W drodze do Taumarunui

Późnym popołudniem w niedzielę pożegnaliśmy się z miastem Whanganui, ale jeszcze nie z rzeką, o czym się niedługo przekonacie. Rzeka ma źródła dość daleko na północ, i naszym celem dzisiaj było miasteczko Taumarunui, które jest w punkcie zbiegu rzek Ongarue i Whanganui. Będąc u styku rzek, miejsce to było też zawsze ważne dla Māori przed przybyciem Europejczyków. Co ciekawe, Taumarunui od dawna było też ważnym rozjazdem kolejowym, a na torowisku tamże „pociągi odchodzą na emeryturę”. Widzieliśmy wiele starych składów stojących na poboczach, nadających miasteczku swoistego klimatu.

Zanim tam dotarliśmy, czekała nas podróż przez piękne tereny. Droga była kręta a widoki z samochodu wyśmienite. Kolor żółty powoli znikał a wzgórza robiły się coraz bardziej zielone – w terenach dalej od miejsc zamieszkanych busz ciągle pokrywa większość terenu.

Busz i wzgórza, zdjęcie zrobione z samochodu

Rzeka nigdy nie była zbyt daleko od nas. Przekraczanie rzek i wąwozów od dawna było wyzwaniem dla lokalnych inżynierów.

Imponujący most kolejowy Makatote Viaduct

Wspaniały był moment w których zauważyliśmy wulkan Ruapehu. Pierwsza prawdziwa duża góra którą miałem przyjemność zobaczyć z bliska w Nowej Zelandii była pokryta dużą ilością śniegu, co mnie zaskoczyło. Wysokość wyjaśnia obecność takich ilości śniegu w środku lata – 2797 metrów nad poziomem morza. Również, patrzyliśmy na ścianę południową, która na południowej półkuli dostaje mniej Słońca. Wszystko jest na odwrót na tej stronie Świata. 🙂 „Północne ściany” budzące trwogę wśród europejskich alpinistów, tutaj są zwykle łatwiejszymi propozycjami. Co ciekawe Ruapehu jest czynnym wulkanem – Sara pamięta erupcję w 1995 roku. Nawet przyjechali tu specjalnie z rodziną w 1995 roku, żeby popatrzeć na dymiącą górę.

Ruapehu, aktywny wulkan, 2797 m

Nieco dalej mieliśmy świetne widoki na kolejne wulkany – Ngaruhoe oraz Tongariro, od którego pochodzi nazwa parku narodowego po granicy którego przejeżdżaliśmy.

Na granicy parku narodowego Tongariro

Tongariro to dużo niższy szczyt, 1978 m, ale o wiele bardziej popularny wśród turystów dzięki widokom i wulkanicznej przyrodzie. Codziennie setki ludzi trawersując go trasą „Tongariro Crossing”. My planujemy trasę w okolicy Tongariro, ale nie słynny „crossing”. Może kiedy indziej, poza głównym sezonem, wrócimy na Tongariro.

Wulkan Ngaruhoe (aktywny), 2291 m. Zaraz za nim Tongariro (nieaktywny)

Po dotarciu do Taumarunui, wieczór spędziliśmy na naszej kwaterze – tym razem zatrzymujemy się w pięknej drewnianej chatce i mamy mały ogródek w którym możemy zjeść kolację.

Jutro duża atrakcja, spływ kajakowy rzeką Whanganui! Pojutrze wracamy w okolice Tongariro, więc zapraszam do dalszego czytania.

Pozdrowienia z pięknej Aotearoa,

Przemek

W drodze do Whanganui

W piątek rano wypełniliśmy samochód ekwipunkiem i jedzeniem, i wyruszyliśmy w podróż po wyspie północnej. Droga krajowa nr 1 prowadzącą przez Porirua na północ jest malowniczo położona, zwłaszcza odcinek w pobliżu Paekakariki. Wciśnięta między morze i strome wzgórza, droga jest równie piękna jak i niebezpieczna. Nawet niewielkie trzęsienie ziemi lub sztorm może odciąć ten ważny odcinek i zablokować jedną z tylko dwóch głównych dróg prowadzących do Wellington. Jeśli druga droga przez Hutt Valley również zostałaby zablokowana, miasto byłoby odcięte. Z tego powodu właśnie budują nową drogę dużo wyżej, przez wzgórza – nazywają ją Transmission Gully.

Zatrzymaliśmy się na chwilę kawałek za zatoką Pukerua, żeby przyglądnąć się wyspie Kapiti. Ta gęsto pokrywa buszem wyspa jest rezerwatem przyrody i sanktuarium ptaków.

Zatoka Pukerua, w tle wyspa Kapiti

Dwadzieścia minut dalej stamtąd zatrzymaliśmy się w browarze Tuatara, w miasteczku Paraparaumu. Nowozelandzki chmiel jest jednym z moich ulubionych – a oba piwa których spróbowaliśmy były świetne. Oczywiście, kupiłem też koszulkę i sześciopak na później. 🙂

Tuatara to starożytny gatunek jaszczurki występujący tylko w Nowej Zelandii. A także nazwa dobrego browaru.

