Rotorua

W Rotorua spędziliśmy dwa piękne dni pełne wrażeń z moimi przyjaciółmi, którzy niedawno wrócili do Nowej Zelandii (Auckland) ze Szkocji. Zarówno oni jak i Sara byli w Rotorua wielokrotnie, więc nie było żadnego problemu z wyborem atrakcji, każdy zasugerował jedno lub dwa ulubione miejsca.

Rotorua to miasto zbudowane dosłownie na terenie gorących źródeł, o bardzo wysokiej aktywności geotermalnej. Park w centrum miasta, do którego się udaliśmy w ramach przywitania z Rotorua, ma strumienie gorącej wody i stawy gotującego się błota.

Staw gotującego się błota, park Kuirau w Rotorua

Wszędzie słychać bulgotanie, para wodna dymi z szybów pomiędzy skałami, a w powietrzu unosi się zapach siarki.

Mostek przecinający jeziorko z gorącą wodą, park Kuirau w Rotorua

Co jakiś czas w parku otwierają się nowe szyby. Ostatnio na przykład pod parkingiem zapadła się ziemia i z nowej dziury dymi para wodna. Aż strach zaparkować samochód. 🙂

Po wizycie w parku udaliśmy się nad jezioro Rotorua, nad którym znajduje się miasto. Odwiedziliśmy Marae gdzie znajdują się dwa piękne Wharenui (domy spotkań Māori).

Marae w Rotorua, militarny cmentarz

Co ciekawe, na terenie Marae znajduje się tu również kościół anglikański i popiersie angielskiej królowej Elżbiety, otoczone maoryskimi totemami i symboliką, a także militarny cmentarz maoryskich weteranów wielu wojen, wliczając I i II wojnę światową (w której Māori walczyli po stronie aliantów). Jak zawsze w trakcie odwiedzania terenu Marae, zachowaliśmy ciszę oddając szacunek temu miejscu.

Następnego dnia zaczęliśmy od ulubionej atrakcji w Rotorua mojego kumpla – tak zwane „luge”. Podobne do zimowego saneczkarstwa lub bobsleji, „luge” polega na zjeżdżaniu po asfalcie w małych samochodzikach ze szczytu góry jedną z wielu starannie przygotowanych tras. Do wyboru były trasy dla początkujących, o średniej trudności i dla zaawansowanych. W trakcie zjazdu są liczne ostrzeżenia na temat ostrych zakrętów, a na początek jest szybki instruktaż obsługi samochodzików (co jest dość proste). Zabawa była przednia, a zrobienie kilku zjazdów ułatwiały wyciągi krzesełkowe, niczym jak na stoku narciarskim.

Wyjeżdżając na szczyt wzgórza, „Luge” w Rotorua
Zjeżdżając na dół, „Luge” w Rotorua

Trzy razy zjechaliśmy z kolegą po najtrudniejszej trasie, za ostatnim razem już mi szło dość dobrze, ale takiego weterana jak on pokonać nie mogłem. Dodatkową atrakcją były widoki ze szczytu wzgórza na miasto i jezioro.

Miasto i jezioro Rotorua. W tle wulkan Tarawera
Rotorua, nowozelandzkie Las Vegas 🙂

Po dawce adrenaliny w planach mieliśmy odwiedzenie Hamurana Springs. Niestety kiedyś darmowy park, teraz kosztuje $18 od osoby więc zrobiliśmy tylko kilka zdjęć w darmowej części. Czystość wody robiła wrażenie. Nieskazitelna, kompletnie przezroczysta woda, wypływa tutaj w dużych ilościach na powierzchnię ze źródła.

Hamurana Springs, na północy jeziora Rotorua
Kaczki w Hamurana Springs

Główną atrakcją dnia było odwiedzenie jezior na wschód od Rotorua. Pół godziny samochodem od centrum, ta piękna grupa jezior jest malowniczo położona w cieniu wulkanu Tarawera. Zaczęliśmy od „niebieskiego jeziora”, Tikitapu, w którym była bardzo ciepła woda, idealna do pływania.

Nad jeziorem Tikitapu
Jezioro Tikitapu, ujęcie z pobliskiego wzgórza

Po drodze do największego jeziora grupy, jeziora Tarawera, odwiedziliśmy tak zwaną „zakopaną wioskę”. Za tą kolejną atrakcją turystyczną z wysoką ceną wstępu ($35 od osoby), kryje się fascynująca historia, o której można było się dowiedzieć w darmowej części muzeum. Wulkan Tarawera wybuchnął ostatnio w 1886 roku i wielki lahar (lawina błota i magmy) zniszczył i zakopał kilka wiosek Māori. Dziś można zobaczyć dachy domów wystające z ziemi, smutny dowód na ogromną siłę natury, którą powinniśmy szanować. Erupcja zniszczyła również niezwykłe Różowe i Białe Tarasy, naturalnie wyrzeźbione z krzemionki cuda natury, które już w XIX wieku były słynne na cały świat.

