Nelson, Tasman i Golden Bay

Między wieczorem w środę a niedzielą spędziliśmy piękne cztery dni nad zatoką Tasmana, w regionie Nelson. Wynajęliśmy letni domek w Little Kaiteriteri, nad morzem na klifie, trzy minuty spacerem od plaży Stephens Bay. Widoki z okna i ogrodu za domem były cudowne.

W ogródku za domem, zatoka Tasmana

Codziennie rano wstawaliśmy przed siódmą, żeby oglądać wschód Słońca, na który mieliśmy wspaniały widok.

Jeden ze wschodów Słońca, widok z naszej kwatery

Dołączyli do nas na kilka dni przyjaciele rodziców Sary, Tom i Philippa. Bardzo przyjaźni i światowi ludzie, świetnie było ich poznać, porozmawiać o ich podróżach do wielu ciekawych miejsc i spędzić wspólnie kilka relaksujących dni nad morzem.

Na te cztery dni, zwolniliśmy nieco tempo zwiedzania i zamiast tego chodziliśmy sporo na plażę, odwiedzaliśmy lokalne targi i sklepiki, cieszyliśmy się dobrą pogodą i tutejszym klimatem. W regionie Nelson, czyli nad zatokami Tasmana i Złotą (Golden Bay), panuje przyjazny mikroklimat. Region jest idealny do hodowli winogron na wino i chmielu na piwo. Jest tu również mnóstwo sadów, a jabłka, śliwki i brzoskwinie z Nelson nie mają sobie równych w Nowej Zelandii. Kilkadziesiąt lat temu hodowano tutaj również duże ilości tytoniu, ale ten biznes podupadł wraz z mniejszym popytem. W Nowej Zelandii bardzo mało ludzi pali papierosy, nawet trudno mi sobie przypomnieć żebym widział kogoś palącego.

Jedna z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy po dotarciu w środę do regionu Nelson, było zatrzymanie się w lokalnym browarze Hop Federation w Riwaka. Browar produkuje świetne piwo rzemieślnicze. Zwłaszcza ich Red IPA oraz NZ IPA (wyprodukowana w 100% na chmielu pochodzącego z NZ) były wyśmienite. Kupiliśmy kilka dużych butelek na później.

W browarze Hop Federation

Po drodze do Kaiteriteri widzieliśmy wiele pól z charakterystycznymi wysokimi rusztowaniami, po których wspina się roślina chmielu.

Pierwszego wieczoru przetestowałem również wodę w najbliższej zatoczce, przy naszej plaży. Bardzo przyjemna temperatura, ale nie aż tak ciepła jak dwa tygodnie wcześniej w jeziorach na wyspie północnej. Zaczął się już marzec, czyli początek jesieni, i jest trochę chłodniej zwłaszcza wcześnie rano. Temperatura ciągle jednak dochodzi do bardzo przyjemnych wartości 23-24 stopni w ciągu dnia, i jest bardzo słonecznie.

Widok na naszą plażę

Region Nelson jest cudownym miejscem na urlop. Są tutaj plaże, góry, jaskinie, busz i wydmy. Ciekawa historia, kultura i sztuka uzupełniają piękno natury. Nad zatoką Tasmana, a zwłaszcza w Golden Bay, wielu artystów ma swoje warsztaty, często otwarte dla publiki.


W czwartek odwiedziliśmy miasto Nelson oraz małe miasteczko Motueka. Sara i Jill miały misję odwiedzić kilka sklepów, w tym także SaveMart, prawdziwie nowozelandzką instytucję. Sklep ten sprzedaje używaną odzież i jest bardzo popularny. W Nowej Zelandii wielu ludzi kupuje ubranie w ten sposób, co jest dobre dla naszej planety, a także dla portfela. Sam znalazłem kilka fajnych rzeczy dla siebie w SaveMart’ach które odwiedziliśmy po drodze (ten nie był pierwszym!). Odwiedziłem też bibliotekę w Nelson, żeby popracować nad blogiem który czytacie. Biblioteki w Nowej Zelandii są bardzo liczne, dobrze prowadzone i przydatne zarówno dla turystów, jak i przede wszystkim lokalnych mieszkańców.

