Te Urewera i jezioro Waikaremoana to jedne z najbardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej Nowej Zelandii. Już sama podróż nad jezioro samochodem była przygodą. Jadąc na południe z Rotorua, musieliśmy przejechać 70 km drugą szutrową, ale po przejechaniu zaledwie trzech kilometrów w 30-stopniowym upale, samochód nagle zgasł i włączyła nam się awaryjna kontrolka od silnika.

Trochę strachu się najedliśmy, ale wierny wóz na szczęście odpalił z powrotem i pomyślnie przejechaliśmy następne 67 km szutru przez busz do naszego pola namiotowego nad jeziorem Waikaremoana. Po dojechaniu na miejsce samochód wyglądał paskudnie, a my potrzebowaliśmy piwo i dobrą kolację na odstresowanie 🙂

Po drodze widzieliśmy piękny wodospad Mokau, oraz mieliśmy pierwszy kontakt z Te Urewera i mieszkańcami regionu – głównie Māori z plemienia Tūhoe.

Wioski po drodze były bardzo małe, największa Ruatahuna (stolica regionu i jedyna stacja benzynowa po drodze z północy). Gęstość zaludnienia jest bardzo niska, a ten duży teren przecina tylko jedna droga (szutrowa stanowa 38, którą jechaliśmy). Co ciekawe, teren ten był parkiem narodowym od roku 1954 do roku 2014, ale teraz ma inny status. W świetle prawa Te Urewera uznawana jest za osobę, i posiada samą siebie. Ten status został ustalony po wielu konsultacjach z plemieniem Tūhoe, dla którego Te Urewera to zarówno dom rodzinny jak i „matka natura”.
Pole namiotowe nad jeziorem Waikaremoana było bardzo dobrze wyposażone i pięknie położone, polecam gorąco.

My zatrzymaliśmy się na nim głównie temu że znajduje się zaraz obok biura turystycznego plemienia Tūhoe, które organizuje transporty i rezerwację schronisk na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Naszym planem na następne 3 dni było zrobić tą 48 km trasę i w niedzielę wrócić do Wellington. Po zameldowaniu się na polu namiotowym w czwartek, załatwiliśmy wszystkie formalności związane z zostawieniem samochodu, transportem na start trasy w piątek i odbiorem z końca trasy w niedzielę, a także potwierdziliśmy rezerwację schronisk. Dodatkowo, ze względu na uszkodzenie mostu w trakcie zimowego sztormu w sierpniu, kilku-kilometrowy odcinek jest zamknięty, więc musieliśmy zorganizować transport łodzią wokół zamkniętego odcinka w sobotę popołudniu.
Co bardzo fajne, cały ten transport był darmowy, wliczając łódź motorową, co mnie trochę zdziwiło. Mieliśmy okazję porozmawiać z osobą z biura Tūhoe (Tina) na temat prowadzenia logistyki dla turystów i utrzymywania trasy oraz innych atrakcji wokół jeziora. Od kiedy park narodowy przestał istnieć, plemię jest odpowiedzialne za większość rzeczy tutaj, a rząd NZ tylko pomaga. Uważam że Tūhoe z wielką pasją starają się dzielić swoją ziemią i kulturą, ale muszą się prawdopodobnie nieco podszkolić w efektywnym zarządzaniu samej trasy wokół jeziora, która w kilku miejscach była zaniedbana. Z drugiej strony Tina mówiła o tym że to nie ziemia, ale ludzie muszą być zarządzani (chodzi np. o kampanię przeciw śmieceniu) – co jest świetne, ale też martwiące, ponieważ ta piękna trasa przez busz wymaga pracy nad utrzymaniem ścieżki w dobrym stanie. Mam nadzieję że pójdzie Tūhoe dobrze utrzymywanie tego miejsca w taki sposób, żeby turyści szukający kontaktu z przyrodą mogli tu przyjechać i się nim cieszyć. Jest to piękne miejsce i warto je udostępnić wszystkim. W trakcie trasy dowiedzieliśmy się od strażników w schroniskach o wielu kursach które robią, np. kontrolowanie szkodliwych gatunków, więc mam nadzieję że dadzą sobie radę.
Kończąc polityczne dywagacje, a wracając do opisu pięknych trzech dni spędzonych na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Po wczesnej pobudce w piątek i nakarmieniu rodziny kaczek, które nam towarzyszyły przy śniadaniu, stawiliśmy się o 8:30 w umówionym miejscu i jeepem zostaliśmy wywiezieni na początek trasy, do Onepoto.

Nasz pierwszy dzień prowadził najpierw stromo do góry przez busz, a później granią przez najwyższy punkt trasy – szczyt Panekire o wysokości 1185 m. Widoki zapierały dech w piersiach. Jezioro wygląda jak wielki kleks, lub amoeba, z wieloma ramionami, wszędzie otoczone przez busz.

Ma się uczucie bycia w środku niedostępnej dżungli. Pogoda była wyśmienita i każdy moment, kiedy otwierały się widoki, wydawał się idealnym momentem na postój.



