ale jednym z pierwszych centrów napływu ludności z Europy, głównie ze względu na złoto i węgiel.

Māori nie widzieli wartości w złocie i węglu, ale z kolei, od setek lat cenili ten region za coś innego – nowozelandzki jadeit, pounamu w języku Māori. Wiele tych drogocennych i pięknych kamieni można znaleźć w rzekach spływających z gór – jednakże zgodnie z prawem wszystkie pounamu znalezione w górach i w rzekach należą do plemień Māori. Od setek lat biżuteria i inne rekwizyty wyrzeźbione z pounamu były symbolem statusu wśród Māori. Jednakże jeśli ma się szczęście, można też znaleźć pounamu na plaży, i wtedy można je ze sobą zabrać bez urażania tradycji. Pounamu oddane przez rzekę morzu i zwrócone przez morze na plażę nie jest uważane za własność plemienia. Dzisiaj, na zachodnim wybrzeżu znajduje się wiele szkół i warsztatów jubilerskich specjalizujących się w wyrobach z pounamu. Sarah zrobiła mi wspaniały prezent i po drodze do Greymouth kupiła mi naszyjnik z pounamu, który poświęciliśmy w morzu, zgodnie z tradycją Māori.

Pounamu, nowozelandzki jadeit

Obiad zjedliśmy na plaży na północ od Greymouth i był to nowozelandzki klasyk: ryba i frytki zawinięte w gazetę. Spore fale robiły dużo hałasu, a mewy chciały się dostać do naszych frytek. Plaża była kamienista, więc spędziliśmy trochę czasu szukając ładnych kamieni. Pounamu nie udało się znaleźć, ale trafiliśmy na agat i kilka innych ciekawych okazów.

Kamienista plaża na północ od Greymouth

Po obiedzie odwiedziliśmy słynny falochron w Greymouth, na którym również znajduje się pomnik ku pamięci osób które utonęły w trakcie prób wejścia do portu. Mieliśmy szczęście również zobaczyć dużą fokę wychodzącą z morza na jeden z dużych kamieni falochronu. Ciężkie zadanie dla foki, udało się jej za piątym razem. 🙂 W pobliżu dwóch facetów łowiło ryby, co kilka minut wyciągali coś dużego z morza i od razu przygotowywali mięso. Wizyta na falochronie była pięknym ponownym przywitaniem z morzem, po spędzeniu kilku dni w górach i głębi lądu.

Foce udało się wdrapać na falochron 🙂

Nasza kwatera w Greymouth miała fajny widok na morze, więc mogliśmy się cieszyć zachodem Słońca grając w Euchre. Jedną ze wspaniałych cech Nowej Zelandii jest to że nigdy nie jesteś daleko od morza i gór. We wtorek rano zdobyliśmy alpejski szczyt (poprzedni post), popołudniu jedliśmy rybę na plaży, a wieczorem oglądali zachód Słońca nad morzem.

Zachód Słońca nad morzem Tasmana (widok z tarasu naszej kwatery w Greymouth)

W środę wcześnie rano ponownie spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża. Pierwszym przystankiem tego dnia było piękne Punakaiki, w parku narodowym Paparoa. Znajduje się tu fenomen naturalny, klify nad morzem zbudowane są ze skał złożonych z cienkich warstw.

Skały w Punakaiki

Wygląd klifów przywodzi na myśl stosy amerykańskich naleśników, stąd ich potoczna nazwa „pancake rocks”. Te miękkie skały są ciągle rzeźbione przez wiatr i morze, i przez lata nabrały fantastycznych kształtów.

Fantastyczne kształty w Punakaiki

Miejscami w skały otworzyły się szyby i dziury przez które wystrzeliwuje w powietrze woda, gdy morze jest niespokojne (tak zwane „blowholes”). Fale wciskają się między skały, a woda pod ciśnieniem tryska przez te naturalne szyby, powodując fenomen podobny do gejzerów.

Szyb wyrzeźbiony przez wodę, Punakaiki

W dodatku do piękna skał Punakaiki, mieliśmy też okazję zobaczyć dużą grupę delfinów przepływających 50-100 m od brzegu. Wyraźnie było widać delfiny wyskakujące z wody, surfujące na falach, czasami naraz po 2-3 delfiny w powietrzu. Wspaniały moment i podobno nie tak rzadki – morze obok Punakaiki jest bogate w pożywienie dla delfinów.

Zadowoleni po oglądaniu delfinów w Punakaiki 🙂

Następnym szybkim przystankiem był.. cmentarz w Charleston! Pomyśleliśmy że odwiedzenie cmentarza w miejscowości która kiedyś była małą metropolią a dziś jest opuszczona, jest dobrym pomysłem. Na cmentarzu było kilka ciekawych nagrobków. Znalazłem cztery groby młodych ludzi, przybyłych głównie ze Szkocji i Anglii, którzy zmarli w wypadkach związanych z wydobywaniem złota. Sama miejscowość wygląda na malutką, przejechaliśmy przez nią w 15 sekund. Trudno uwierzyć że kiedyś było tu 94 hoteli, a miasto było nawet w pewnym momencie zasugerowane jako stolica Nowej Zelandii!

Jeden z grobów w Charleston. Najnowszy nagrobek tutaj był z lat 1930. Niech spoczywają w pokoju

Dłuższym przystankiem po cmentarzu w Charleston był Westport. Jako druga największa miejscowość na zachodnim wybrzeżu po Greymouth, Westport jest dzisiaj ważnym ośrodkiem. Odwiedziliśmy tutaj kawiarnię w centrum, a także falochron obok portu. Port tutaj jest obecnie najbezpieczniejszy i największy na zachodnim wybrzeżu. Byliśmy też w dzielnicy w której wychowała się babcia Sary, od strony Jill, Sary Mamy. Babcia Sary mieszkała tu do jej dwunastego roku życia. Jej rodzice przybyli tutaj z Lyttleton, gdzie rodzina mieszkała wcześniej. Gdy Babcia Sary miała 12 lat, przenieśli się w okolice Wellington.

Westport, koncert muzyki country. Publiczność: 7 osób. Grali fajnie 🙂

Po opuszczeniu Westport zostawiliśmy klimatyczne zachodnie wybrzeże za plecami i przez 200 km gór i buszu przejechaliśmy do regionu Nelson, nad zatokę Tasmana. Ten piękny region będzie naszym domem na następne cztery dni. Jest tutaj zupełnie inny klimat niż na zachodnim wybrzeżu lub w Wellington, o wiele cieplej i często piękna pogoda. Region słynie z produkcji piwa i wina, więc jestem pewien że nudzić się nie będziemy. 🙂

Do usłyszenia niedługo i jak zwykle dzięki za uwagę! Komentarze są zawsze mile widziane, więc jeśli chcesz zostawić komentarz, proszę użyj formularza pod postem. 🙂

Przemek

Park Narodowy Arthur’s Pass

W poniedziałek pożegnaliśmy się z płaskowyżem MacKenzie i ruszyliśmy w stronę Arthur’s Pass. Ta jedna z tylko czterech głównych przełęczy, pozwalających się przedostać ze wschodniego (bardziej zaludnionego) wybrzeża Nowej Zelandii na zachód, znajduje się w parku narodowym o tej samej nazwie. Po drodze odwiedziliśmy ponownie Fairly oraz Geraldine, zatrzymując się na kawę i kolejną butelkę dobrej czerwonej IPA z mikrobrowaru Valley Brewing.

Po przejechaniu przez Darfield i Springfield, wjechaliśmy między góry.

Kierunek Arthur’s Pass

Szczyty tutaj są nieco niższe niż w regionie Mackenzie i okolicy Aoraki, ale z pewnością nie mniej imponujące. Przełęcz jest bardzo pięknie położona i trudno było się odkleić od okna samochodu.

Zbliżamy się do Arthur’s Pass

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce Arthur’s Pass, w typowym nowozelandzkim „bach” – czyli wakacyjnym domku. Po szybkim rozpakowaniu się, wybraliśmy się nad wodospad Devil’s Punchbowl, który był dosłownie za rogiem od naszego „bach”. Z mostku nad strumieniem są piękne widoki na wodospad.

