Nelson, Tasman i Golden Bay

Między wieczorem w środę a niedzielą spędziliśmy piękne cztery dni nad zatoką Tasmana, w regionie Nelson. Wynajęliśmy letni domek w Little Kaiteriteri, nad morzem na klifie, trzy minuty spacerem od plaży Stephens Bay. Widoki z okna i ogrodu za domem były cudowne.

W ogródku za domem, zatoka Tasmana

Codziennie rano wstawaliśmy przed siódmą, żeby oglądać wschód Słońca, na który mieliśmy wspaniały widok.

Jeden ze wschodów Słońca, widok z naszej kwatery

Dołączyli do nas na kilka dni przyjaciele rodziców Sary, Tom i Philippa. Bardzo przyjaźni i światowi ludzie, świetnie było ich poznać, porozmawiać o ich podróżach do wielu ciekawych miejsc i spędzić wspólnie kilka relaksujących dni nad morzem.

Na te cztery dni, zwolniliśmy nieco tempo zwiedzania i zamiast tego chodziliśmy sporo na plażę, odwiedzaliśmy lokalne targi i sklepiki, cieszyliśmy się dobrą pogodą i tutejszym klimatem. W regionie Nelson, czyli nad zatokami Tasmana i Złotą (Golden Bay), panuje przyjazny mikroklimat. Region jest idealny do hodowli winogron na wino i chmielu na piwo. Jest tu również mnóstwo sadów, a jabłka, śliwki i brzoskwinie z Nelson nie mają sobie równych w Nowej Zelandii. Kilkadziesiąt lat temu hodowano tutaj również duże ilości tytoniu, ale ten biznes podupadł wraz z mniejszym popytem. W Nowej Zelandii bardzo mało ludzi pali papierosy, nawet trudno mi sobie przypomnieć żebym widział kogoś palącego.

Jedna z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy po dotarciu w środę do regionu Nelson, było zatrzymanie się w lokalnym browarze Hop Federation w Riwaka. Browar produkuje świetne piwo rzemieślnicze. Zwłaszcza ich Red IPA oraz NZ IPA (wyprodukowana w 100% na chmielu pochodzącego z NZ) były wyśmienite. Kupiliśmy kilka dużych butelek na później.

W browarze Hop Federation

Po drodze do Kaiteriteri widzieliśmy wiele pól z charakterystycznymi wysokimi rusztowaniami, po których wspina się roślina chmielu.

Pierwszego wieczoru przetestowałem również wodę w najbliższej zatoczce, przy naszej plaży. Bardzo przyjemna temperatura, ale nie aż tak ciepła jak dwa tygodnie wcześniej w jeziorach na wyspie północnej. Zaczął się już marzec, czyli początek jesieni, i jest trochę chłodniej zwłaszcza wcześnie rano. Temperatura ciągle jednak dochodzi do bardzo przyjemnych wartości 23-24 stopni w ciągu dnia, i jest bardzo słonecznie.

Widok na naszą plażę

Region Nelson jest cudownym miejscem na urlop. Są tutaj plaże, góry, jaskinie, busz i wydmy. Ciekawa historia, kultura i sztuka uzupełniają piękno natury. Nad zatoką Tasmana, a zwłaszcza w Golden Bay, wielu artystów ma swoje warsztaty, często otwarte dla publiki.


W czwartek odwiedziliśmy miasto Nelson oraz małe miasteczko Motueka. Sara i Jill miały misję odwiedzić kilka sklepów, w tym także SaveMart, prawdziwie nowozelandzką instytucję. Sklep ten sprzedaje używaną odzież i jest bardzo popularny. W Nowej Zelandii wielu ludzi kupuje ubranie w ten sposób, co jest dobre dla naszej planety, a także dla portfela. Sam znalazłem kilka fajnych rzeczy dla siebie w SaveMart’ach które odwiedziliśmy po drodze (ten nie był pierwszym!). Odwiedziłem też bibliotekę w Nelson, żeby popracować nad blogiem który czytacie. Biblioteki w Nowej Zelandii są bardzo liczne, dobrze prowadzone i przydatne zarówno dla turystów, jak i przede wszystkim lokalnych mieszkańców.