Motueka jest mniejsza, ale bardziej turystyczna – jest tu dużo restauracji i sklepików. Wstąpiliśmy na chwilę do baru browaru Spring & Fern, sprawdzić co leją. Kupiliśmy kilka ich piw w butelkach do przetestowania później. Ich czarna IPA była rewelacyjna. Motueka jest w samym centrum regionu chmielowego. Znawcy piwa powinni rozpoznać nazwę „Motueka”, ponieważ odmiana chmielu tu hodowana nosi taką samą nazwę jak miasteczko. Czwartkowy wieczór spędzony został na kwaterze, nad morzem. Zeszliśmy też na plażę i ogólnie nie spieszyliśmy się nigdzie.


W piątek wybraliśmy się na północ od Kaiteriteri, przez Marahau, do parku narodowego Abel Tasman, i przeszliśmy początkowy fragment długodystansowej trasy przecinającej ten park.

W parku narodowym Abel Tasman

Już pierwsze dwa kilometry tej trasy robią wspaniałe wrażenie. Trasa oferuje cudowne widoki na morze, prowadzi przez ciekawy nadmorski busz i przecina fascynujący fragment wybrzeża.

Nadmorski busz. Miejsce przypomina znana scenę z Władcy Pierścieni, zanim Frodo spotkał Upiory Pierścienia po raz pierwszy

Odwiedza się piękne plaże i malownicze zatoczki. Jest to jedna z bardziej popularnych długich tras pieszych w Nowej Zelandii, więc polecam wczesną rezerwację noclegów jeżeli ma się na celu przejście całej trasy w szczycie sezonu (od połowy grudnia do połowy lutego). Doszliśmy do dobrego punktu widokowego, i zawróciliśmy.

Park Narodowy Abel Tasman, punkt widokowy do którego dotarliśmy

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na głównej plaży w Kaiteriteri. Z całą grupą wynajęliśmy dwa morskie kajaki i dwie deski wiosłowe (SUP). Zawsze chciałem spróbować deski wiosłowej. Okazuje się że nie jest aż tak trudno utrzymać równowagę, ale za to wiosłowanie to ciężka praca. Trudno jest utrzymać kurs, a ciągłe zmiany stron i schylanie się żeby porządnie wiosłować, dają w kość (zwłaszcza plecy). Bardzo mi się ten sport spodobał i w przyszłości chętnie popływam więcej na takiej desce. Większość reszty towarzystwa cieszyła się kajakami, ale trudno było nam (ja i Tom) nadążyć za dwuosobowymi kajakami na naszych jednoosobowych deskach. Z plaży w Kaiteriteri przepłynęliśmy na plażę w Little Kaiteriteri i z powrotem. Na koniec każdy próbował deski, co było dobrym źródłem rozrywki. 🙂

Plaża w Kaiteriteri gdzie wynajęliśmy kajaki i SUP

Wieczorem Tom, który uwielbia gotować, zrobił pyszną domową pizzę. Bardzo smakowała, zwłaszcza przepijana piwem z Hop Federation i Spring & Fern, oraz lokalnymi białymi winami Pinot Gri z Nelson.

Pizza Tom’a. Pycha!

W sobotę wybraliśmy się nawet dalej, przez wzgórze Takaka do Golden Bay. Droga prowadzi przez bardzo wysoką przełęcz, prawie 800 metrów nad poziomem morza. Niesamowite jak w wielu miejscach w Nowej Zelandii góry towarzyszą morzu – żeby dostać się na plażę trzeba przejechać przez przełęcz o wysokości 800 metrów!

Widok ze wzgórza Takaka w stronę Golden Bay

Ta naturalna przeszkoda odcina zatokę Golden Bay od reszty regionu. Izolacja jest prawdopodobnie jednym z powodów wykształcenia się swoistej „alternatywnej kultury” w Złotej Zatoce. Mieszka tu wielu artystów i rzemieślników, znajduje się tu sporo farm ekologicznych i studiów leczniczego masażu oraz medytacji.

Ciekawy mural w Takaka, dobrze oddający klimat miasta

Odwiedziliśmy świetny targ wypełniony pięknymi przedmiotami i jedzeniem. Relaksująca i subtelna muzyka była grana z głośników na bazarze. Zauważyłem kilka osób obejmujących się w długich uściskach, uśmiech na twarzach. Wielu właścicieli stoisk miało na szyjach liczne naszyjniki, na nadgarstkach bransoletki, a we włosach dekoracje. Na świetnym stoisku z biżuterią z nowozelandzkich kamieni zrobiliśmy udane zakupy, nabyte zostały aż trzy naszyjniki.