Wodospad Devil’s Punchbowl
Rzeka spływająca z przełęczy Arthur’s Pass

Przed wieczorną sesją Euchre (ulubiona gra karciana rodziny Sary, którą bardzo polubiłem!) wybraliśmy się do punktu informacyjnego zapytać o warunki na Avalanche Peak. Ten szczyt o wysokości 1833 metrów był moim i Sary celem na dzień następny. Martwiliśmy się trochę o śnieg i lód, ale bardzo pomocny facet w punkcie informacyjnym zapewnił nas o nadciągającym ociepleniu i był pewien braku lodu na obu graniach. W nocy miało być 7 stopni na szczycie, co zapewniało topnienie przez noc.

Wstaliśmy wcześnie rano we wtorek żeby ruszyć na naszą trasę jak najszybciej. Zostaliśmy jednak opóźnieni przez grupę ciekawskich papug kea, które odwiedziły naszą chatkę i chciały się dostać do samochodu! Sesja fotograficzna była wymagana.

Papuga Kea
Kea dobierały się do wszystkiego. Szczególnie upodobały sobie skarpetki Sary

Bardzo fajnie było zobaczyć te piękne ptaki z bliska. Należy jednak pamiętać żeby ich nie karmić i nie zostawiać żadnych śmieci i drobnych przedmiotów w ich zasięgu. Te ciekawskie ptaki potrafią połknąć wszystko, od cukierków, przez guziki do wszelakich papierków, a wszystko to im zdecydujecie nie służy! Kea wydziobują też gumę izolująca drzwi w samochodach, więc jeśli je się przyłapie na dachu samochodu, najlepiej jest je przegonić dla ich własnego dobra, i dla dobra samochodu. 🙂

Trasę zaczęliśmy o 8:15 rano, na wysokości 740 metrów. Do pokonania mieliśmy 1100 metrów przewyższenia. Z początku towarzyszyły nam małe wodospady i ptaki rifleman oraz NZ robin (czarny robin). Było bardzo stromo, i często trzeba było sobie pomagać rękami, żeby wspiąć się na wysokie stopnie oraz miejscami nawet na 2-3 metrowe (łatwe) ścianki. Alpejski busz ustąpił miejsca wysokogórskiej niskiej roślinności na wysokości około 1200 metrów.

Miejscami było stromo!
Ściółka alpejskiego buszu
Alpejski busz, wyższe partie

Naszym oczom ukazał się prawdziwie alpejski krajobraz. Wysokie szczyty, które były niewidoczne z głębokiej doliny jaką jest Arthur’s Pass, wypełniały horyzont.

Widoki z trasy

Do szczytu (1833 metry wysokości) doszliśmy w 2 godziny i 35 minut, dość szybkie tempo. Ostatnie 30-40 metrów grani było wyeksponowane w tatrzańskim stylu. Z wierzchołka, na którym było mało miejsca, roztaczały się świetne widoki.

Widok ze szczytu Avalanche Peak. Po prawej końcowa grań

Uwagę zwłaszcza przykuwał pobliski Mount Rolleston (2271 metrów) i jego dwa lodowce na południowej flance. Jeden całkiem spory, wiszący w stromej dolinie, i drugi malutki pod bocznym szczytem.

Szczęśliwi na szczycie, widok na Mt Rolleston

Mount Rolleston należy do jednej z najbardziej znanych i popularnych gór wśród Nowozelandzkich alpinistów. Jest stosunkowo łatwo dostępna (blisko drogi) i posiada wiele grani i ścian, każda z innymi wyzwaniami. Góra była też niestety miejscem tragedii w 1966, gdy pięć osób straciło życie, w tym jeden wspinacz próbujący uratować czterech którzy utknęli w ścianie.

Zbliżenie na szczyt Mt Rolleston i lodowiec

W drodze powrotnej zrobiliśmy wiele dobrych zdjęć alpejskiej roślinności porastającej te zbocza, a także ptakom niżej w buszu. Ponownie trafiliśmy na pięknego nowozelandzkiego bluebird. Zejście było dość paskudne, dużo luźnych kamieni przez 1000 metrów zejścia. Dało nam to nieco w kość, ale tak właśnie powinien się człowiek czuć po zdobyciu wysokiej góry.

Alpejskie kwiaty

Bardzo usatysfakcjonowani spotkaliśmy się z rodzicami Sary z powrotem w naszej chatce, którą mieliśmy do popołudnia, wzięliśmy szybkie prysznice i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do Greymouth, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę żeby zrobić kilka zdjęć dramatycznemu kanionowi i wiaduktowi otwierającym drogę przez góry od zachodu. Był tu też pomnik ku pamięci Sir Arthur Dudley Dobson (1841–1934), który naniósł na mapy i potwierdził istnienie tego przejścia przez góry (na podstawie informacji od lokalnych Māori).

Wiadukt prowadzący do Arthur’s Pass

Naszym następnym celem było zachodnie wybrzeże, gdzie spędziliśmy wtorkowy wieczór i większość środy. Na zachodnim wybrzeżu dominuje inny klimat i przyroda, a historia regionu jest związana z… gorączką złota.

Do usłyszenia niedługo,

Przemek

Park Narodowy Aoraki/Mt Cook

W sobotę pożegnaliśmy się z Christchurch i ruszyliśmy w stronę gór. Po drodze zatrzymaliśmy się na targu w Ashburton, a także na chwilę w lokalnym browarze Valley Brewing w pobliżu Geraldine. Pierwszy przystanek dał okazję porozmawiać z kilkoma mieszkańcami regionu i kupić ręcznie robioną drewnianą miskę (np. na owoce) od sympatycznego sprzedawcy, a drugi kupić dobre piwa Red October oraz Nutty Dark, w dużych 1.25 butelkach.

Po przejechaniu przełęczy między Fairlie i Tekapo (Burkes Pass), naszym oczom ukazał się przepiękny krajobraz. Byliśmy dosłownie otoczeni przez wysokie góry. Na północ i północny-zachód od nas były zgrupowane największe szczyty. Góry Cook, Tasman, Dampier były jeszcze niewidoczne, ale wiele ich wysokich sąsiadów tak. Większość najwyższych szczytów Alp Południowych znajduje się w parku narodowym Aoraki/Mt Cook, lub graniczącym z nim parku narodowym Westland.

W drodze do Tekapo

Naszym pierwszym przystankiem było Tekapo, nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie. Woda w jeziorze miała piękny kolor turkusu i akwamaryny. Ten jasno niebieski odcień jezioro zawdzięcza licznym minerałom, które są obecne w wodzie spływającej z pobliskich lodowców.

Nad jeziorem Tekapo

Nad jeziorem stoi kościółek o nazwie „Kościół Dobrego Pasterza”, w bardzo malowniczym miejscu. Poświęcony odważnym odkrywcom, którzy pierwsi zbadali ten wysoko położony płaskowyż, kościół ściąga rzesze turystów ze względu na swoją lokalizację w pięknej scenerii.

Kościół Dobrego Pasterza

W pobliżu jest również bardzo interesujący i wzruszający pomnik psa Collie. Psy tej rasy ciężko pracowały pomagając pasterzom zarobić tutaj na życie. Grupa lokalnych rolników w 1968 roku zebrała pieniądze i zlecili wykonanie pomnika.

Pomnik psa Collie

Aby lepiej się nasycić wspaniałymi widokami i wykorzystać dobra pogodę, wybraliśmy się samochodem na pobliski szczyt Mt John. Ze szczytu można się wybrać na trasę pieszą okalającą wierzchołek – idealny sposób żeby docenić widoki.

Widok ze szczytu Mt John

Góra Mt John jest również domem dla astronomicznego obserwatorium uniwersytetu Canterbury. Znajdują się tutaj 4 teleskopy używane do badań naukowych, jak również jeden przeznaczony dla turystyki. Cały region znany jest jako rezerwat nocnego nieba. Ze względu na wysokość (dolina jest na poziomie 700 metrów) oraz brak zanieczyszczenia światłem, warunki do obserwowania nocnego nieba są idealne.