Tak niegdyś wyglądały Różowe i Białe Tarasy nad jeziorem Rotomahana

Wtedy była to jedna z najważniejszych atrakcji Aotearoa. Niedawno naukowcy znaleźli ślady tych unikalnych tarasów zatopione pod powierzchnią pobliskiego jeziora Rotomahana. Niektórzy sugerują że warto to jezioro sztucznie opróżnić aby odsłonić tarasy, ale według mnie i większości Nowozelandzków lepiej zostawić naturę w spokoju. Znad brzegów jeziora Tarawera były piękne widoki na wulkan, który spowodował tą dewastację.

Jezioro i wulkan Tarawera

Po powrocie do centrum miasta odwiedziliśmy park, w którym znajduje się kilka zabytkowych budynków: muzeum regionalne (piękny budynek w stylu Tudor), stare łaźnie i polinezyjskie spa, wykorzystujące gorące źródła.

Muzeum regionalne w Rotorua, fascynująca architektura (styl Tudor)

Czas przyszedł żeby pożegnać się z naszymi przyjaciółmi z Auckland, i przygotować się do kilku następnych dni. Wybieraliśmy się do lasu Te Urewera, nad jezioro Waikaremoana, jednego z bardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej, więc duże zakupy były wymagane.

Zanim jednak tam dotarliśmy, mieliśmy w planach jeszcze kilka atrakcji w okolicy Rotorua. Późnym wieczorem w środę, po zapadnięciu zmroku, odwiedziliśmy las Redwoods. Rzadko kiedy wybieram się w nocy do lasu, ale tym razem było warto. Las jest oświetlony kolorowymi światłami, a wśród koron drzew wysoko nad ziemią poprowadzona jest ścieżka spacerowa, niemal jak w wiosce elfów.

Park Redwoods, nocny spacer w koronach drzew
Piękne kolory w parku Redwoods
Park Redwoods nocą, efektowne lampiony

Efekt jest magiczny. Specjalne oświetlenie budowało niezwykłą atmosferę. Jak zwykle w Rotorua nie zapłaciliśmy $29 za bilet na spacer po mostkach w koronach drzew, co również zaoszczędziło nam 30-60 minut stania w kolejkach, ale zamiast tego spacerowaliśmy za darmo na dole.

Następnego dnia, po drodze w kierunku Te Urewera, odwiedziliśmy wcześnie rano (żeby uniknąć tłumów) jedną z największych atrakcji regionu, park geologiczny i geotermalny Wai-O-Tapu.

W parku Wai-O-Tapu

Tym razem nie oszczędzaliśmy, i bilet kupiliśmy. Wybór miejsca za które warto zapłacić okazał się strzałem w dziesiątkę. Kolorowe kratery, gorące wodospady, tęczowe jeziorka, woda o niesamowitym turkusowym kolorze. Również, tarasy nieco podobne do tych zniszczonych przez wybuch Tarawera.

Wai-O-Tapu, kolorowy krater wyżłobiony przez parę
Wai-O-Tapu, tęczowe jezioro
Wai-O-Tapu, jasno zielone jeziora. Minerały nadają różne kolory wodzie
Wai-O-Tapu, tarasy z krzemionki silikonowej
Wai-O-Tapu, niesamowite jaskrawo zielone jezioro
Wai-O-Tapu, żółty, siarkowy stawik
Wai-O-Tapu, niesamowicie kolorowe brzegi tęczowego jeziora

Ostatnią rzeczą do zrobienia w okolicach Rotorua było wskoczenie do tej ciepłej wody, której tu tak dużo 🙂 Znajomi z Wellington powiedzieli nam o Kerosene Creek, ciągle jeszcze mało znanym miejscu w lesie, gdzie trzeba dojechać kawałek nieutwardzoną drogą szutrową.

Kerosene Creek

Żadnych biletów nie trzeba kupować. Strumień w lesie ma wodę o temperaturze około 40-45 stopni. Lokalni ludzie zbudowali małą tamę na przeciwko urokliwego wodospadu. Cudownie było odpocząć tu chwilę i zanurzyć się po szyję w ciepłej wodzie.

Prawie jak kąpiel w wannie 🙂

Następne trzy dni spędziliśmy w przepięknym i fascynującym pod wieloma względami Te Urewera. Te słowa na temat Rotorua piszę w samochodzie, wracając do Wellington z Te Urewera, więc następny post powinien być już na bieżąco.

Pozdrawiam i dzięki za czytanie,

Przemek