Późnym popołudniem we wtorek zjechaliśmy z przełęczy Arthur’s Pass na zachodnie wybrzeże, do Greymouth. Przyroda po tej stronie gór jest całkiem inna, wilgotność jest dużo większa, deszcz pada o wiele częściej, a żółty kolor ustępuje miejsca zielonemu.

Każde wzgórze jest pokryte gęstym buszem, a z gór spływają liczne rzeki. U ujść tych rzek założono tu miasta, między innymi Greymouth, Hokitika i Westport. Wybrzeże jest pozbawione naturalnych portów, więc inżynierowie brytyjscy w latach 1860-1870 zbudowali falochrony przedłużające ujścia rzek oraz pogłębili naturalne koryta, umożliwiając budowę portów wzdłuż rzeki. Wejście do tych portów z morza było, i do dzisiaj jest, bardzo trudne – wielu ludzi straciło w ten sposób życie. Niespokojne morze rozbiło tutaj wiele statków, spychając je na falochron. Zanim kapitanowie statków nauczyli się jak wpłynąć do tych portów, stracono wiele statków w krótkim czasie. Tylko w 1866 roku, w Hokitika rozbiło się 19 statków, a we wszystkich trzech zachodnich portach w sumie 28 statków w ciągu jednego roku. Nie każdy wrak przyniósł ofiary, ale każdy oznaczał straty finansowe i czasami głód.

Ciekawym aspektem tej części kraju jest zwłaszcza jego historia, poza pięknem natury. Powodem dla którego aż tyle statków w roku 1866 przechodziło przez te porty jest złoto. Między 1866 rokiem, a 1869 miała tu miejsce gorączka złota. W rzekach spływających z gór znaleziono dużo tego drogocennego kruszcu. Z początku wystarczyło przebierać kamienie na dnie rzek żeby znaleźć złoto, później otwarto kopalnie. Mniej więcej w tym samym czasie gdy złoto stało się trudniej dostępne, odkryto z kolei duże zasoby węgla w okolicy Westport. W ciągu pierwszej wojny światowej, kopalnie wokół Westport zapewniały Entente pewny dostęp do węgla.

Większość tego ciężkiego przemysłu dzisiaj już nie istnieje w tej okolicy, ale obecne są liczne jego ślady. Niektóre miejscowości tutaj, jak np. Charleston, miały 12000 mieszkańców pod koniec lat 1860-tych, a dzisiaj mają mniej niż 200 mieszkańców. Region też był jednym z ostatnich skolonizowanych przez Māori, ale jednym z pierwszych centrów napływu ludności z Europy, głównie ze względu na złoto i węgiel.
Māori nie widzieli wartości w złocie i węglu, ale z kolei, od setek lat cenili ten region za coś innego – nowozelandzki jadeit, pounamu w języku Māori. Wiele tych drogocennych i pięknych kamieni można znaleźć w rzekach spływających z gór – jednakże zgodnie z prawem wszystkie pounamu znalezione w górach i w rzekach należą do plemień Māori. Od setek lat biżuteria i inne rekwizyty wyrzeźbione z pounamu były symbolem statusu wśród Māori. Jednakże jeśli ma się szczęście, można też znaleźć pounamu na plaży, i wtedy można je ze sobą zabrać bez urażania tradycji. Pounamu oddane przez rzekę morzu i zwrócone przez morze na plażę nie jest uważane za własność plemienia. Dzisiaj, na zachodnim wybrzeżu znajduje się wiele szkół i warsztatów jubilerskich specjalizujących się w wyrobach z pounamu. Sarah zrobiła mi wspaniały prezent i po drodze do Greymouth kupiła mi naszyjnik z pounamu, który poświęciliśmy w morzu, zgodnie z tradycją Māori.

Obiad zjedliśmy na plaży na północ od Greymouth i był to nowozelandzki klasyk: ryba i frytki zawinięte w gazetę. Spore fale robiły dużo hałasu, a mewy chciały się dostać do naszych frytek. Plaża była kamienista, więc spędziliśmy trochę czasu szukając ładnych kamieni. Pounamu nie udało się znaleźć, ale trafiliśmy na agat i kilka innych ciekawych okazów.