Szczyt Mt John

Drugiej nocy udało nam się nacieszyć widokami Drogi Mlecznej. Naszą galaktykę było wyraźnie widać gołym okiem sprzed naszej chatki nad jeziorem Ohau, a gwiazd na niebie wydawało się być o tysiące więcej niż normalnie. W dodatku południowe niebo wygląda inaczej, wydać inne konstelacje, a te znajome są w innym miejscu na niebie niż na naszej północnej półkuli.

Teleskop na szycie Mt John

Zanim dotarliśmy do naszej kwatery w Ohau, z Tekapo ruszyliśmy w kierunku Twizel, i po dotarciu do południowego brzegu jeziora Pukaki naszym oczom ukazał się jeden z najlepszych widoków w Nowej Zelandii. Góra Cooka (Aoraki) i jej grań były wyraźnie widoczne na północ od naszej pozycji, po drugiej stronie tego długiego lodowcowego jeziora.

Aoraki/Mt Cook (po prawej). Na pierwszym planie jezioro Pukaki

Ta 3724 metrowa góra jest najwyższym szczytem w Nowej Zelandii, i jej ściany to prawdziwa arena alpinistyczna, zwłaszcza jeśli weźmie się też pod uwagę pobliskie góry Tasman i Dampier. Z grani szczytowej schodzą cztery lodowce, Hooker i Tasman na południe w kierunku jeziora Pukaki, oraz Franz Josef i Fox na północ w kierunku zachodniego wybrzeża. Patrząc na tą górę myślałem o historii jej pierwszego zdobycia przez trzech Nowozelandczyków w 1894 roku, którzy wyprzedzili będącego już wtedy w drodze do Nowej Zelandii Anglika, mającego Aoraki na celu. Myślę że dobrze się stało, że ludzie urodzeni tutaj zdobyli ten szczyt jako pierwsi. Wypromowało to alpinizm w tym kraju, i możliwe że miało wpływ na młodego Edmunda Hillary, późniejszego pierwszego zdobywcy Everestu.

Widok na Aoraki/Mt Cook z tego samego miejsca, dwa dni później

Nasza kwatera znajdowała się w pięknym miejscu nad jeziorem Ohau. Odizolowana miejscowość o tej samej nazwie co jezioro – Ohau, była pięknym miejscem na ucieczkę od zgiełku na dwa dni. Jezioro Ohau jest jednym z czterech głównych jezior na płaskowyżu MacKenzie Basin.

Ben Ohau nad jeziorem Ohau

Chatka w której się zatrzymaliśmy była fantastyczna, chyba najlepsze i najbardziej klimatyczne zakwaterowanie do tej pory. Spędziliśmy tu sporo czasu gotując, ciesząc się okolicą i widokami z okna, paląc w kominku i oglądając nocne niebo.

Widok z okna naszej kwatery
Na zewnątrz naszej kwatery

Pogoda była nie najlepsza i temperatura nagle spadła o 10 stopni, więc kominek się przydał. Rano drugiego dnia (niedziela) obudziliśmy się i zauważyliśmy śnieg w górach, co tylko dodało uroku okolicy. Ten nietypowy jak na luty (odpowiednik północnego sierpnia) śnieg, został w górach przez 2 dni i towarzyszył nam w niedzielę i poniedziałek. Zrobiłem śniadanie wg przepisu mojej Mamy zmieszane z brytyjską tradycją (jajka na pomidorach + kiełbaski i tost). Było bardzo fajnie tu posiedzieć.

Nasza kwatera od środka

Jak wspomniałem, drugiego dnia pobytu nad jeziorem Ohau pogoda była dość marna, ale wybraliśmy się zgodnie z planem wzdłuż jeziora Pukaki na północ pod górę Cooka, do parku narodowego Aoraki/Mt Cook. Po odwiedzeniu pięknie zaprojektowanego centrum turystycznego w wiosce Aoraki, udaliśmy się na krótką trasę (20 minut od parkingu) do punktu widokowego ponad jeziorem i lodowcem Tasman.

Centrum turystyczne w Aoraki. W dobry dzień pośrodku tego okna widać Mt Cook

Jezioro lodowcowe Tasman powstało w 1974 roku wskutek topnienia lodowca. Mieliśmy szczęście, pogoda się poprawiła i mieliśmy piękne widoki na kraniec lodowca oraz bryły lodowe oderwane od lodowca i dryfujące po jeziorze.

Lodowiec i jezioro Tasman
Dolna część jeziora Tasman

Bryły odrywają się w ten sposób od czoła lodowca tylko raz na dwa lata, a tak duże jak obecnie nie oderwały się od 30 lat, więc mieliśmy niezwykłe szczęście mogąc to zobaczyć. Tablice informacyjne przekazują smutne informacje – lodowiec cofa się o 480 – 800 metrów rocznie. Tasman jest ciągle dużym lodowcem (24 km długości), najdłuższym w Nowej Zelandii, schodzi nisko do 1000 m wysokości, i ma miejscami do 600 m grubości ale przewidują że w 2027 będzie już znacznie mniejszy. Zeszliśmy też na dół do jeziora inną trasą (też 20 minut od parkingu), ale musieliśmy uciekać przed deszczem, po zrobieniu szybkiego zdjęcia. 🙂

Na tle jeziora Tasman i brył lodowych

Następnym razem w tej okolicy w ładniejszy dzień świetnie byłoby zrobić dłuższą trasę górską – jest tu kilka tras dostępnych dla turystów w dobrej formie, jak również dziesiątki celi dla alpinistów.

W poniedziałek pożegnaliśmy się z pięknymi okolicami jeziora Ohau, i ruszyliśmy przez Twizel i Tekapo z powrotem na północ w kierunku kolejnego górskiego raju i parku narodowego – Arthur’s Pass.

Jezioro Ohau pożegnało nad piękną pogodą
Wioska Ohau w której mieszkaliśmy przez dwa dni

O wizycie w Arthur’s Pass i trasie na szczyt jednej z gór tamże będzie następny post.

Dzięki za uwagę 🙂

Przemek

Christchurch i Akaroa

W środę wieczorem dojechaliśmy do Christchurch. Było już dość późno, więc nie wjeżdżaliśmy do centrum – zamiast tego udaliśmy się do browaru rzemieślniczego Laboratory na obrzeżach miasta, w Rolleston. Piwa były bardzo dobre, a pizza jeszcze lepsza. W Christchurch zatrzymaliśmy się na 3 noce u przyjaciółki rodziny Sary, Margo, która mieszka w Rolleston. Środowy wieczór upłynął na rozmowach o naszych podróżach, a także trzęsieniach ziemi które zniszczyły znaczną część centrum Christchurch w latach 2010 – 2012. Niestety 185 osób straciło życie, a zniszczenia były tak rozległe, że do dzisiaj wyraźnie widać skutki, o czym więcej napiszę nieco niżej.

W czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę na malowniczy półwysep Banks i nad zatokę Akaroa. Półwysep jest pozostałością olbrzymiego wulkanu. Zatoka Akaroa wypełnia krater, który w trakcie dramatycznej erupcji został wypełniony wodą morską. Granie pasm górskich na półwyspie to obręcz starożytnego krateru wulkanu. Pogoda była wyśmienita, co było świetne ze względu na zaplanowany rejs po zatoce.

Zatoka Akaroa

Po drodze do Akaroa zatrzymaliśmy się przy jeziorze Ellesmere i mierzeji oddzielającej go od oceanu, w miejscu o nazwie Birdlings Flat. Ten bardzo suchy półwysep jest domem dla jednego z dwóch jadowitych pająków w Nowej Zelandii – Katipo. Na szczęście pająki Katipo są rzadkie. Żeby ich uniknąć należy nie chodzić po krzakach przy plaży (na otwarty piasek lub kamienie Katipo się raczej nie zapuszczają).

Na mierzeji przy jeziorze Ellesmere, bardzo suche miejsce, praktycznie pustynia

Droga do Akaroa była bardzo ciekawa. Wysoka przełęcz otworzyła dostęp do zatoki schowanej w centrum półwyspu. Wysokie wzgórza otaczają port i miasto. Co ciekawe, Akaroa rozpoczęła jako francuskie osiedle w Nowej Zelandii. Francuzi mieli ambicje skolonizować te wyspy i dołączyć je do imperium francuskiego (lub przynajmniej wyspę południową). Historia inaczej się potoczyła i francuscy osadnicy dotarli do Akaroa zaledwie kilka tygodni po Brytyjczykach, którzy zdążyli już wywiesić tu flagę. Brytyjczycy jednak pozwolili kolonistom założyć osiedle. Do dzisiaj widać i słychać francuskie wpływy w Akaroa.