Na stoisku z kamieniami, targ w Takaka

Jill kupiła mi w prezencie piękny kamień tangiwai, osadzony w serpentynie z domieszką diopside. Kilka dni temu dostałem pounamu od Sary, a dziś tangiwai od Jill. Będę je bardzo cenił. Biżuteria z tych i innych kamieni (np. Aotea) to jeden z symboli Nowej Zelandii.

Przykład biżuterii z tangiwai (środek i po prawej)

Po bazarze wybraliśmy się na kawę do fajnej kawiarni w centrum miasteczka. Odwiedziliśmy też sporo sklepów z piękną ceramiką i innymi ręcznie wykonywanymi rzeczami.

Po wizycie w wiosce Takaka, udaliśmy się nad pobliską plażę, żeby zaliczyć pływanie w Złotej Zatoce. Szeroka piaszczysta plaża ciągnąca się przez wiele kilometrów robiła wrażenie. Było tu bardzo cicho i spokojnie, i spotkaliśmy tylko kilka osób wyprowadzających psy na spacer.

Szukając głębszego miejsca, Golden Bay w pobliżu Pohara

Dzień był bardzo ciepły, więc po powrocie przez wzgórza Takaka do naszej kwatery w Kaiteriteri postanowiliśmy ponownie wybrać się na plażę. Tym razem odwiedziliśmy plażę nad zatoczką Dummy Bay, zaraz na północ od naszej najbliższej plaży w Stephens Bay. Świetne, osłonięte miejsce, oferujące również dobre warunki do pływania z maską. Wysepki i skałki w pobliżu obklejone były jadalnymi małżami. Można było łatwo nazbierać całe wiadro małż na obiad.

Plaża w Dummy Bay, niedaleko od naszej kwatery

Wieczorem oglądaliśmy najlepsze zdjęcia z ostatnich dwóch tygodni podróżowania po wyspie południowej i byliśmy pod wrażeniem jako dużo udało nam się zobaczyć, a ja osobiście czułem się bardzo szczęśliwy że tak dobrze udało mi się poznać te okolice, ich historię, tradycję i mieszkańców. Przez Sarę jestem złączony z tym krajem i dobrze jest go lepiej poznawać. 🙂


W niedzielę przyszedł czas na pożegnanie się z Tomem i Philippą. Wcześnie rano ruszyliśmy w kierunku Picton, żeby złapać powrotny prom do Wellington. Po drodze na życzenie Sary zatrzymaliśmy się w nietypowym miejscu – na cmentarzu w Wakapuaka. Cmentarze często kryją ciekawe informacje na temat danego regionu i ludzi którzy niegdyś tam żyli. Chcieliśmy znaleźć pomnik związany z dość nietypową dla Nowej Zelandii historią. Region Nelson był miejscem pięciokrotnego morderstwa w roku 1866, w trakcie gorączki złota. Sprawa ta znana jest jako morderstwa Maungatapu. Chciwość skłoniła czterech przestępców do napaści na przewożących złoto i pieniądze mężczyzn. Zaczaili się na nich na trakcie w buszu, obrabowali i zamordowali. Złapano ich, i wszyscy skończyli na szubienicy, która musiała być specjalnie dla nich zbudowana. Na cmentarzu znaleźliśmy pomnik ku pamięci ofiar tej chciwości i barbarzyństwa.

Pomnik ku pamięci ofiar morderstw Maungatapu

Drugim przystankiem był most nad rzeką Pelorus. Malownicze miejsce, i świetne do pływania. Zrobiliśmy kilka zdjęć i rozprostowaliśmy kości.

Widok z mostu Pelorus, na rzekę Pelorus
Most Pelorus

Do Picton dotarliśmy półtorej godziny przed planowym wyjściem z portu naszego promu, więc był czas na lunch i szybki spacer po miasteczku. Picton się obecnie rozwija i przybywa tu ludności i biznesów. Tata Sary skomentował że zauważył różnicę, miasteczko które kiedyś miało niewiele do zaoferowania dla turystów, dzisiaj zachęca do zatrzymania się na noc licznymi atrakcjami.

