W piątek rano wypełniliśmy samochód ekwipunkiem i jedzeniem, i wyruszyliśmy w podróż po wyspie północnej. Droga krajowa nr 1 prowadzącą przez Porirua na północ jest malowniczo położona, zwłaszcza odcinek w pobliżu Paekakariki. Wciśnięta między morze i strome wzgórza, droga jest równie piękna jak i niebezpieczna. Nawet niewielkie trzęsienie ziemi lub sztorm może odciąć ten ważny odcinek i zablokować jedną z tylko dwóch głównych dróg prowadzących do Wellington. Jeśli druga droga przez Hutt Valley również zostałaby zablokowana, miasto byłoby odcięte. Z tego powodu właśnie budują nową drogę dużo wyżej, przez wzgórza – nazywają ją Transmission Gully.
Zatrzymaliśmy się na chwilę kawałek za zatoką Pukerua, żeby przyglądnąć się wyspie Kapiti. Ta gęsto pokrywa buszem wyspa jest rezerwatem przyrody i sanktuarium ptaków.

Dwadzieścia minut dalej stamtąd zatrzymaliśmy się w browarze Tuatara, w miasteczku Paraparaumu. Nowozelandzki chmiel jest jednym z moich ulubionych – a oba piwa których spróbowaliśmy były świetne. Oczywiście, kupiłem też koszulkę i sześciopak na później. 🙂

Dalej na północ, teren się wypłaszcza, wybrzeże rozszerza, góry oddalają się na wschód i pojawiają się farmy oraz żółte wzgórza. Droga opuszcza wybrzeże i prowadzi kilka kilometrów wgłąb lądu. Przez długi czas ciągle widać wyższe góry po prawej stronie. Najpierw masyw Tararua, później Ruahine. W obu masywach znajduje się kilkanaście schronisk, między którymi prowadzą liczne szlaki. Żółte wzgórza na pierwszym planie najbardziej zapadają w pamięć.

Krótka przerwa na zakupy w Otaki zaowocowała nabyciem nowej koszulki z wełny merino firmy Icebreaker. Nowa Zelandia słynie z wełny merino, a Icebreaker to producent wysokiej jakości sprzętu górskiego. Dalsza droga prowadziła przez Foxton, miasteczko oryginalnie zamieszkane przez holenderskich kolonistów, co wyjaśnia obecność młynu-wiatraka. Kolejnym ciekawym miejscem było Bulls, miasteczko słynące ze słabych żartów. Policja nazywa się tutaj „Constabull”, zamiast „Constable”, a reklamy domów na sprzedaż ogłaszają że nieruchomość jest „affordabull” zamiast „affordable”.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Whanganui, miasta przy ujściu słynnej rzeki o tej samej nazwie. W górę rzeki znajduje się park narodowy Whanganui, w którym będziemy za kilka dni. Rzeka od wieków była ważna dla Maorysów, którzy wzdłuż niej żyli i mieszkali. W mieście, przy ujściu, rzeka osiąga imponująca szerokość.

Robiło się późno, więc zwiedzanie miasta i okolic zostaliśmy na później, i udaliśmy się na farmę w lesie Lismore, na której spędzimy dwie następne noce. To urocze miejsce zarezerwowane przez AirBnB kosztowało nas jedyne $3.5 na osobę za noc.


Namiot rozbiliśmy szybko, po czym zapoznaliśmy się z naszymi współlokatorami: 3 gęsi, około 12 kaczek, trochę kur i 7 owiec w zagrodzie. Po chwili dotarli nasi znajomi, którzy musieli pracować dzisiaj zanim mogli wyruszyć z Wellington, żeby dołączyć do nas na weekend pod namiotami w Whanganui. Siedzieliśmy do późna w szopie przerobionej na kuchnię z salonem, jedząc kolację, rozmawiając i testując wcześniej zakupiony sześciopak.
Jutro plażowanie i odwiedzenie miasta Whanganui. Musimy też nakarmić kaczki rano. 🙂
Do usłyszenia,
Przemek




















































