Na poniedziałek zaplanowaliśmy spływ kajakowy rzeką Whanganui. Rząd Nowej Zelandii w ostatnich latach promuje tak zwane „wielkie trasy Nowej Zelandii”. Do tego grona zaliczają się takie legendarne miejsca jak Milford Sound oraz Abel Tasman. Większość z tych tras to wycieczki piesze, z jednym wyjątkiem. Wyprawa kajakiem w dół Whanganui z Taumarunui do Pipiriki zajmuje 5 dni. Po drodze można spać na polach namiotowych wzdłuż rzeki. Jest to wspaniały sposób na odwiedzenie parku narodowego Whanganui, które rozciąga się między Taumarunui i Pipiriki (mniej więcej).
My mieliśmy w planach zaliczyć tylko pierwszy dzień tej trasy, z Taumarunui do Ohinepane, 22 km w dół rzeki. Na tym odcinku jest kilkadziesiąt katarakt o skali trudności 1 do 2 – idealny spływ dla początkujących.

Wycieczkę zarezerwowaliśmy z lokalną rodzinną firmą „Taumarunui Canoe Hire & Jet Boat Tours„. Wszystko było wspaniale zorganizowane. Na początek przekazano nam teorię sterowania dwuosobowym kajakiem typu „canoe”. W kajakach tego typu obie osoby mają jednostronne wiosło, osoba z tyłu steruje i daje komendy zmiany strony wiosłowania. Po teoretycznym przygotowaniu i ustaleniu logistyki odbioru z Ohinepane, dostaliśmy beczkę na nasz sprzęt i zeszliśmy do rzeki odebrać kajaki.
Zanim nas puszczono na rzekę musieliśmy udowodnić że potrafimy wspólnie wiosłować. Manewr zawracania nie był najłatwiejszy ale udało się nam się szybko opanować podstawy techniki i dziesięć minut później byliśmy już w trasie, zmierzając ku pierwszym zpiętrzeniom rzeki.

Pierwsze kilka katarakt należało do najtrudniejszych. Na jednej wlało nam się na tyle wody do środka że musieliśmy się zatrzymać i się jej pozbyć. Na kolejnej, na łuku, obróciło nas o 180 stopni po wewnętrznej stronie nurtu, ale łatwo z tego wyszliśmy. Od początku adrenalina skoczyła. Zabawa była przednia. Kilka kilometrów w dół rzeki, czuliśmy się już pewniej. Nurt nigdy nie był na tyle mocny żeby było niebezpiecznie.

Poza miejscami gdzie rzeka przyśpiesza, było też dużo innych atrakcji po drodze. Otaczał nas piękny busz, który w trakcie przerw mogliśmy oglądnąć z bliska.

W jednym miejscu spotkaliśmy stado kaczek, conajmniej 40 kolorowych rajskich kaczek („paradise duck”). Widzieliśmy też dużo kereru, oraz wielkich ważek. Poza nami był tylko jeden inny kajak na rzece o tej porze dnia. Poza tym tylko raz w ciągu 5 godzin minął nas „Jet boat”. Dzięki temu odosobnieniu mogliśmy cieszyć się prawdziwym kontaktem z piękną przyrodą. Było wiele malowniczych i cichych miejsc na trasie. Cieszyliśmy się spokojną atmosferą.


Pół godziny przed końcem trasy zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, w miejscu gdzie tablica reklamowała kawiarnię.

Po zacumowaniu kajaka i zjedzeniu lunchu na brzegu, wyszliśmy ścieżką do góry przez busz na farmę lawendy. To piękne miejsce obsługuje klientów przybywających zarówno od strony rzeki, kajakami, jak i od strony drogi, głównie samochodami. Pola lawendy przypominały mi Prowansję w południowej Francji.


Po przerwie ciężko było wrócić na twarde siedzenie i do ciężkiej pracy przy wiośle. 🙂 Rzeka miała dość niski poziom, co oznaczało dużo wiosłowania na wolnych odcinkach.
Po dotarciu do mety, wyciągnęliśmy kajak na brzeg i odpoczywaliśmy czekając na transport. Ja wykorzystałem ten moment żeby popływać. Sara drzemała na plaży.


Zostaliśmy odebrani zgodnie z umową, o 16:30. Po drodze do Taumarunui nasz kierowca, który był również wcześniej naszym instruktorem przez wyruszeniem na trasę, opowiedział nam trochę o swojej rodzinnej firmie i miasteczku. Ludzie żyją tutaj głównie z turystyki oraz upraw rolnych. Miejsce jest gorące w lecie (o czym się dziś przekonaliśmy!), a w zimie gości wielu narciarzy którzy jeżdżą na stokach na Mt Ruapehu, 50 minut jazdy samochodem stąd.
Wieczór upłynął na regeneracji, ponieważ ramiona się sporo napracowały. Słońce nas też przypaliło w miejscach które niefortunnie ominęliśmy w trakcie nakładania olejku do opalania – pomyłka której nie zamierzam powtórzyć. W Nowej Zelandii Słońce naprawdę strasznie grzeje i pali odkrytą skórę. Nad krajem niestety jest sporo dziura ozonowa, co powoduje jedne z największych na świecie poziomy promieniowania UV w słoneczne dni.
Jutro ruszamy w stronę Rotorua, a po drodze odwiedzimy park narodowy Tongariro.
Do następnego posta,
Przemek




