W parku w Picton

W drodze powrotnej mogliśmy ponownie nacieszyć się widokami na cieśniny Marlborough Sounds, tym samym żegnając się z wyspą południową. W dodatku, jak na zawołanie, w połowie Cook Straits pojawiły się delfiny w pobliżu promu. Tak jak w Punakaiki, wiele z nich skakało na falach. Było to piękne pożegnanie z wyspą południową. 🙂

Delfiny skaczące na falach!

Przed nami ostatni tydzień w Wellington i okolicy. Ciągle jest jeszcze wiele ciekawych rzeczy do zobaczenia i opisania, więc do usłyszenia niedługo i dzięki czytanie!

Przemek

Zachodnie wybrzeże

Późnym popołudniem we wtorek zjechaliśmy z przełęczy Arthur’s Pass na zachodnie wybrzeże, do Greymouth. Przyroda po tej stronie gór jest całkiem inna, wilgotność jest dużo większa, deszcz pada o wiele częściej, a żółty kolor ustępuje miejsca zielonemu.

W drodze do Greymouth

Każde wzgórze jest pokryte gęstym buszem, a z gór spływają liczne rzeki. U ujść tych rzek założono tu miasta, między innymi Greymouth, Hokitika i Westport. Wybrzeże jest pozbawione naturalnych portów, więc inżynierowie brytyjscy w latach 1860-1870 zbudowali falochrony przedłużające ujścia rzek oraz pogłębili naturalne koryta, umożliwiając budowę portów wzdłuż rzeki. Wejście do tych portów z morza było, i do dzisiaj jest, bardzo trudne – wielu ludzi straciło w ten sposób życie. Niespokojne morze rozbiło tutaj wiele statków, spychając je na falochron. Zanim kapitanowie statków nauczyli się jak wpłynąć do tych portów, stracono wiele statków w krótkim czasie. Tylko w 1866 roku, w Hokitika rozbiło się 19 statków, a we wszystkich trzech zachodnich portach w sumie 28 statków w ciągu jednego roku. Nie każdy wrak przyniósł ofiary, ale każdy oznaczał straty finansowe i czasami głód.

Pomnik ku pamięci ludzi którzy utonęli u wejścia po portu w Greymouth

Ciekawym aspektem tej części kraju jest zwłaszcza jego historia, poza pięknem natury. Powodem dla którego aż tyle statków w roku 1866 przechodziło przez te porty jest złoto. Między 1866 rokiem, a 1869 miała tu miejsce gorączka złota. W rzekach spływających z gór znaleziono dużo tego drogocennego kruszcu. Z początku wystarczyło przebierać kamienie na dnie rzek żeby znaleźć złoto, później otwarto kopalnie. Mniej więcej w tym samym czasie gdy złoto stało się trudniej dostępne, odkryto z kolei duże zasoby węgla w okolicy Westport. W ciągu pierwszej wojny światowej, kopalnie wokół Westport zapewniały Entente pewny dostęp do węgla.

Sztuka uliczna w Westport przedstawiająca scenę z historii regionu

Większość tego ciężkiego przemysłu dzisiaj już nie istnieje w tej okolicy, ale obecne są liczne jego ślady. Niektóre miejscowości tutaj, jak np. Charleston, miały 12000 mieszkańców pod koniec lat 1860-tych, a dzisiaj mają mniej niż 200 mieszkańców. Region też był jednym z ostatnich skolonizowanych przez Māori, ale jednym z pierwszych centrów napływu ludności z Europy, głównie ze względu na złoto i węgiel.

Māori nie widzieli wartości w złocie i węglu, ale z kolei, od setek lat cenili ten region za coś innego – nowozelandzki jadeit, pounamu w języku Māori. Wiele tych drogocennych i pięknych kamieni można znaleźć w rzekach spływających z gór – jednakże zgodnie z prawem wszystkie pounamu znalezione w górach i w rzekach należą do plemień Māori. Od setek lat biżuteria i inne rekwizyty wyrzeźbione z pounamu były symbolem statusu wśród Māori. Jednakże jeśli ma się szczęście, można też znaleźć pounamu na plaży, i wtedy można je ze sobą zabrać bez urażania tradycji. Pounamu oddane przez rzekę morzu i zwrócone przez morze na plażę nie jest uważane za własność plemienia. Dzisiaj, na zachodnim wybrzeżu znajduje się wiele szkół i warsztatów jubilerskich specjalizujących się w wyrobach z pounamu. Sarah zrobiła mi wspaniały prezent i po drodze do Greymouth kupiła mi naszyjnik z pounamu, który poświęciliśmy w morzu, zgodnie z tradycją Māori.