Port w Akaroa

Po krótkim spacerze i porannej kawie, wsiedliśmy na pokład statku firmy Akaroa Dolphins. Wybieraliśmy się na rejs mający na celu znalezienie delfinów hector i małych niebieskich pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Nasza łajba

Zatoka jest idealnym miejscem na wycieczki przyrodnicze. W cenie biletu dostaliśmy po piwku lub szklance wina, i ruszyliśmy w drogę.

Zadowolony z piwkiem w ręku

Bardzo szybko trafiliśmy na pierwsze delfiny, których w okolicy mieszka aż ponad 1000 (w lecie). Miejsca na dziobie łodzi zapewniały nam bliski kontakt z delfinami i dały okazję zrobienia im wielu dobrych zdjęć. Rejs był fantastyczny, ponieważ znaleźliśmy też najmniejsze na świecie pingwiny (40-45 cm długości), występujące w Nowej Zelandii i południowej Australii. Były też foki, południowe jastrzębie, oraz świetne widoki na wzgórza i klify, a także fajny komentarz od skippera.

Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Klify wzdłuż zatoki Akaroa

W drodze powrotnej z Akaroa odwiedziliśmy Lyttleton. Ten pięknie położony port i wioska rybacka była ważnym miejscem w historii regionu Canterbury. To tutaj przybyło większość osadników, którzy założyli Christchurch, stolicę regionu. Tutaj przybiły do brzegu pierwsze cztery statki wyprawy kolonizacyjnej wysłanej do tej części wyspy południowej w roku 1850 przez Imperium Brytyjskie. Ludzie Ci byli znani jako „Canterbury Pilgrims”. Kolonizacja była kontynuowana i latach 1860 – 1870 na jednym ze statków, Salisbury, przybyli do Lyttleton przodkowie Sary od strony jej Mamy.

Lyttleton

Piątek przeznaczyliśmy na zapoznanie się z centrum miasta. Wczesnym rankiem jednakże, wybrałem się do centrum antarktycznego, znajdującego się zaraz obok lotniska. Christchurch jest miejscem z którego zaopatrywana jest największa baza na Antarktydzie – McMurdo, a także nowozelandzka baza Scott. Amerykanie, do których należy McMurdo, mają umowę z Nową Zelandią i używają Christchurch jako bazy zaopatrzeniowej dla swej bazy. Znajduje się tutaj wielki magazyn sprzętu (w McMurdo w lecie mieszka do 1200 osób!), oraz samoloty C-130 Hercules i C-17 Globemaster III. Ten drugi to największy samolot latający na Antarktydę. Lot Globemaster’em z Christchurch do McMurdo trwa tylko 5 godzin.

Turystyczna atrakcja związana z Antarktydą jest więc bardzo na miejscu w Christchurch. Wizyta była bardzo udana, muzeum oferuje dobrą równowagę pomiędzy przekazywaniem informacji w tradycyjny sposób i interaktywnymi atrakcjami. Poza dowiedzeniem się wiele na temat geografii, geologii, badań naukowych i życia na Antarktydzie, miałem okazję z bliska zapoznać się z psami husky (ze schroniska dla bezdomnych psów), zobaczyć karmienie szesnastu przyjaznych pingwinów (również wszystkie uratowane), a także przejechać się pojazdem Hägglund i zakosztować symulacji antarktycznego sztormu. Zwłaszcza przejazd pojazdem Hägglund po torze przeszkód był bardzo ciekawy – te pojazdy potrafią przejechać nawet ponad szczelinami lodowcowymi o szerokości 1.5 metra, wyjechać po 45° zboczu, a także poruszać się na powierzchni wody (jako amfibia). Bilet kosztuje sporo ($60), ale w Internecie można łatwo znaleźć kupony dające do 45% zniżki i warto się wybrać jeśli Cię kręci ten temat.

Pojazd Hägglund w barwach Kiwi
Małe niebieskie pingwiny

Popołudniu zwiedziliśmy centrum Christchurch. Zaczęliśmy od muzeum regionu Canterbury, gdzie było kilka kompletnych szkieletów Moa. Te niestety już wymarłe ptaki występowały tylko tutaj. Moa były największymi lądowymi zwierzętami w Nowej Zelandii. Niestety zostały wybite przez Māori jeszcze przed przybyciem Europejczyków do Nowej Zelandii, ze względu na ich oczywistą przydatność jako źródło pożywienia.

Szkielety wymarłego Moa

Zaraz obok muzeum znajduje się piękny budynek, w którym niegdyś znajdował się między innymi Uniwersytet Canterbury – jeden z najstarszych w NZ. Dzisiaj jest tutaj Centrum Sztuki, a uniwersytet ma nowe budynki. Budynek ucierpiał w trzęsieniach ziemi w lutym 2011, a także w czerwcu 2011. Wieża obserwatorium się zawaliła, a kilka innych ścian i wież popękało. Budynek ma duże znaczenie historyczne dla miasta, więc jest w trakcie restoracji. Wieża obserwatorium ma być odbudowana głównie z tych samych materiałów i oddana do użytku w 2021 roku. Piękny witraż w głównej hali już odrestaurowano.

Centrum sztuki w Christchurch, były budynek Uniwersytetu Canterbury
Zabezpieczenia w ramach napraw po trzęsieniu ziemi

Dalszy spacer po mieście w pełni odsłonił dewastację jaką trzęsienia ziemi w 2011 roku spowodowały. W centrum miasta główna katedra leży w ruinach. W jej odsłoniętej głównej nawie dzisiaj mieszkają gołębie. Cały obszar wokół katedry jest odgrodzony. Niedawno podjęto decyzję o odbudowaniu katedry i zebrano na to środki. Potrwa to jednak wiele lat, prawdopodobnie conajmniej 10-20 lat. Niedaleko stąd otwarto „kartonową katedrę”, wg projektu japońskiego architekta. Ta lekka konstrukcja z belek zrobionych ze sprasowanej tektury ma służyć dopóki główna katedra nie zostanie odbudowana. Imponująca zastępcza katedra niestety nie jest bez wad, i nie są władze miasta pewne ile wytrzyma.

Zniszczona katedra
„Kartonowa” katedra

W pobliżu katedry są dwa bardzo poruszające pomniki upamiętniające tragedię trzęsień ziemi. W jednym miejscu 185 pustych białych krzeseł upamiętnia 185 ludzi którzy stracili życie. Niedaleko stamtąd jest plac i pomnik w miejscu gdzie stał budynek CTV, który się kompletnie zawalił, składając jak akordeon i odbierając życie 115 osobom.

Puste krzesła, symbolizujące 185 osób które straciły życie

Wybraliśmy się też nad rzekę Avon po drugiej stronie centrum. Idąc tam przeszliśmy obok kompletnie nowych budynków. Centrum miasta poza kilkoma budynkami zostało całkowicie rozebrane wskutek dużych zniszczeń i jest odbudowywane wg nowych planów. Budynki które się nie zawaliły, i tak musiały zostać rozebrane. Wskutek trzęsień ziemi, Christchurch spadło na trzecie miejsce na liście największych miast NZ, pod kątem populacji, wyprzedzone przez Wellington. To głównie dlatego że ludzie przenieśli się do miasteczek i wiosek na obrzeżach i opuścili dzielnice blisko centrum, które ucierpiały najbardziej. Nad rzeką doszliśmy do ostatniego poruszającego pomnika – listy imion osób które straciły życie.

Niedawno otwarty pomnik ku pamięci ofiar trzęsienia ziemi

Co dość niesamowite, przypadkiem byliśmy w centrum Christchurch dokładnie w 8 rocznicę lutego trzęsienia – 22 lutego. Miasto obecnie jest nietypowym miejscem do odwiedzenia. Bardzo poruszające, ale też budujące – dobrze widzieć siłę mieszkańców, którzy odbudowują miasto. Ciekawie będzie wrócić za 10 lat i zobaczyć dokończoną nową wersję miasta, wypełnioną również uratowanymi historycznymi budynkami tam gdzie to było możliwe, lub miało sens.