Po obiedzie odwiedziliśmy słynny falochron w Greymouth, na którym również znajduje się pomnik ku pamięci osób które utonęły w trakcie prób wejścia do portu. Mieliśmy szczęście również zobaczyć dużą fokę wychodzącą z morza na jeden z dużych kamieni falochronu. Ciężkie zadanie dla foki, udało się jej za piątym razem. 🙂 W pobliżu dwóch facetów łowiło ryby, co kilka minut wyciągali coś dużego z morza i od razu przygotowywali mięso. Wizyta na falochronie była pięknym ponownym przywitaniem z morzem, po spędzeniu kilku dni w górach i głębi lądu.

Nasza kwatera w Greymouth miała fajny widok na morze, więc mogliśmy się cieszyć zachodem Słońca grając w Euchre. Jedną ze wspaniałych cech Nowej Zelandii jest to że nigdy nie jesteś daleko od morza i gór. We wtorek rano zdobyliśmy alpejski szczyt (poprzedni post), popołudniu jedliśmy rybę na plaży, a wieczorem oglądali zachód Słońca nad morzem.

W środę wcześnie rano ponownie spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża. Pierwszym przystankiem tego dnia było piękne Punakaiki, w parku narodowym Paparoa. Znajduje się tu fenomen naturalny, klify nad morzem zbudowane są ze skał złożonych z cienkich warstw.

Wygląd klifów przywodzi na myśl stosy amerykańskich naleśników, stąd ich potoczna nazwa „pancake rocks”. Te miękkie skały są ciągle rzeźbione przez wiatr i morze, i przez lata nabrały fantastycznych kształtów.

Miejscami w skały otworzyły się szyby i dziury przez które wystrzeliwuje w powietrze woda, gdy morze jest niespokojne (tak zwane „blowholes”). Fale wciskają się między skały, a woda pod ciśnieniem tryska przez te naturalne szyby, powodując fenomen podobny do gejzerów.

W dodatku do piękna skał Punakaiki, mieliśmy też okazję zobaczyć dużą grupę delfinów przepływających 50-100 m od brzegu. Wyraźnie było widać delfiny wyskakujące z wody, surfujące na falach, czasami naraz po 2-3 delfiny w powietrzu. Wspaniały moment i podobno nie tak rzadki – morze obok Punakaiki jest bogate w pożywienie dla delfinów.

Następnym szybkim przystankiem był.. cmentarz w Charleston! Pomyśleliśmy że odwiedzenie cmentarza w miejscowości która kiedyś była małą metropolią a dziś jest opuszczona, jest dobrym pomysłem. Na cmentarzu było kilka ciekawych nagrobków. Znalazłem cztery groby młodych ludzi, przybyłych głównie ze Szkocji i Anglii, którzy zmarli w wypadkach związanych z wydobywaniem złota. Sama miejscowość wygląda na malutką, przejechaliśmy przez nią w 15 sekund. Trudno uwierzyć że kiedyś było tu 94 hoteli, a miasto było nawet w pewnym momencie zasugerowane jako stolica Nowej Zelandii!

Dłuższym przystankiem po cmentarzu w Charleston był Westport. Jako druga największa miejscowość na zachodnim wybrzeżu po Greymouth, Westport jest dzisiaj ważnym ośrodkiem. Odwiedziliśmy tutaj kawiarnię w centrum, a także falochron obok portu. Port tutaj jest obecnie najbezpieczniejszy i największy na zachodnim wybrzeżu. Byliśmy też w dzielnicy w której wychowała się babcia Sary, od strony Jill, Sary Mamy. Babcia Sary mieszkała tu do jej dwunastego roku życia. Jej rodzice przybyli tutaj z Lyttleton, gdzie rodzina mieszkała wcześniej. Gdy Babcia Sary miała 12 lat, przenieśli się w okolice Wellington.

Po opuszczeniu Westport zostawiliśmy klimatyczne zachodnie wybrzeże za plecami i przez 200 km gór i buszu przejechaliśmy do regionu Nelson, nad zatokę Tasmana. Ten piękny region będzie naszym domem na następne cztery dni. Jest tutaj zupełnie inny klimat niż na zachodnim wybrzeżu lub w Wellington, o wiele cieplej i często piękna pogoda. Region słynie z produkcji piwa i wina, więc jestem pewien że nudzić się nie będziemy. 🙂
Do usłyszenia niedługo i jak zwykle dzięki za uwagę! Komentarze są zawsze mile widziane, więc jeśli chcesz zostawić komentarz, proszę użyj formularza pod postem. 🙂
Przemek