Pounamu, nowozelandzki jadeit

Obiad zjedliśmy na plaży na północ od Greymouth i był to nowozelandzki klasyk: ryba i frytki zawinięte w gazetę. Spore fale robiły dużo hałasu, a mewy chciały się dostać do naszych frytek. Plaża była kamienista, więc spędziliśmy trochę czasu szukając ładnych kamieni. Pounamu nie udało się znaleźć, ale trafiliśmy na agat i kilka innych ciekawych okazów.

Kamienista plaża na północ od Greymouth

Po obiedzie odwiedziliśmy słynny falochron w Greymouth, na którym również znajduje się pomnik ku pamięci osób które utonęły w trakcie prób wejścia do portu. Mieliśmy szczęście również zobaczyć dużą fokę wychodzącą z morza na jeden z dużych kamieni falochronu. Ciężkie zadanie dla foki, udało się jej za piątym razem. 🙂 W pobliżu dwóch facetów łowiło ryby, co kilka minut wyciągali coś dużego z morza i od razu przygotowywali mięso. Wizyta na falochronie była pięknym ponownym przywitaniem z morzem, po spędzeniu kilku dni w górach i głębi lądu.

Foce udało się wdrapać na falochron 🙂

Nasza kwatera w Greymouth miała fajny widok na morze, więc mogliśmy się cieszyć zachodem Słońca grając w Euchre. Jedną ze wspaniałych cech Nowej Zelandii jest to że nigdy nie jesteś daleko od morza i gór. We wtorek rano zdobyliśmy alpejski szczyt (poprzedni post), popołudniu jedliśmy rybę na plaży, a wieczorem oglądali zachód Słońca nad morzem.

Zachód Słońca nad morzem Tasmana (widok z tarasu naszej kwatery w Greymouth)

W środę wcześnie rano ponownie spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża. Pierwszym przystankiem tego dnia było piękne Punakaiki, w parku narodowym Paparoa. Znajduje się tu fenomen naturalny, klify nad morzem zbudowane są ze skał złożonych z cienkich warstw.

Skały w Punakaiki

Wygląd klifów przywodzi na myśl stosy amerykańskich naleśników, stąd ich potoczna nazwa „pancake rocks”. Te miękkie skały są ciągle rzeźbione przez wiatr i morze, i przez lata nabrały fantastycznych kształtów.

Fantastyczne kształty w Punakaiki

Miejscami w skały otworzyły się szyby i dziury przez które wystrzeliwuje w powietrze woda, gdy morze jest niespokojne (tak zwane „blowholes”). Fale wciskają się między skały, a woda pod ciśnieniem tryska przez te naturalne szyby, powodując fenomen podobny do gejzerów.

Szyb wyrzeźbiony przez wodę, Punakaiki

W dodatku do piękna skał Punakaiki, mieliśmy też okazję zobaczyć dużą grupę delfinów przepływających 50-100 m od brzegu. Wyraźnie było widać delfiny wyskakujące z wody, surfujące na falach, czasami naraz po 2-3 delfiny w powietrzu. Wspaniały moment i podobno nie tak rzadki – morze obok Punakaiki jest bogate w pożywienie dla delfinów.

Zadowoleni po oglądaniu delfinów w Punakaiki 🙂

Następnym szybkim przystankiem był.. cmentarz w Charleston! Pomyśleliśmy że odwiedzenie cmentarza w miejscowości która kiedyś była małą metropolią a dziś jest opuszczona, jest dobrym pomysłem. Na cmentarzu było kilka ciekawych nagrobków. Znalazłem cztery groby młodych ludzi, przybyłych głównie ze Szkocji i Anglii, którzy zmarli w wypadkach związanych z wydobywaniem złota. Sama miejscowość wygląda na malutką, przejechaliśmy przez nią w 15 sekund. Trudno uwierzyć że kiedyś było tu 94 hoteli, a miasto było nawet w pewnym momencie zasugerowane jako stolica Nowej Zelandii!