Kwiaty włożone w stożek do kontroli ruchu, nieoficjalny symbol szacunku dla ofiar trzęsienia

W sobotę ruszaliśmy dalej w drogę, na południe, i wgłąb kraju. Przed nami góry, Alpy Nowozelandzkie. 🙂

Dzięki za czytanie dla wszystkich którzy ciągle śledzą! Poślijcie linka znajomym jeżeli Wam się dobrze czyta 🙂

Przemek

Marlborough Sounds i Kaikoura

Wczesnym rankiem we wtorek wyruszyliśmy z Tawa, żeby złapać prom o 8:00 z Wellington do Picton. Korki wokół Wellington już od 7:00 są dość spore, więc chcieliśmy być w drodze najpóźniej o 6:40. Udało się ominąć większość korków, i mieliśmy czas żeby przyglądnąć się miastu z molo, czekając na wjazd na pokład.

Centrum Wellington
Okrągły budynek „Beehive”, parlament Nowej Zelandii

Zarezerwowaliśmy prom z firmą Bluebridge, która używa przystani w samym centrum. Widoki na miasto z górnego pokładu widokowego były wyśmienite. Prom był ogromny, jeden z największych na jakich miałem okazję być. Tata Sary skomentował że promy używane w Nowej Zelandii głównie pochodzą z Europy, podobnych używa się na morzu śródziemnym.

Wypływamy z portu. Rozmiar promu robił wrażenie

Wypływając z portu mieliśmy świetne widoki na miasto, jej również lotnisko i dolinę Hutt.

Po drodze rozmawialiśmy o tragedii promu Wahine w 1968 roku, największej tragedii morskiej w historii Nowej Zelandii. W trakcie strasznego sztormu, 53 ludzi straciło życie. Mama Sary była wtedy dzieckiem, ale pamięta że wtedy drzewa tak się wyginały na wietrze że dotykały ziemi koronami, a wiatr podrywał ją z nóg w trakcie drogi do domu ze szkoły, którą zamknięto w trakcie sztormu. Na szczęście mama trzymała ją za rękę. W dniu tej tragedii, wiatr w Wellington przekraczał prędkość 250 km/h.

Widok na zatokę Wellington Harbour i dolinę Hutt

Cały rejs spędziliśmy na górnym pokładzie widokowym. Poza oczywistą zaletą widoków, bycie na górnym pokładzie ułatwia poradzenie sobie z nudnościami. Cieśnina Cooka, która oddziela wyspę południową od północnej, jest stosunkowo wąska i morze jest zwykle bardzo niespokojne. Wiatry z Antarktydy przeciskają się tędy, powodując wielkie fale.

Wybrzeże na zachód od Wellington

Na szczęście nasz rejs był dość spokojny jak na tutejsze standardy, ale i tak ten wielki prom wyraźnie się kołysał a wiatr po prawej stronie był mocny, więc przenieśliśmy się na lewą, gdzie było o wiele spokojniej. Przy silniejszych wiatrach trzeba prawdopodobnie schować się na niższych pokładach.

Najlepsze widoki rozpoczęły się gdy wpłynęliśmy do Marlborough Straits. Wiatr ucichł i rozpoczął się spektakl. Północny czubek południowej wyspy składa się z wielu wysp i półwyspów o zakręconych liniach brzegowych.

Wpływamy do Marlborough Straits
Duży prom w wąskiej cieśninie

Prom przeciska się między kawałkami lądu, wąskimi przesmykami. Momentami ma się wrażenie bycia na jeziorze, zdala od morza. Coraz wyższe góry nas otaczały w trakcie zbliżania się do Picton. Widzieliśmy również duże statki rejsowe, które prawdopodobnie przybyły tu z Australii. Przez cieśniny płynęło się ponad godzinę, więc nawet zanim postawiłem stopę na wyspie południowej, byłem już pod dużym wrażeniem piękna tutejszych krajobrazów.

Zbliżamy się do Picton
Picton. W porcie duży statek rejsowy

Naszym celem we wtorek było miasteczko i wybrzeże Kaikoura, ale po wylądowaniu w Picton mieliśmy również w planach lepiej zapoznać się z Marlborough Sounds. Wybraliśmy się na trasę „Snout Track”, prowadzącą z obrzeży Picton na czubek półwyspu Snout. Droga do parkingu przy początku trasy była zamknięta ze względu na zagrożenie pożarowe, ale na szczęście trasa była otwarta (musieliśmy zacząć kawałek niżej). Niedaleko na zachód, w pobliżu Nelson, już od kilku tygodni buszują spore pożary. Na szczęście sytuacja jest pod kontrolą i nikt jeszcze nie ucierpiał, ale kilka budynków nie uchroniło się przed płomieniami. Będziemy w Nelson za tydzień, więc mamy nadzieję że sytuacja będzie już w pełni opanowana.

Na trasie Snout Track

Dzień był bardzo gorący (31°C) a trasa odsłonięta, więc doszliśmy tylko do najwyższego punktu, Queen Charlotte’s View, mniej więcej w połowie drogi, bez schodzenia na czubek półwyspu. Widoki były wspaniałe, zarówno z tego miejsca jak i po drodze.

Widok z Queen Charlotte’s view

Przy lunchu towarzyszyło nam kilka ptaków Bellbird. Ich piękny śpiew został mi w pamięci. W dodatku w drodze powrotnej trafiliśmy na nielotnego ptaka Weka, który wygląda trochę jak skrzyżowanie kiwi i dzikiego kurczaka z buszu. 🙂 Stosunkowo ufny i ciekawski ptak, podszedł do nas bardzo blisko.

Weka

Po drodze na wybrzeże Kaikoura, przejechaliśmy przez Blenheim i region winiarski Marlborough. Pochodzi stąd wiele białych nowozelandzkich win słynnych w Europie, np. Villa Maria i Oyster bay. Jednakże moja i Taty Sary miłość do piwa sprawiła, że zatrzymaliśmy się w lokalnym browarze Renaissance w Blenheim, zamiast winiarni. Nowa Zelandia słynie również z chmielu i piwa. Marlborough wyglądało na bardzo suche, spalone Słońcem miejsce. Blenheim chwali się byciem najbardziej słonecznym miejscem w kraju. Idealne do hodowania winogron, ale w tym roku chyba mają tu za mało deszczu.

W trakcie zbliżania się do Kaikoura nasza rozmowa nieuchronnie zeszła na temat trzęsienia ziemi w 2016 roku. To bardzo duże trzęsienie o sile 7.8 w skali Richtera zniszczyło drogę stanową nr 1 po której właśnie podróżowaliśmy, jak również linię kolejową biegnąca wzdłuż niej.

Na drodze nr 1 na północ od Kaikoura

Od 14 listopada 2016 do grudnia 2017 droga była całkowicie zamknięta. Obecnie, w lutym 2019, ciągle jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia żeby drogę i tory odpowiednio zabezpieczyć z dwóch stron: stromych zboczy na zachodzie, i oceanu na wschodzie. Ekipy robotników pracują cały czas i w wielu miejscach obowiązuje ruch wahadłowy w zależności od potrzeb planu robót. Wszędzie wzdłuż drogi na zboczach widać wielkie osuwiska spowodowane trzęsieniem, a w niektórych miejscach stare nieczynne tunele i fragmenty drogi – jak często w Nowej Zelandii, człowiek nabiera nowego szacunku do siły natury.

Wielkie osuwisko spowodowane trzęsieniem ziemi. Kontenery zabezpieczają drogę przed spadającymi kamieniami
Osuwiska wzdłuż drogi i skały wypiętrzone wskutek trzęsienia

Natura jednak idzie swoim torem, a trzęsienia ziemi są dla naszej planety normalne. Futrzane foki, które zawsze odwiedzały konkretne miejsca na tym wybrzeżu, wróciły w te same miejsca, mimo iż linia brzegowa się zmieniła wskutek wypiętrzenia lądu, w niektórych miejscach pojawił się nowy ląd o wysokości aż do 2 metrów. Wszędzie było widać skały o dziwnym, białym kolorze, które niedawno były stale pod powierzchnią morza, a teraz wystają ponad poziom wody nawet w trakcie przypływu. Na odbudowanej drodze jest fajne miejsce na postój, o nazwie Ohau, skąd można przyglądnąć się fokom, których tutaj są setki.