Dalej na północ, teren się wypłaszcza, wybrzeże rozszerza, góry oddalają się na wschód i pojawiają się farmy oraz żółte wzgórza. Droga opuszcza wybrzeże i prowadzi kilka kilometrów wgłąb lądu. Przez długi czas ciągle widać wyższe góry po prawej stronie. Najpierw masyw Tararua, później Ruahine. W obu masywach znajduje się kilkanaście schronisk, między którymi prowadzą liczne szlaki. Żółte wzgórza na pierwszym planie najbardziej zapadają w pamięć.

Typowy krajobraz północnej wyspy

Krótka przerwa na zakupy w Otaki zaowocowała nabyciem nowej koszulki z wełny merino firmy Icebreaker. Nowa Zelandia słynie z wełny merino, a Icebreaker to producent wysokiej jakości sprzętu górskiego. Dalsza droga prowadziła przez Foxton, miasteczko oryginalnie zamieszkane przez holenderskich kolonistów, co wyjaśnia obecność młynu-wiatraka. Kolejnym ciekawym miejscem było Bulls, miasteczko słynące ze słabych żartów. Policja nazywa się tutaj „Constabull”, zamiast „Constable”, a reklamy domów na sprzedaż ogłaszają że nieruchomość jest „affordabull” zamiast „affordable”.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Whanganui, miasta przy ujściu słynnej rzeki o tej samej nazwie. W górę rzeki znajduje się park narodowy Whanganui, w którym będziemy za kilka dni. Rzeka od wieków była ważna dla Maorysów, którzy wzdłuż niej żyli i mieszkali. W mieście, przy ujściu, rzeka osiąga imponująca szerokość.

Rzeka i miasto Whanganui. Miejsce to było zamieszkane przez Maori od wieków.

Robiło się późno, więc zwiedzanie miasta i okolic zostaliśmy na później, i udaliśmy się na farmę w lesie Lismore, na której spędzimy dwie następne noce. To urocze miejsce zarezerwowane przez AirBnB kosztowało nas jedyne $3.5 na osobę za noc.

Nasza farma
Namiot rozbity

Namiot rozbiliśmy szybko, po czym zapoznaliśmy się z naszymi współlokatorami: 3 gęsi, około 12 kaczek, trochę kur i 7 owiec w zagrodzie. Po chwili dotarli nasi znajomi, którzy musieli pracować dzisiaj zanim mogli wyruszyć z Wellington, żeby dołączyć do nas na weekend pod namiotami w Whanganui. Siedzieliśmy do późna w szopie przerobionej na kuchnię z salonem, jedząc kolację, rozmawiając i testując wcześniej zakupiony sześciopak.

Jutro plażowanie i odwiedzenie miasta Whanganui. Musimy też nakarmić kaczki rano. 🙂

Do usłyszenia,

Przemek

Przywitanie Nowej Zelandii

Wcześnie rano w poniedziałek wstaliśmy i ruszyliśmy na lotnisko. Żegnamy się z Melbourne i naszymi przyjaciółmi, ale nie towarzyszy nam smutek ponieważ przed nami 5 tygodni przygód w Nowej Zelandii. Lot linii Qantas do Wellington wyruszył planowo. Nasza trasa prowadziła na północ od wyspy Tasmania, nad morzem Tasmańskim i przecinała północy fragment południowej wyspy Nowej Zelandii. Miałem szczęście mieć miejsce przy oknie, a że pogoda była znakomita nad południową wyspą, widoki były wyśmienite.

Zachodnie wybrzeże NZ na północ od Westport

Moje wrażenie wzbudziła bliskość Antarktydy! Patrząc na ekran w samolocie pokazujący nasza trasę, ten lodowy kontynent wydawał się być bardzo blisko. Ma to sens ponieważ Christchurch, główne miasto wyspy południowej, to jedno z dwóch podstawowych miejsc z których wyruszają wyprawy na Antarktydę (drugie jest w Argentynie). Nigdy wcześniej nie byłem tak daleko na południe.

Blisko Antarktydy

Zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii przecięliśmy w pobliżu Westport i ponad górami zbliżyliśmy się do Nelson. Zatoki Golden Bay i Tasman Bay, oraz półwysep Farewell Spit (który przypomina nasz polski Hel), wyglądały bajkowo.

Tasman Bay, w oddali Golden Bay i Farewell Spit

Wysepki w cieśninie Marlborough Sounds dopełniały wrażenia że lecimy nie na „Koniec Świata”, jak niektórzy mówią o Nowej Zelandii, lecz raczej do raju. 🙂

Marlborough Sounds i Picton

Nieustający wiatr z Wellington oraz krótki pas wciśnięty między morze po obu stronach, zapewniły lądowanie pełne wrażeń. Przez chwilę wydawało się że będziemy lądować na wodzie.

