Melbourne, dzień 2

Z radością informuję, że nie mamy Jet laga. Spaliśmy bardzo dobrze, nie budziliśmy się więcej niż normalnie i wstaliśmy wypoczęci 🙂

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w kolejnej rewelacyjnej lokalnej knajpie serwującej śniadania i lunch. Collingwood wypełnione jest modnymi lokalami, a w tych do których nasi przyjaciele nas zabrali obsługa i jedzenie były fantastyczne. Dzisiaj byliśmy w „Min Lokal”, polecam gorąco.

W trakcie śniadania dołączył do nas przyjaciel Sary Ajay, i dalszą część dnia spędziliśmy w piątkę. Z pełnymi brzuchami i usatysfakcjonowanym podniebieniem ruszyliśmy na spacer w kierunku NVG, Narodowej Galerii Stanu Victoria. Temperatura rosła z godziny na godzinę, więc naszą misją było dotrzeć do Galerii przed najgorętszą częścią dnia. Dzisiaj nasza trasa prowadziła przed dzielnicę Fitzroy, wypełnioną pięknymi domami tarasowymi z wykwintnymi dekoracjami balkonów i bram wejściowych.

Przykład ornamentacji domów tarasowych
Jeden z domów w stylu kolonialnym w dzielnicy Fitzroy

Przeszliśmy również przez park Fitzroy Gardens, obok katedry, a następnie w kierunku centrum. Widoki na wysokie budynki w centrum, wliczając najwyższy budynek Australii, przykuwały uwagę.

Katedra w Melbourne
Park Fitzroy Gardens z widokiem na centrum

Z wiaduktu ponad dziesiątkami torów kolejowych prowadzących do głównej stacji kolejowej Melbourne Flinders Street, mieliśmy piękne widoki na centrum, a w oddali widzieliśmy tenisowe stadiony i korty Australian Open oraz największy stadion w mieście – MCG (Melbourne Cricket Grounds).

Pośrodku najwyższy budynek Australii

Po drodze do galerii odwiedziliśmy jedną z alejek słynących z graffiti – Melbourne naprawdę szanuje ten rodzaj sztuki i w wielu miejscach graffiti wpisało się nierozerwalnie w charakter i krajobraz miasta.

Graffiti robi wrażenie
W alejce graficiarzy

Rzekę Yarra przekroczyliśmy używając jednego z najważniejszych mostów w centrum, z którego można podziwiać panoramę miasta.

Rzeka Yarra i stadion MCG (Melbourne Cricket Grounds)

Temperatura dochodziła do 35 stopni, więc chętnie schowaliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu Galerii NGV. Darmowa część wystawy obecnie zawiera niezwykłą mieszankę stylów, od sztuki nowoczesnej, mody i fotografii, do XVIII wiecznej wystawy niemieckiej porcelany i obrazów holenderskich mistrzów. Była nawet audiowizualna prezentacja na temat wpływu gier komputerowych, popkultury i marketingu na nasze życie. Jedną z ciekawych rzeczy w galerii były opisy przeznaczone dla dzieci. W ten sposób autorzy wystaw angażują najmłodszych i cały budynek jest miejscem rodzinnych spotkań, jak również spotkań z przyjaciółmi, a przy okazji miejscem spotkań ze sztuką.

Pod witrażami w galerii NGV
Suknia zaprojektowana dla Björk, Galeria NGV

Po ochłodzeniu się w galerii, ciężko było wyjść na zewnątrz. Temperatura doszła do 39°C, co jest już trochę za dużo. Udało nam się przejść może 800 metrów zanim postanowiliśmy się schować w knajpie nad rzeką. 🙂

Na pierwszym planie pub Riverland, na drugim centrum

Lokal nazywał się Riverland, i kosztując odświerzające australijskie „Pacific Pale Ale” z browarów takich jak Wild Yak oraz 4 Pines, przeczekaliśmy upał, konwersując na temat życia w Melbourne, australijskiego futbolu (w tym sporcie mają okrągłe boisko, a najwięcej zagorzałych fanów tego sportu pochodzi właśnie z Melbourne), turystycznych atrakcji poza miastem w stanie Victoria (zbieramy informacje na potrzeby następnej wizyty) oraz na temat innych miast w Australii. Jak w większości państw, także i tutaj jest poważna rywalizacja między miastami. W Polsce mamy Warszawę i Kraków, w Szkocji Glasgow i Edynburg, a tutaj Melbourne i Sydney. 🙂