Głównie szliśmy przez busz, który tutaj na wysokości był znacznie inny niż później niżej na poziomie jeziora (które jest na wysokości ok. 580 m). Widzieliśmy wiele ptaków występujących tylko w Nowej Zelandii – Tui, Rifleman, Kereru, Tomtit.

Popołudniu zeszliśmy z grani do schroniska Waiapaoa na brzegu jeziora, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Schronisko, a raczej chatka w buszu, nie jest wyposażone w prysznice, więc w ramach kąpieli wskoczyłem do jeziora. Byłem otoczony dziesiątkami czarnych łabędzi, które tutaj nie występują naturalnie, więc są traktowane jako szkodniki. Klimat im jednak pasuje i rozmnażają się bardzo szybko – widzieliśmy dużo młodych łabędzi. Strażnicy parku będą musieli niestety trochę tych łabędzi usunąć żeby ochronić inne gatunki. Ugotowaliśmy pyszne jedzenie na kuchence JetBoil i wcześnie poszliśmy spać. W chatce było też 11 kobiet z jednej grupy, ale na szczęście udało nam się wyspać!

Zanim ruszyliśmy w drugi dzień, udało nam się również porozmawiać ze strażnikiem chatki. Māori z plemienia Tūhoe, nazywający siebie Bubbles, podzielił się z nami legendami związanymi z jeziorem i opowiedział trochę o sobie. Na jeziorze w konkretnych miejscach żyją tak zwane tāniwha, złe duchy. Nazwa Tūhoe znaczy „ludzie mgły”, ze względu na częstą mgłę nad jeziorem. Rozmawialiśmy też o legendzie stworzenia świata wg Māori, która wymagałaby osobnego wpisu żeby jej oddać szacunek. Co najważniejsze, Bubbles był bardzo gościnny i chętnie opowiadał, a co bardzo ciekawe, wrócił mieszkać, żyć i pracować w Te Urewera niedawno, po wielu latach spędzonych w Wellington. Czasami ma się dość miasta i zgiełku, i dobrze jest wrócić do swoich korzeni. Rozmawianie z ludźmi z plemienia Tūhoe było dla mnie jednym z najlepszych przeżyć w trakcie naszej wyprawy.
Drugi dzień wypełniony był pięknymi chwilami. Niedługo po wznowieniu marszu postanowiliśmy pójść nieco w bok (godzinę tam i z powrotem) żeby zobaczyć wodospady Korokoro.

Wycieczka w bok była strzałem w dziesiątkę. Nie tylko wodospady były piękne (niemal jak z filmu Księga Dżungli), ale po drodze musieliśmy przejść przez duży strumień po skałach trzymając się liny niczym Indiana Jones.

Dalej trasa prowadziła brzegami jeziora, przez busz o nieco innej konsystencji niż dzień wcześniej na grani.


Udało nam się zobaczyć rzadkiego nowozelandzkiego rudzika północnego (NZ North Island Robin), a także sporo dojrzałych srebrnych paproci (symbol NZ) oraz koru (rozwijające się liście paproci).

Odcinek który był zamknięty ominęliśmy motorówką. Cudownie było być również w łodzi na jeziorze, i zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Nogi też już nas bolały i byliśmy zmęczeni 30° upałem, więc motorówka była mile widziana.
Motorówką dotarliśmy do chatki Waiharuru, najnowszej ze wszystkich na trasie.

Stamtąd mieliśmy jeszcze dwie godziny marszu we wtorek. Trasa często prowadziła po wiszących mostach, co było dodatkową atrakcją.

Na noc zatrzymaliśmy się w chatce Whananui. Byliśmy w niej sami, więc było dość klimatycznie. Tylko we dwoje, w buszu, myśląc o złych duchach Tāniwha żyjących w jeziorze, myśleliśmy że zasypianie zajmie chwilę, ale byliśmy zbyt zmęczeni żeby się czymkolwiek przejmować.

Trzeciego dnia w niedzielę dokończyliśmy trasę wokół jeziora Waikaremoana, równocześnie zaliczając pierwszą z tak zwanych „wielkich tras Nowej Zelandii”. Pogoda się nieco zmieniła, więc mogliśmy też doświadczyć słynnej tutejszej mgły.

O 10:00 zostawiliśmy odebrani jeepem z końca trasy.

Samochód odpalił i na szczęście dał przejechać następne prawie 500 km. Droga z powrotem do Wellington była długa, ale też pełna fajnych widoków. Zebraliśmy kilka pomysłów na wycieczki w przyszłości, zwłaszcza Napier i winiarnie wokół Hastings. Pięknie wyglądały też góry pasma Ruahine.

W poniedziałek mieliśmy jeden dzień przerwy i przygotowań do wyjazdu na wyspę południową. Wieczorem udaliśmy się do Plimmerton, które musi być jednym z najlepszych miejsc na oglądanie zachodów Słońca w okolicy Wellington. Zawieźliśmy też samochód do mechanika. 🙂


Od wtorku czeka nas 12 dni podróżowania po wyspie południowej, więc zachęcam do dalszego czytania!
Przemek