Foki wygrzewają się na Słońcu
Młode foki zwiedzają plażę

Kaikoura jest bardzo pięknie położona. Miasteczko jest nad oceanem, ale również blisko pasma górskiego o wysokościach dochodzących do 2600 m. Z plaży widać wierzchołki tych malowniczych gór. Musi tu być szczególnie pięknie w zimie, gdy zbocza są przykryte śniegiem.

Plaża w Kaikoura

Po szybkich odwiedzinach na plaży udaliśmy się na „fish and chips”. Kaikoura słynie z tego prostego i wyśmienitego dania, i „ryba z frytkami” naprawdę nie zawiodła – świeża ryba prosto z morza, była bardzo smaczna, a frytki chrupiące.

Główna ulica w Kaikoura

Wieczorem mieliśmy mały dramat z kwaterą, wskutek pomyłki właściciela który podwójnie zarezerwował miejsce dla nas i kogoś innego. Na szczęście u znajomych załatwił nam szybko inne miejsce, o wiele lepszym standardzie. Piękne widoki na góry z zastępczej kwatery były niezastąpione, i mieliśmy nawet jacuzzi w łazience. Czasami przypadek wyglądający na nieszczęście, okazuje się być błogosławieństwem. Nasz niedoszły gospodarz rozwiązał sprawę bardzo elegancko.

Kwatera zastępcza 🙂
Zachód Słońca oglądaliśmy z plaży południowej w Kaikoura
Wschód Słońca oglądaliśmy z zastępczej kwatery 🙂

Następnego dnia spakowaliśmy się wcześnie i wybraliśmy do podnóża gór aby przejść się po nietypowym lesie Hinau. Krótka trasa nie miała dobrych widoków, ale drzewa hinau oraz towarzyszące nam ptaki fantail były bardzo fajne. Zapoznałem się też przy okazji z punktem wypadowym, z którego można ruszyć w wyższe okoliczne góry, wliczając najwyższy szczyt masywu o wysokości ponad 2600 m, który wymaga umiejętności alpinistycznych. Niższy, Mt Fyffe o wysokości około 1600 m, można zdobyć w jeden dzień bez liny. Wyżej w górach, są tu też schroniska (lub chatki / schrony).

Najlepszy widok z trasy w lesie Hinau 🙂

Po zjechaniu do miasteczka spróbowałem kolejnego słynnego lokalnego przysmaku – omletu z małych rybek „Whitebait”. Te rybki są bardzo małe, więc do jednego omletu z dwóch jajek dodaje się kilkanaście, lub więcej, rybek. Omlet smakuje delikatnie, ale bardzo przyjemnie. Serwują go zwykle między dwiema kromkami chleba tostowego.

Kanapka z omletem z rybkami Whitebait

Ostatnią rzeczą którą zrobiliśmy w Kaikoura, był spacer po półwyspie na wschód od miasteczka. Jest tutaj wielka skalna półka, zalewana przez przypływ, dzięki czemu w trakcie odpływu można tutaj w wielu małych kałużach i stawkach znaleźć mnóstwo morskich istot. Krewetki, małże, kraby, małe rybki, podwodne ślimaki. Także foki lubią się tutaj wygrzewać na skałach w trakcie odpływu.

Małże. Nóż potrzebny żeby je od skały odkleić.

Gorąco polecam spacer tutaj, na południe do punktu widokowego Kean, w trakcie odpływu.

Punkt widokowy Kean, półwysep w Kaikoura

Czas nadszedł żeby ruszyć dalej, do Christchurch. Do usłyszenia niedługo 🙂

Przemek

Jezioro Waikaremoana, Te Urewera

Te Urewera i jezioro Waikaremoana to jedne z najbardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej Nowej Zelandii. Już sama podróż nad jezioro samochodem była przygodą. Jadąc na południe z Rotorua, musieliśmy przejechać 70 km drugą szutrową, ale po przejechaniu zaledwie trzech kilometrów w 30-stopniowym upale, samochód nagle zgasł i włączyła nam się awaryjna kontrolka od silnika.

Główna droga przez Te Urewera

Trochę strachu się najedliśmy, ale wierny wóz na szczęście odpalił z powrotem i pomyślnie przejechaliśmy następne 67 km szutru przez busz do naszego pola namiotowego nad jeziorem Waikaremoana. Po dojechaniu na miejsce samochód wyglądał paskudnie, a my potrzebowaliśmy piwo i dobrą kolację na odstresowanie 🙂

Na polu namiotowym

Po drodze widzieliśmy piękny wodospad Mokau, oraz mieliśmy pierwszy kontakt z Te Urewera i mieszkańcami regionu – głównie Māori z plemienia Tūhoe.

Wodospad Mokau

Wioski po drodze były bardzo małe, największa Ruatahuna (stolica regionu i jedyna stacja benzynowa po drodze z północy). Gęstość zaludnienia jest bardzo niska, a ten duży teren przecina tylko jedna droga (szutrowa stanowa 38, którą jechaliśmy). Co ciekawe, teren ten był parkiem narodowym od roku 1954 do roku 2014, ale teraz ma inny status. W świetle prawa Te Urewera uznawana jest za osobę, i posiada samą siebie. Ten status został ustalony po wielu konsultacjach z plemieniem Tūhoe, dla którego Te Urewera to zarówno dom rodzinny jak i „matka natura”.

Pole namiotowe nad jeziorem Waikaremoana było bardzo dobrze wyposażone i pięknie położone, polecam gorąco.

Widok z namiotu, Lake Waikeremoana Holiday Park

My zatrzymaliśmy się na nim głównie temu że znajduje się zaraz obok biura turystycznego plemienia Tūhoe, które organizuje transporty i rezerwację schronisk na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Naszym planem na następne 3 dni było zrobić tą 48 km trasę i w niedzielę wrócić do Wellington. Po zameldowaniu się na polu namiotowym w czwartek, załatwiliśmy wszystkie formalności związane z zostawieniem samochodu, transportem na start trasy w piątek i odbiorem z końca trasy w niedzielę, a także potwierdziliśmy rezerwację schronisk. Dodatkowo, ze względu na uszkodzenie mostu w trakcie zimowego sztormu w sierpniu, kilku-kilometrowy odcinek jest zamknięty, więc musieliśmy zorganizować transport łodzią wokół zamkniętego odcinka w sobotę popołudniu.

Co bardzo fajne, cały ten transport był darmowy, wliczając łódź motorową, co mnie trochę zdziwiło. Mieliśmy okazję porozmawiać z osobą z biura Tūhoe (Tina) na temat prowadzenia logistyki dla turystów i utrzymywania trasy oraz innych atrakcji wokół jeziora. Od kiedy park narodowy przestał istnieć, plemię jest odpowiedzialne za większość rzeczy tutaj, a rząd NZ tylko pomaga. Uważam że Tūhoe z wielką pasją starają się dzielić swoją ziemią i kulturą, ale muszą się prawdopodobnie nieco podszkolić w efektywnym zarządzaniu samej trasy wokół jeziora, która w kilku miejscach była zaniedbana. Z drugiej strony Tina mówiła o tym że to nie ziemia, ale ludzie muszą być zarządzani (chodzi np. o kampanię przeciw śmieceniu) – co jest świetne, ale też martwiące, ponieważ ta piękna trasa przez busz wymaga pracy nad utrzymaniem ścieżki w dobrym stanie. Mam nadzieję że pójdzie Tūhoe dobrze utrzymywanie tego miejsca w taki sposób, żeby turyści szukający kontaktu z przyrodą mogli tu przyjechać i się nim cieszyć. Jest to piękne miejsce i warto je udostępnić wszystkim. W trakcie trasy dowiedzieliśmy się od strażników w schroniskach o wielu kursach które robią, np. kontrolowanie szkodliwych gatunków, więc mam nadzieję że dadzą sobie radę.