Jeden z grobów w Charleston. Najnowszy nagrobek tutaj był z lat 1930. Niech spoczywają w pokoju

Dłuższym przystankiem po cmentarzu w Charleston był Westport. Jako druga największa miejscowość na zachodnim wybrzeżu po Greymouth, Westport jest dzisiaj ważnym ośrodkiem. Odwiedziliśmy tutaj kawiarnię w centrum, a także falochron obok portu. Port tutaj jest obecnie najbezpieczniejszy i największy na zachodnim wybrzeżu. Byliśmy też w dzielnicy w której wychowała się babcia Sary, od strony Jill, Sary Mamy. Babcia Sary mieszkała tu do jej dwunastego roku życia. Jej rodzice przybyli tutaj z Lyttleton, gdzie rodzina mieszkała wcześniej. Gdy Babcia Sary miała 12 lat, przenieśli się w okolice Wellington.

Westport, koncert muzyki country. Publiczność: 7 osób. Grali fajnie 🙂

Po opuszczeniu Westport zostawiliśmy klimatyczne zachodnie wybrzeże za plecami i przez 200 km gór i buszu przejechaliśmy do regionu Nelson, nad zatokę Tasmana. Ten piękny region będzie naszym domem na następne cztery dni. Jest tutaj zupełnie inny klimat niż na zachodnim wybrzeżu lub w Wellington, o wiele cieplej i często piękna pogoda. Region słynie z produkcji piwa i wina, więc jestem pewien że nudzić się nie będziemy. 🙂

Do usłyszenia niedługo i jak zwykle dzięki za uwagę! Komentarze są zawsze mile widziane, więc jeśli chcesz zostawić komentarz, proszę użyj formularza pod postem. 🙂

Przemek

Christchurch i Akaroa

W środę wieczorem dojechaliśmy do Christchurch. Było już dość późno, więc nie wjeżdżaliśmy do centrum – zamiast tego udaliśmy się do browaru rzemieślniczego Laboratory na obrzeżach miasta, w Rolleston. Piwa były bardzo dobre, a pizza jeszcze lepsza. W Christchurch zatrzymaliśmy się na 3 noce u przyjaciółki rodziny Sary, Margo, która mieszka w Rolleston. Środowy wieczór upłynął na rozmowach o naszych podróżach, a także trzęsieniach ziemi które zniszczyły znaczną część centrum Christchurch w latach 2010 – 2012. Niestety 185 osób straciło życie, a zniszczenia były tak rozległe, że do dzisiaj wyraźnie widać skutki, o czym więcej napiszę nieco niżej.

W czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę na malowniczy półwysep Banks i nad zatokę Akaroa. Półwysep jest pozostałością olbrzymiego wulkanu. Zatoka Akaroa wypełnia krater, który w trakcie dramatycznej erupcji został wypełniony wodą morską. Granie pasm górskich na półwyspie to obręcz starożytnego krateru wulkanu. Pogoda była wyśmienita, co było świetne ze względu na zaplanowany rejs po zatoce.

Zatoka Akaroa

Po drodze do Akaroa zatrzymaliśmy się przy jeziorze Ellesmere i mierzeji oddzielającej go od oceanu, w miejscu o nazwie Birdlings Flat. Ten bardzo suchy półwysep jest domem dla jednego z dwóch jadowitych pająków w Nowej Zelandii – Katipo. Na szczęście pająki Katipo są rzadkie. Żeby ich uniknąć należy nie chodzić po krzakach przy plaży (na otwarty piasek lub kamienie Katipo się raczej nie zapuszczają).

Na mierzeji przy jeziorze Ellesmere, bardzo suche miejsce, praktycznie pustynia

Droga do Akaroa była bardzo ciekawa. Wysoka przełęcz otworzyła dostęp do zatoki schowanej w centrum półwyspu. Wysokie wzgórza otaczają port i miasto. Co ciekawe, Akaroa rozpoczęła jako francuskie osiedle w Nowej Zelandii. Francuzi mieli ambicje skolonizować te wyspy i dołączyć je do imperium francuskiego (lub przynajmniej wyspę południową). Historia inaczej się potoczyła i francuscy osadnicy dotarli do Akaroa zaledwie kilka tygodni po Brytyjczykach, którzy zdążyli już wywiesić tu flagę. Brytyjczycy jednak pozwolili kolonistom założyć osiedle. Do dzisiaj widać i słychać francuskie wpływy w Akaroa.