Motueka jest mniejsza, ale bardziej turystyczna – jest tu dużo restauracji i sklepików. Wstąpiliśmy na chwilę do baru browaru Spring & Fern, sprawdzić co leją. Kupiliśmy kilka ich piw w butelkach do przetestowania później. Ich czarna IPA była rewelacyjna. Motueka jest w samym centrum regionu chmielowego. Znawcy piwa powinni rozpoznać nazwę „Motueka”, ponieważ odmiana chmielu tu hodowana nosi taką samą nazwę jak miasteczko. Czwartkowy wieczór spędzony został na kwaterze, nad morzem. Zeszliśmy też na plażę i ogólnie nie spieszyliśmy się nigdzie.


W piątek wybraliśmy się na północ od Kaiteriteri, przez Marahau, do parku narodowego Abel Tasman, i przeszliśmy początkowy fragment długodystansowej trasy przecinającej ten park.

W parku narodowym Abel Tasman

Już pierwsze dwa kilometry tej trasy robią wspaniałe wrażenie. Trasa oferuje cudowne widoki na morze, prowadzi przez ciekawy nadmorski busz i przecina fascynujący fragment wybrzeża.

Nadmorski busz. Miejsce przypomina znana scenę z Władcy Pierścieni, zanim Frodo spotkał Upiory Pierścienia po raz pierwszy

Odwiedza się piękne plaże i malownicze zatoczki. Jest to jedna z bardziej popularnych długich tras pieszych w Nowej Zelandii, więc polecam wczesną rezerwację noclegów jeżeli ma się na celu przejście całej trasy w szczycie sezonu (od połowy grudnia do połowy lutego). Doszliśmy do dobrego punktu widokowego, i zawróciliśmy.

Park Narodowy Abel Tasman, punkt widokowy do którego dotarliśmy

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na głównej plaży w Kaiteriteri. Z całą grupą wynajęliśmy dwa morskie kajaki i dwie deski wiosłowe (SUP). Zawsze chciałem spróbować deski wiosłowej. Okazuje się że nie jest aż tak trudno utrzymać równowagę, ale za to wiosłowanie to ciężka praca. Trudno jest utrzymać kurs, a ciągłe zmiany stron i schylanie się żeby porządnie wiosłować, dają w kość (zwłaszcza plecy). Bardzo mi się ten sport spodobał i w przyszłości chętnie popływam więcej na takiej desce. Większość reszty towarzystwa cieszyła się kajakami, ale trudno było nam (ja i Tom) nadążyć za dwuosobowymi kajakami na naszych jednoosobowych deskach. Z plaży w Kaiteriteri przepłynęliśmy na plażę w Little Kaiteriteri i z powrotem. Na koniec każdy próbował deski, co było dobrym źródłem rozrywki. 🙂

Plaża w Kaiteriteri gdzie wynajęliśmy kajaki i SUP

Wieczorem Tom, który uwielbia gotować, zrobił pyszną domową pizzę. Bardzo smakowała, zwłaszcza przepijana piwem z Hop Federation i Spring & Fern, oraz lokalnymi białymi winami Pinot Gri z Nelson.

Pizza Tom’a. Pycha!

W sobotę wybraliśmy się nawet dalej, przez wzgórze Takaka do Golden Bay. Droga prowadzi przez bardzo wysoką przełęcz, prawie 800 metrów nad poziomem morza. Niesamowite jak w wielu miejscach w Nowej Zelandii góry towarzyszą morzu – żeby dostać się na plażę trzeba przejechać przez przełęcz o wysokości 800 metrów!

Widok ze wzgórza Takaka w stronę Golden Bay

Ta naturalna przeszkoda odcina zatokę Golden Bay od reszty regionu. Izolacja jest prawdopodobnie jednym z powodów wykształcenia się swoistej „alternatywnej kultury” w Złotej Zatoce. Mieszka tu wielu artystów i rzemieślników, znajduje się tu sporo farm ekologicznych i studiów leczniczego masażu oraz medytacji.

Ciekawy mural w Takaka, dobrze oddający klimat miasta

Odwiedziliśmy świetny targ wypełniony pięknymi przedmiotami i jedzeniem. Relaksująca i subtelna muzyka była grana z głośników na bazarze. Zauważyłem kilka osób obejmujących się w długich uściskach, uśmiech na twarzach. Wielu właścicieli stoisk miało na szyjach liczne naszyjniki, na nadgarstkach bransoletki, a we włosach dekoracje. Na świetnym stoisku z biżuterią z nowozelandzkich kamieni zrobiliśmy udane zakupy, nabyte zostały aż trzy naszyjniki.

Na stoisku z kamieniami, targ w Takaka

Jill kupiła mi w prezencie piękny kamień tangiwai, osadzony w serpentynie z domieszką diopside. Kilka dni temu dostałem pounamu od Sary, a dziś tangiwai od Jill. Będę je bardzo cenił. Biżuteria z tych i innych kamieni (np. Aotea) to jeden z symboli Nowej Zelandii.