Kończąc polityczne dywagacje, a wracając do opisu pięknych trzech dni spędzonych na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Po wczesnej pobudce w piątek i nakarmieniu rodziny kaczek, które nam towarzyszyły przy śniadaniu, stawiliśmy się o 8:30 w umówionym miejscu i jeepem zostaliśmy wywiezieni na początek trasy, do Onepoto.

Początek trasy

Nasz pierwszy dzień prowadził najpierw stromo do góry przez busz, a później granią przez najwyższy punkt trasy – szczyt Panekire o wysokości 1185 m. Widoki zapierały dech w piersiach. Jezioro wygląda jak wielki kleks, lub amoeba, z wieloma ramionami, wszędzie otoczone przez busz.

Jezioro Waikeremoana

Ma się uczucie bycia w środku niedostępnej dżungli. Pogoda była wyśmienita i każdy moment, kiedy otwierały się widoki, wydawał się idealnym momentem na postój.

Wyżej na grani, piękne miejsce na drugie śniadanie
Kolejny piękny punkt widokowy
Piękne stare umarłe drzewa na grani

Głównie szliśmy przez busz, który tutaj na wysokości był znacznie inny niż później niżej na poziomie jeziora (które jest na wysokości ok. 580 m). Widzieliśmy wiele ptaków występujących tylko w Nowej Zelandii – Tui, Rifleman, Kereru, Tomtit.

Busz na grani Panekire

Popołudniu zeszliśmy z grani do schroniska Waiapaoa na brzegu jeziora, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Schronisko, a raczej chatka w buszu, nie jest wyposażone w prysznice, więc w ramach kąpieli wskoczyłem do jeziora. Byłem otoczony dziesiątkami czarnych łabędzi, które tutaj nie występują naturalnie, więc są traktowane jako szkodniki. Klimat im jednak pasuje i rozmnażają się bardzo szybko – widzieliśmy dużo młodych łabędzi. Strażnicy parku będą musieli niestety trochę tych łabędzi usunąć żeby ochronić inne gatunki. Ugotowaliśmy pyszne jedzenie na kuchence JetBoil i wcześnie poszliśmy spać. W chatce było też 11 kobiet z jednej grupy, ale na szczęście udało nam się wyspać!

Kolacja godna restauracji 🙂

Zanim ruszyliśmy w drugi dzień, udało nam się również porozmawiać ze strażnikiem chatki. Māori z plemienia Tūhoe, nazywający siebie Bubbles, podzielił się z nami legendami związanymi z jeziorem i opowiedział trochę o sobie. Na jeziorze w konkretnych miejscach żyją tak zwane tāniwha, złe duchy. Nazwa Tūhoe znaczy „ludzie mgły”, ze względu na częstą mgłę nad jeziorem. Rozmawialiśmy też o legendzie stworzenia świata wg Māori, która wymagałaby osobnego wpisu żeby jej oddać szacunek. Co najważniejsze, Bubbles był bardzo gościnny i chętnie opowiadał, a co bardzo ciekawe, wrócił mieszkać, żyć i pracować w Te Urewera niedawno, po wielu latach spędzonych w Wellington. Czasami ma się dość miasta i zgiełku, i dobrze jest wrócić do swoich korzeni. Rozmawianie z ludźmi z plemienia Tūhoe było dla mnie jednym z najlepszych przeżyć w trakcie naszej wyprawy.

Drugi dzień wypełniony był pięknymi chwilami. Niedługo po wznowieniu marszu postanowiliśmy pójść nieco w bok (godzinę tam i z powrotem) żeby zobaczyć wodospady Korokoro.

Wodospad Korokoro

Wycieczka w bok była strzałem w dziesiątkę. Nie tylko wodospady były piękne (niemal jak z filmu Księga Dżungli), ale po drodze musieliśmy przejść przez duży strumień po skałach trzymając się liny niczym Indiana Jones.

Przekraczanie strumienia

Dalej trasa prowadziła brzegami jeziora, przez busz o nieco innej konsystencji niż dzień wcześniej na grani.

Maszerujemy wzdłuż jeziora
Busz na poziomie jeziora, drugi dzień marszu

Udało nam się zobaczyć rzadkiego nowozelandzkiego rudzika północnego (NZ North Island Robin), a także sporo dojrzałych srebrnych paproci (symbol NZ) oraz koru (rozwijające się liście paproci).

Koru. Z czasem zmieni się w liść paproci

Odcinek który był zamknięty ominęliśmy motorówką. Cudownie było być również w łodzi na jeziorze, i zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Nogi też już nas bolały i byliśmy zmęczeni 30° upałem, więc motorówka była mile widziana.

Motorówką dotarliśmy do chatki Waiharuru, najnowszej ze wszystkich na trasie.

Niedawno oddane do użytku schronisko Waiharuru

Stamtąd mieliśmy jeszcze dwie godziny marszu we wtorek. Trasa często prowadziła po wiszących mostach, co było dodatkową atrakcją.

Jeden z wiszących mostów na trasie

Na noc zatrzymaliśmy się w chatce Whananui. Byliśmy w niej sami, więc było dość klimatycznie. Tylko we dwoje, w buszu, myśląc o złych duchach Tāniwha żyjących w jeziorze, myśleliśmy że zasypianie zajmie chwilę, ale byliśmy zbyt zmęczeni żeby się czymkolwiek przejmować.

Schronisko (chatka) Wanganui

Trzeciego dnia w niedzielę dokończyliśmy trasę wokół jeziora Waikaremoana, równocześnie zaliczając pierwszą z tak zwanych „wielkich tras Nowej Zelandii”. Pogoda się nieco zmieniła, więc mogliśmy też doświadczyć słynnej tutejszej mgły.

W ostatni dzień jezioro wyglądało inaczej, ale również pięknie

O 10:00 zostawiliśmy odebrani jeepem z końca trasy.

Trasa ukończona 🙂

Samochód odpalił i na szczęście dał przejechać następne prawie 500 km. Droga z powrotem do Wellington była długa, ale też pełna fajnych widoków. Zebraliśmy kilka pomysłów na wycieczki w przyszłości, zwłaszcza Napier i winiarnie wokół Hastings. Pięknie wyglądały też góry pasma Ruahine.

Po drodze do Wellington. W oddali pasmo górskie Ruahine

W poniedziałek mieliśmy jeden dzień przerwy i przygotowań do wyjazdu na wyspę południową. Wieczorem udaliśmy się do Plimmerton, które musi być jednym z najlepszych miejsc na oglądanie zachodów Słońca w okolicy Wellington. Zawieźliśmy też samochód do mechanika. 🙂

Zachód Słońca nad wyspą Mana, zdjęcie zrobione z Plimmerton
Piękne kolory tuż po zachodzie Słońca

Od wtorku czeka nas 12 dni podróżowania po wyspie południowej, więc zachęcam do dalszego czytania!

Przemek

Rotorua

W Rotorua spędziliśmy dwa piękne dni pełne wrażeń z moimi przyjaciółmi, którzy niedawno wrócili do Nowej Zelandii (Auckland) ze Szkocji. Zarówno oni jak i Sara byli w Rotorua wielokrotnie, więc nie było żadnego problemu z wyborem atrakcji, każdy zasugerował jedno lub dwa ulubione miejsca.

Rotorua to miasto zbudowane dosłownie na terenie gorących źródeł, o bardzo wysokiej aktywności geotermalnej. Park w centrum miasta, do którego się udaliśmy w ramach przywitania z Rotorua, ma strumienie gorącej wody i stawy gotującego się błota.

Staw gotującego się błota, park Kuirau w Rotorua

Wszędzie słychać bulgotanie, para wodna dymi z szybów pomiędzy skałami, a w powietrzu unosi się zapach siarki.

Mostek przecinający jeziorko z gorącą wodą, park Kuirau w Rotorua

Co jakiś czas w parku otwierają się nowe szyby. Ostatnio na przykład pod parkingiem zapadła się ziemia i z nowej dziury dymi para wodna. Aż strach zaparkować samochód. 🙂

Po wizycie w parku udaliśmy się nad jezioro Rotorua, nad którym znajduje się miasto. Odwiedziliśmy Marae gdzie znajdują się dwa piękne Wharenui (domy spotkań Māori).