Po odpoczynku nad rzeką, ruszyliśmy z powrotem w kierunku naszego Collingwood. Trasa prowadziła przez drugą część parku FitzRoy Gardens. Przeszliśmy obok domu Kapitana Cooka (tego który słynie z ponownego odkrycia Nowej Zelandii – holenderczyk Tasman był pierwszy). Dom ten został rozebrany w Anglii, przewieziony do Australii i cegła po cegle złożony na nowo w parku w Melbourne! Kapitan Cook jest ważną postacią zarówno dla Nowozelandczyków, jak i Australijczyków.

Dom Kapitana Cooka w parku Fitzroy

Po krótkiej przerwie na mieszkaniu, pożegnaliśmy się z Ajay’em, i z Charlie i Shainne’m udaliśmy się na obiad do malezyjskiej restauracji „The Old Raffles Hotel” – kolejne z ulubionych miejsc Shainne’a. Curry było wprost wyśmienite. Melbourne stoi bardzo wysoko na mojej liście miejsc, które warto odwiedzić ponownie – a główny powód to kuchnia, kosmopolityczna atmosfera oraz nowi i starzy przyjaciele.

Późnym wieczorem po drodze do domu mieliśmy okazję zobaczyć coś bardzo niezwykłego – migrację nietoperzy, które regularnie przelatują nad miastem! Dziesiątki nietoperzy wypełniają niebo krótko po zachodzie Słońca. Te nocne stworzenia przelatują nad dzielnicą Collingwood z lasu w którym śpią za dnia, nad rzeką Yarra, kilka kilometrów na północ. W nocy, udają się na obiad do rezerwatu na południe od miasta, w którym rosną drzewa bogate w ich ulubione liście lub owoce. Wracają wczesnym rankiem. Można je zobaczyć prawie co noc. Są to bardzo duże nietoperze, jedne z największych na świecie, rozpiętością skrzydeł przypominają duże kruki. Ich lot jest nieregularny, zauważalnie inny niż ptaków, a czasami są tak nisko że można zobaczyć nawet wystające uszy!

Po powrocie w mieszkaniu podziękowaliśmy naszym przyjaciołom za ich wspaniałą gościnę, i nawet był czas żeby przy piwku oglądnąć razem część nowego filmu braci Coen na Netflixie.

Czas spędzony w Melbourne był nieco za krótki, aż szkoda jutro wyjeżdżać. Jednakże przed nami główny cel naszej podróży. Dar morza, „Gift of the Sea”, Aotearoa, kraj Kiwi, haki i bogactwa innych skarbów. Do usłyszenia z Wellington. 🙂

Przemek

„Strawflower”, kwiat pochodzący z Australii

Melbourne

Od wczesnego poranka wczoraj, jesteśmy w Melbourne, drugim największym mieście Australii. Od samego początku miasto mnie zaskoczyło swoim rozmiarem, a zwłaszcza ilością wieżowców w centrum. Wyglądem centrum Melbourne przypomina inne duże nowoczesne miasta jak na przykład Szanghaj, albo nawet Nowy Jork.

Panorama Melbourne

Odwiedzamy tutaj przyjaciół, do których mieszkania w Collingwood dotarliśmy około 8:30 wczoraj rano. Po odświeżeniu się po długim locie, ruszyliśmy na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od rewelacyjnego śniadania w japońskiej knajpie Cibi. Shainne, nasz australijski kolega, jest wielkim fanem Japonii, a w Melbourne najwyraźniej jest sporo japońskich wpływów. Ogólnie miasto jest bardzo kosmopolityczne, pod tym względem przypomina na przykład Berlin.