Przykład biżuterii z tangiwai (środek i po prawej)

Po bazarze wybraliśmy się na kawę do fajnej kawiarni w centrum miasteczka. Odwiedziliśmy też sporo sklepów z piękną ceramiką i innymi ręcznie wykonywanymi rzeczami.

Po wizycie w wiosce Takaka, udaliśmy się nad pobliską plażę, żeby zaliczyć pływanie w Złotej Zatoce. Szeroka piaszczysta plaża ciągnąca się przez wiele kilometrów robiła wrażenie. Było tu bardzo cicho i spokojnie, i spotkaliśmy tylko kilka osób wyprowadzających psy na spacer.

Szukając głębszego miejsca, Golden Bay w pobliżu Pohara

Dzień był bardzo ciepły, więc po powrocie przez wzgórza Takaka do naszej kwatery w Kaiteriteri postanowiliśmy ponownie wybrać się na plażę. Tym razem odwiedziliśmy plażę nad zatoczką Dummy Bay, zaraz na północ od naszej najbliższej plaży w Stephens Bay. Świetne, osłonięte miejsce, oferujące również dobre warunki do pływania z maską. Wysepki i skałki w pobliżu obklejone były jadalnymi małżami. Można było łatwo nazbierać całe wiadro małż na obiad.

Plaża w Dummy Bay, niedaleko od naszej kwatery

Wieczorem oglądaliśmy najlepsze zdjęcia z ostatnich dwóch tygodni podróżowania po wyspie południowej i byliśmy pod wrażeniem jako dużo udało nam się zobaczyć, a ja osobiście czułem się bardzo szczęśliwy że tak dobrze udało mi się poznać te okolice, ich historię, tradycję i mieszkańców. Przez Sarę jestem złączony z tym krajem i dobrze jest go lepiej poznawać. 🙂


W niedzielę przyszedł czas na pożegnanie się z Tomem i Philippą. Wcześnie rano ruszyliśmy w kierunku Picton, żeby złapać powrotny prom do Wellington. Po drodze na życzenie Sary zatrzymaliśmy się w nietypowym miejscu – na cmentarzu w Wakapuaka. Cmentarze często kryją ciekawe informacje na temat danego regionu i ludzi którzy niegdyś tam żyli. Chcieliśmy znaleźć pomnik związany z dość nietypową dla Nowej Zelandii historią. Region Nelson był miejscem pięciokrotnego morderstwa w roku 1866, w trakcie gorączki złota. Sprawa ta znana jest jako morderstwa Maungatapu. Chciwość skłoniła czterech przestępców do napaści na przewożących złoto i pieniądze mężczyzn. Zaczaili się na nich na trakcie w buszu, obrabowali i zamordowali. Złapano ich, i wszyscy skończyli na szubienicy, która musiała być specjalnie dla nich zbudowana. Na cmentarzu znaleźliśmy pomnik ku pamięci ofiar tej chciwości i barbarzyństwa.

Pomnik ku pamięci ofiar morderstw Maungatapu

Drugim przystankiem był most nad rzeką Pelorus. Malownicze miejsce, i świetne do pływania. Zrobiliśmy kilka zdjęć i rozprostowaliśmy kości.

Widok z mostu Pelorus, na rzekę Pelorus
Most Pelorus

Do Picton dotarliśmy półtorej godziny przed planowym wyjściem z portu naszego promu, więc był czas na lunch i szybki spacer po miasteczku. Picton się obecnie rozwija i przybywa tu ludności i biznesów. Tata Sary skomentował że zauważył różnicę, miasteczko które kiedyś miało niewiele do zaoferowania dla turystów, dzisiaj zachęca do zatrzymania się na noc licznymi atrakcjami.

W parku w Picton

W drodze powrotnej mogliśmy ponownie nacieszyć się widokami na cieśniny Marlborough Sounds, tym samym żegnając się z wyspą południową. W dodatku, jak na zawołanie, w połowie Cook Straits pojawiły się delfiny w pobliżu promu. Tak jak w Punakaiki, wiele z nich skakało na falach. Było to piękne pożegnanie z wyspą południową. 🙂

Delfiny skaczące na falach!

Przed nami ostatni tydzień w Wellington i okolicy. Ciągle jest jeszcze wiele ciekawych rzeczy do zobaczenia i opisania, więc do usłyszenia niedługo i dzięki czytanie!

Przemek