Marae w Rotorua, militarny cmentarz

Co ciekawe, na terenie Marae znajduje się tu również kościół anglikański i popiersie angielskiej królowej Elżbiety, otoczone maoryskimi totemami i symboliką, a także militarny cmentarz maoryskich weteranów wielu wojen, wliczając I i II wojnę światową (w której Māori walczyli po stronie aliantów). Jak zawsze w trakcie odwiedzania terenu Marae, zachowaliśmy ciszę oddając szacunek temu miejscu.

Następnego dnia zaczęliśmy od ulubionej atrakcji w Rotorua mojego kumpla – tak zwane „luge”. Podobne do zimowego saneczkarstwa lub bobsleji, „luge” polega na zjeżdżaniu po asfalcie w małych samochodzikach ze szczytu góry jedną z wielu starannie przygotowanych tras. Do wyboru były trasy dla początkujących, o średniej trudności i dla zaawansowanych. W trakcie zjazdu są liczne ostrzeżenia na temat ostrych zakrętów, a na początek jest szybki instruktaż obsługi samochodzików (co jest dość proste). Zabawa była przednia, a zrobienie kilku zjazdów ułatwiały wyciągi krzesełkowe, niczym jak na stoku narciarskim.

Wyjeżdżając na szczyt wzgórza, „Luge” w Rotorua
Zjeżdżając na dół, „Luge” w Rotorua

Trzy razy zjechaliśmy z kolegą po najtrudniejszej trasie, za ostatnim razem już mi szło dość dobrze, ale takiego weterana jak on pokonać nie mogłem. Dodatkową atrakcją były widoki ze szczytu wzgórza na miasto i jezioro.

Miasto i jezioro Rotorua. W tle wulkan Tarawera
Rotorua, nowozelandzkie Las Vegas 🙂

Po dawce adrenaliny w planach mieliśmy odwiedzenie Hamurana Springs. Niestety kiedyś darmowy park, teraz kosztuje $18 od osoby więc zrobiliśmy tylko kilka zdjęć w darmowej części. Czystość wody robiła wrażenie. Nieskazitelna, kompletnie przezroczysta woda, wypływa tutaj w dużych ilościach na powierzchnię ze źródła.

Hamurana Springs, na północy jeziora Rotorua
Kaczki w Hamurana Springs

Główną atrakcją dnia było odwiedzenie jezior na wschód od Rotorua. Pół godziny samochodem od centrum, ta piękna grupa jezior jest malowniczo położona w cieniu wulkanu Tarawera. Zaczęliśmy od „niebieskiego jeziora”, Tikitapu, w którym była bardzo ciepła woda, idealna do pływania.

Nad jeziorem Tikitapu
Jezioro Tikitapu, ujęcie z pobliskiego wzgórza

Po drodze do największego jeziora grupy, jeziora Tarawera, odwiedziliśmy tak zwaną „zakopaną wioskę”. Za tą kolejną atrakcją turystyczną z wysoką ceną wstępu ($35 od osoby), kryje się fascynująca historia, o której można było się dowiedzieć w darmowej części muzeum. Wulkan Tarawera wybuchnął ostatnio w 1886 roku i wielki lahar (lawina błota i magmy) zniszczył i zakopał kilka wiosek Māori. Dziś można zobaczyć dachy domów wystające z ziemi, smutny dowód na ogromną siłę natury, którą powinniśmy szanować. Erupcja zniszczyła również niezwykłe Różowe i Białe Tarasy, naturalnie wyrzeźbione z krzemionki cuda natury, które już w XIX wieku były słynne na cały świat.

Tak niegdyś wyglądały Różowe i Białe Tarasy nad jeziorem Rotomahana

Wtedy była to jedna z najważniejszych atrakcji Aotearoa. Niedawno naukowcy znaleźli ślady tych unikalnych tarasów zatopione pod powierzchnią pobliskiego jeziora Rotomahana. Niektórzy sugerują że warto to jezioro sztucznie opróżnić aby odsłonić tarasy, ale według mnie i większości Nowozelandzków lepiej zostawić naturę w spokoju. Znad brzegów jeziora Tarawera były piękne widoki na wulkan, który spowodował tą dewastację.

Jezioro i wulkan Tarawera

Po powrocie do centrum miasta odwiedziliśmy park, w którym znajduje się kilka zabytkowych budynków: muzeum regionalne (piękny budynek w stylu Tudor), stare łaźnie i polinezyjskie spa, wykorzystujące gorące źródła.

Muzeum regionalne w Rotorua, fascynująca architektura (styl Tudor)

Czas przyszedł żeby pożegnać się z naszymi przyjaciółmi z Auckland, i przygotować się do kilku następnych dni. Wybieraliśmy się do lasu Te Urewera, nad jezioro Waikaremoana, jednego z bardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej, więc duże zakupy były wymagane.

Zanim jednak tam dotarliśmy, mieliśmy w planach jeszcze kilka atrakcji w okolicy Rotorua. Późnym wieczorem w środę, po zapadnięciu zmroku, odwiedziliśmy las Redwoods. Rzadko kiedy wybieram się w nocy do lasu, ale tym razem było warto. Las jest oświetlony kolorowymi światłami, a wśród koron drzew wysoko nad ziemią poprowadzona jest ścieżka spacerowa, niemal jak w wiosce elfów.

Park Redwoods, nocny spacer w koronach drzew
Piękne kolory w parku Redwoods
Park Redwoods nocą, efektowne lampiony

Efekt jest magiczny. Specjalne oświetlenie budowało niezwykłą atmosferę. Jak zwykle w Rotorua nie zapłaciliśmy $29 za bilet na spacer po mostkach w koronach drzew, co również zaoszczędziło nam 30-60 minut stania w kolejkach, ale zamiast tego spacerowaliśmy za darmo na dole.

Następnego dnia, po drodze w kierunku Te Urewera, odwiedziliśmy wcześnie rano (żeby uniknąć tłumów) jedną z największych atrakcji regionu, park geologiczny i geotermalny Wai-O-Tapu.

W parku Wai-O-Tapu

Tym razem nie oszczędzaliśmy, i bilet kupiliśmy. Wybór miejsca za które warto zapłacić okazał się strzałem w dziesiątkę. Kolorowe kratery, gorące wodospady, tęczowe jeziorka, woda o niesamowitym turkusowym kolorze. Również, tarasy nieco podobne do tych zniszczonych przez wybuch Tarawera.

Wai-O-Tapu, kolorowy krater wyżłobiony przez parę
Wai-O-Tapu, tęczowe jezioro
Wai-O-Tapu, jasno zielone jeziora. Minerały nadają różne kolory wodzie
Wai-O-Tapu, tarasy z krzemionki silikonowej
Wai-O-Tapu, niesamowite jaskrawo zielone jezioro
Wai-O-Tapu, żółty, siarkowy stawik
Wai-O-Tapu, niesamowicie kolorowe brzegi tęczowego jeziora

Ostatnią rzeczą do zrobienia w okolicach Rotorua było wskoczenie do tej ciepłej wody, której tu tak dużo 🙂 Znajomi z Wellington powiedzieli nam o Kerosene Creek, ciągle jeszcze mało znanym miejscu w lesie, gdzie trzeba dojechać kawałek nieutwardzoną drogą szutrową.

Kerosene Creek

Żadnych biletów nie trzeba kupować. Strumień w lesie ma wodę o temperaturze około 40-45 stopni. Lokalni ludzie zbudowali małą tamę na przeciwko urokliwego wodospadu. Cudownie było odpocząć tu chwilę i zanurzyć się po szyję w ciepłej wodzie.

Prawie jak kąpiel w wannie 🙂

Następne trzy dni spędziliśmy w przepięknym i fascynującym pod wieloma względami Te Urewera. Te słowa na temat Rotorua piszę w samochodzie, wracając do Wellington z Te Urewera, więc następny post powinien być już na bieżąco.

Pozdrawiam i dzięki za czytanie,

Przemek