Bar Cibi

Collingwood to jedna ze starszych dzielnic miasta. Wiele domów tutaj może się pochwalić tradycyjnymi dekoracjami balkonów i tarasów. Głównie budowane w latach 20-30 XX wieku, domy te nazywane są „terrace houses”.

Dekoracje domów tarasowych

Wiele budynków tutaj jest pod ochroną konserwatora zabytków, wskutek czego ulice to mieszanka nowoczesności i tradycji. Dzielnica jest wypełniona restauracjami, barami i targami. Odwiedziliśmy dwa targi, Rose Street Market i drugi zaraz obok. Moją uwagę zwróciło graffiti, ciężko znaleźć tutaj stary mur który nie mógłby się pochwalić imponującym graffiti.

Targ i graffiti

Styl graffiti jest różnorodny, od stylizowanych pozawijanych liter, do pięknych portretów i wizerunków zwierząt. Spacer po okolicy zakończyliśmy odświeżającym piwkiem w jednym z ulubionych barów naszych gospodarzy – stoliki na dachu pozwoliły cieszyć się Słońcem.

Stoliki ukryte na dachu, niewidoczne z ulicy

Wczesnym popołudniem wzięliśmy tramwaj do centrum. Zgodnie z rekomendacją mojej Sary, która była już w Melbourne kilka razy, udaliśmy się do biblioteki stanu Victoria (Melbourne jest stolicą jednego ze stanów Australii, stanu Victoria). Ten imponujący budynek kryje w sobie muzeum poświęcone historii stanu, jak również dziesiątki tysięcy książek i piękną czytelnię.

Czytelnia biblioteki stanu Victoria

W muzeum spędziłem dużo czasu czytając o historii gorączki złota, tak zwanych „bushrangers” oraz na temat życia bandyty Neda Kelly, oraz jego starcia z prawem i ewentualnej egzekucji. Fascynująca historia, która teraz nie ma oczywistych dobrych i złych postaci, polecam poczytać o bushrangerach i historii rodziny Kelly. Australijski western pełną parą.

Zbroja Neda Kelly – kule policji się go nie imały

Temperatura dochodziła do 35°C, więc spacerując po okolicy chowaliśmy się w pięknych arkadach, które przechodziły między i pod wysokimi budynkami.

Arkady Melbourne

Tymi uliczkami dotarliśmy nad rzekę Yarra. Zatrzymaliśmy się tutaj w fajnym barze przy rzece, na degustacje kilku lekkich australijskich piwek. Na tym upale styl „Pacific Pale Ale”, często z cytrusowymi nutami smakowymi, jest idealny. Zmęczenia dało się trochę we znaki więc wróciliśmy około 18 do Collingwood na drzemkę.

Nad rzeką Yarra

W centrum czekając na tramwaj

Różnica temperatur i pór roku robi wrażenie. Różnica czasu póki co nie za bardzo. Na szczęście udało się spać wystarczająca ilość czasu w samolocie. Po odświerzającym prysznicu i drzemce, ruszyliśmy na wieczorny spacer.

Collingwood ożywa jeszcze bardziej późnym wieczorem. Puby, bary i niczym jak w Rzymie, artyzańskie lodziarnie otwarte do późna, ściągają wielu klientów. Na obiad udaliśmy się do kolejnego ulubionego miejsca naszych gospodarzy Charlie oraz Shainne’a – Union Club. Pyszne jedzenie, z menu inspirowanym kuchnią brytyjską oraz azjatycką (Korea, Japonia, Malaje) – mieszanka która wydaje się tutaj być standardem.

Wspaniały pierwszy dzień urlopu, wypełniony głównie rozmowami z naszymi przyjaciółmi o Australii, podróżowaniu, trochę o naszych planach i pracy. Jutro spotykamy się z kolejnym przyjacielem Sary, który pochodzi z Nowej Zelandii ale mieszka w Melbourne. Przy okazji z pewnością uda się też zobaczyć więcej tego pięknego i bardzo przyjaznego miasta, do którego już wiem że będę chciał wrócić w przyszłości.

Pozdrowienia z Collingwood,

Przemek