Park Narodowy Arthur’s Pass

W poniedziałek pożegnaliśmy się z płaskowyżem MacKenzie i ruszyliśmy w stronę Arthur’s Pass. Ta jedna z tylko czterech głównych przełęczy, pozwalających się przedostać ze wschodniego (bardziej zaludnionego) wybrzeża Nowej Zelandii na zachód, znajduje się w parku narodowym o tej samej nazwie. Po drodze odwiedziliśmy ponownie Fairly oraz Geraldine, zatrzymując się na kawę i kolejną butelkę dobrej czerwonej IPA z mikrobrowaru Valley Brewing.

Po przejechaniu przez Darfield i Springfield, wjechaliśmy między góry.

Kierunek Arthur’s Pass

Szczyty tutaj są nieco niższe niż w regionie Mackenzie i okolicy Aoraki, ale z pewnością nie mniej imponujące. Przełęcz jest bardzo pięknie położona i trudno było się odkleić od okna samochodu.

Zbliżamy się do Arthur’s Pass

Na noc zatrzymaliśmy się w wiosce Arthur’s Pass, w typowym nowozelandzkim „bach” – czyli wakacyjnym domku. Po szybkim rozpakowaniu się, wybraliśmy się nad wodospad Devil’s Punchbowl, który był dosłownie za rogiem od naszego „bach”. Z mostku nad strumieniem są piękne widoki na wodospad.

Wodospad Devil’s Punchbowl
Rzeka spływająca z przełęczy Arthur’s Pass

Przed wieczorną sesją Euchre (ulubiona gra karciana rodziny Sary, którą bardzo polubiłem!) wybraliśmy się do punktu informacyjnego zapytać o warunki na Avalanche Peak. Ten szczyt o wysokości 1833 metrów był moim i Sary celem na dzień następny. Martwiliśmy się trochę o śnieg i lód, ale bardzo pomocny facet w punkcie informacyjnym zapewnił nas o nadciągającym ociepleniu i był pewien braku lodu na obu graniach. W nocy miało być 7 stopni na szczycie, co zapewniało topnienie przez noc.

Wstaliśmy wcześnie rano we wtorek żeby ruszyć na naszą trasę jak najszybciej. Zostaliśmy jednak opóźnieni przez grupę ciekawskich papug kea, które odwiedziły naszą chatkę i chciały się dostać do samochodu! Sesja fotograficzna była wymagana.

Papuga Kea
Kea dobierały się do wszystkiego. Szczególnie upodobały sobie skarpetki Sary

Bardzo fajnie było zobaczyć te piękne ptaki z bliska. Należy jednak pamiętać żeby ich nie karmić i nie zostawiać żadnych śmieci i drobnych przedmiotów w ich zasięgu. Te ciekawskie ptaki potrafią połknąć wszystko, od cukierków, przez guziki do wszelakich papierków, a wszystko to im zdecydujecie nie służy! Kea wydziobują też gumę izolująca drzwi w samochodach, więc jeśli je się przyłapie na dachu samochodu, najlepiej jest je przegonić dla ich własnego dobra, i dla dobra samochodu. 🙂

Trasę zaczęliśmy o 8:15 rano, na wysokości 740 metrów. Do pokonania mieliśmy 1100 metrów przewyższenia. Z początku towarzyszyły nam małe wodospady i ptaki rifleman oraz NZ robin (czarny robin). Było bardzo stromo, i często trzeba było sobie pomagać rękami, żeby wspiąć się na wysokie stopnie oraz miejscami nawet na 2-3 metrowe (łatwe) ścianki. Alpejski busz ustąpił miejsca wysokogórskiej niskiej roślinności na wysokości około 1200 metrów.

Miejscami było stromo!
Ściółka alpejskiego buszu
Alpejski busz, wyższe partie

Naszym oczom ukazał się prawdziwie alpejski krajobraz. Wysokie szczyty, które były niewidoczne z głębokiej doliny jaką jest Arthur’s Pass, wypełniały horyzont.

Widoki z trasy

Do szczytu (1833 metry wysokości) doszliśmy w 2 godziny i 35 minut, dość szybkie tempo. Ostatnie 30-40 metrów grani było wyeksponowane w tatrzańskim stylu. Z wierzchołka, na którym było mało miejsca, roztaczały się świetne widoki.

Widok ze szczytu Avalanche Peak. Po prawej końcowa grań

Uwagę zwłaszcza przykuwał pobliski Mount Rolleston (2271 metrów) i jego dwa lodowce na południowej flance. Jeden całkiem spory, wiszący w stromej dolinie, i drugi malutki pod bocznym szczytem.

Szczęśliwi na szczycie, widok na Mt Rolleston

Mount Rolleston należy do jednej z najbardziej znanych i popularnych gór wśród Nowozelandzkich alpinistów. Jest stosunkowo łatwo dostępna (blisko drogi) i posiada wiele grani i ścian, każda z innymi wyzwaniami. Góra była też niestety miejscem tragedii w 1966, gdy pięć osób straciło życie, w tym jeden wspinacz próbujący uratować czterech którzy utknęli w ścianie.

Zbliżenie na szczyt Mt Rolleston i lodowiec

W drodze powrotnej zrobiliśmy wiele dobrych zdjęć alpejskiej roślinności porastającej te zbocza, a także ptakom niżej w buszu. Ponownie trafiliśmy na pięknego nowozelandzkiego bluebird. Zejście było dość paskudne, dużo luźnych kamieni przez 1000 metrów zejścia. Dało nam to nieco w kość, ale tak właśnie powinien się człowiek czuć po zdobyciu wysokiej góry.

Alpejskie kwiaty

Bardzo usatysfakcjonowani spotkaliśmy się z rodzicami Sary z powrotem w naszej chatce, którą mieliśmy do popołudnia, wzięliśmy szybkie prysznice i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze do Greymouth, zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę żeby zrobić kilka zdjęć dramatycznemu kanionowi i wiaduktowi otwierającym drogę przez góry od zachodu. Był tu też pomnik ku pamięci Sir Arthur Dudley Dobson (1841–1934), który naniósł na mapy i potwierdził istnienie tego przejścia przez góry (na podstawie informacji od lokalnych Māori).

Wiadukt prowadzący do Arthur’s Pass

Naszym następnym celem było zachodnie wybrzeże, gdzie spędziliśmy wtorkowy wieczór i większość środy. Na zachodnim wybrzeżu dominuje inny klimat i przyroda, a historia regionu jest związana z… gorączką złota.

Do usłyszenia niedługo,

Przemek

2 myśli na temat “Park Narodowy Arthur’s Pass”

Skomentuj