Z lotniska odebrali nas rodzice mojej Sary, z którymi spotkanie było wspaniałym przywitaniem w Nowej Zelandii. Zamiast omijać miasto, przejechaliśmy przez samo centrum, więc miałem okazję zobaczyć stolicę po raz pierwszy. Drogą Oriental Parade, wzdłuż zatoki Oriental Bay, wjechaliśmy do centrum. Moją uwagę przykuły domy zawieszone nad drogą, wysoko na stromym terenie, na południe od centrum. Wiele z nich miało prywatne windy prowadzące do domu z drogi głównej, a samochody właścicieli były zaparkowane na dole przy drodze głównej. Ta okolica to jedna z najdroższych dzielnic w stolicy. Centrum nie ma dużej ilości wysokich budynków, i wydaje się być wciśnięte między napierający na mieszkańców las pokrywający wzgórza, oraz morze. To niesamowite że to duże miasto ciągle wydaje się być w harmonii z naturą. W trakcie niewątpliwej wizyty w centrum, później w trakcie tej wyprawy, napiszę więcej o tym niezwykłym mieście.

Przez wąwóz Ngauranga wyjechaliśmy z miasta, w kierunku miasteczka Tawa, z którego moja Sara pochodzi. Miasteczko jest wciśnięte w wąską dolinę i większość domów także tutaj jest zbudowana na stromym terenie. Domy wyglądają wręcz zbudowane na odwrót niż normalnie, mają małą powierzchnię na parterze, i dużo większą na pierwszym piętrze. W ten sposób można najlepiej wykorzystać teren. Ogrody (z obowiązkowymi grillami BBQ) są zwykle za domem i musiały być wykopane ze zbocza góry.

Reszta dnia spędzona została z rodziną, a także świetnymi sąsiadami którzy przyszli z wizytą.

Do piątku tempo wyprawy nieco zwolni, będziemy zwiedzać najbliższą okolicę i spotykać się z przyjaciółmi. W piątek ruszamy na wielki objazd wyspy północnej, więc jest na co czekać. 🙂 Jednakże nie znaczy to że do piątku będzie nudno! Do usłyszenia jutro, obiecuję więcej postów i zdjęć z tej pięknej okolicy miasta Wellington.

Nowa Zelandio, witaj!

Na lotnisku

Wielki dzień nadszedł! Koniec odliczania, czas zacząć podróż. Jesteśmy bardzo podekscytowani z moją partnerką. 🙂

Dzisiaj był wyjątkowo zimny dzień w Glasgow. Dobry moment żeby uciec stąd na południową półkulę! 🙂 Samochód trzeba było odlodzić i na drodze uważać. Zrobiłem kilka zdjęć żeby nie zapomnieć jak zima wygląda.

Scotland Street School Museum in Glasgow

Siedzimy na lotnisku pijąc BrewDog Punk IPA, dobra rzemieślnicza IPA ze Szkocji. Myślę o następnych 38 dniach. Przed nami ciepłe klimaty i plaże, ale też góry wysokie i dżungla (albo raczej: busz). Spanie pod namiotem, w schroniskach, ale też AirBnB oraz u rodziny i znajomych.

Brew Dog Punk IPA na lotnisku

Kraj do którego się udajemy słynie z piękna przyrody oraz niezwykłości flory i fauny. Wyspy na których spędzimy następne pięć tygodni dryfowały po oceanach Świata przez miliony lat i ewolucja poszła w odmiennym kierunku niż na przykład w Europie. Wyspy Galapagos? Może kiedy indziej. Lecimy na nieco większe wyspy. 🙂

Ludzie w tym kraju to potomkowie twardych kolonistów, którzy zbudowali jedną z najlepszych i najstabilniejszych demokracji na Świecie. Są bardzo samodzielni, i ciekawi Świata. Przyjmują gości i uchodźców z otwartymi rękami.

Tak, lecimy do Nowej Zelandii. Kraj gdzie kręcono Władcę Pierścieni z dobrych powodów, oraz kraj z którego pochodzi pierwszy zdobywca Everestu, również nie bez powodu. Od wielu lat ten kraj był na mojej liście. Marzenie się spełnia.

Aotearoa

Nasz generalny plan zawiera dwudniowy postój w Australii, po czym przeskoczymy nad morzem Tasmańskim do Wellington, stolicy Aotearoa. Po zwiedzeniu okolic stolicy, czeka nas dziewięciodniowa podróż po wyspie północnej. Po powrocie do stolicy i krótkiej przerwie, wybieramy się na 12 dniowy objazd wyspy południowej. Gdzie dokładnie, dowiecie się wkrótce. 🙂

Piwko się kończy a bramka zaraz będzie otwarta. Czas na cieszenie się lotem Emirates do Dubaju, który zajmie 7h 15m. Później czeka nas jeszcze 13h 35m do Australii.

Do usłyszenia wkrótce.

Paszporty w ręku, czas w drogę