Port w Akaroa

Po krótkim spacerze i porannej kawie, wsiedliśmy na pokład statku firmy Akaroa Dolphins. Wybieraliśmy się na rejs mający na celu znalezienie delfinów hector i małych niebieskich pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Nasza łajba

Zatoka jest idealnym miejscem na wycieczki przyrodnicze. W cenie biletu dostaliśmy po piwku lub szklance wina, i ruszyliśmy w drogę.

Zadowolony z piwkiem w ręku

Bardzo szybko trafiliśmy na pierwsze delfiny, których w okolicy mieszka aż ponad 1000 (w lecie). Miejsca na dziobie łodzi zapewniały nam bliski kontakt z delfinami i dały okazję zrobienia im wielu dobrych zdjęć. Rejs był fantastyczny, ponieważ znaleźliśmy też najmniejsze na świecie pingwiny (40-45 cm długości), występujące w Nowej Zelandii i południowej Australii. Były też foki, południowe jastrzębie, oraz świetne widoki na wzgórza i klify, a także fajny komentarz od skippera.

Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Klify wzdłuż zatoki Akaroa

W drodze powrotnej z Akaroa odwiedziliśmy Lyttleton. Ten pięknie położony port i wioska rybacka była ważnym miejscem w historii regionu Canterbury. To tutaj przybyło większość osadników, którzy założyli Christchurch, stolicę regionu. Tutaj przybiły do brzegu pierwsze cztery statki wyprawy kolonizacyjnej wysłanej do tej części wyspy południowej w roku 1850 przez Imperium Brytyjskie. Ludzie Ci byli znani jako „Canterbury Pilgrims”. Kolonizacja była kontynuowana i latach 1860 – 1870 na jednym ze statków, Salisbury, przybyli do Lyttleton przodkowie Sary od strony jej Mamy.

Lyttleton

Piątek przeznaczyliśmy na zapoznanie się z centrum miasta. Wczesnym rankiem jednakże, wybrałem się do centrum antarktycznego, znajdującego się zaraz obok lotniska. Christchurch jest miejscem z którego zaopatrywana jest największa baza na Antarktydzie – McMurdo, a także nowozelandzka baza Scott. Amerykanie, do których należy McMurdo, mają umowę z Nową Zelandią i używają Christchurch jako bazy zaopatrzeniowej dla swej bazy. Znajduje się tutaj wielki magazyn sprzętu (w McMurdo w lecie mieszka do 1200 osób!), oraz samoloty C-130 Hercules i C-17 Globemaster III. Ten drugi to największy samolot latający na Antarktydę. Lot Globemaster’em z Christchurch do McMurdo trwa tylko 5 godzin.

Turystyczna atrakcja związana z Antarktydą jest więc bardzo na miejscu w Christchurch. Wizyta była bardzo udana, muzeum oferuje dobrą równowagę pomiędzy przekazywaniem informacji w tradycyjny sposób i interaktywnymi atrakcjami. Poza dowiedzeniem się wiele na temat geografii, geologii, badań naukowych i życia na Antarktydzie, miałem okazję z bliska zapoznać się z psami husky (ze schroniska dla bezdomnych psów), zobaczyć karmienie szesnastu przyjaznych pingwinów (również wszystkie uratowane), a także przejechać się pojazdem Hägglund i zakosztować symulacji antarktycznego sztormu. Zwłaszcza przejazd pojazdem Hägglund po torze przeszkód był bardzo ciekawy – te pojazdy potrafią przejechać nawet ponad szczelinami lodowcowymi o szerokości 1.5 metra, wyjechać po 45° zboczu, a także poruszać się na powierzchni wody (jako amfibia). Bilet kosztuje sporo ($60), ale w Internecie można łatwo znaleźć kupony dające do 45% zniżki i warto się wybrać jeśli Cię kręci ten temat.

Pojazd Hägglund w barwach Kiwi
Małe niebieskie pingwiny

Popołudniu zwiedziliśmy centrum Christchurch. Zaczęliśmy od muzeum regionu Canterbury, gdzie było kilka kompletnych szkieletów Moa. Te niestety już wymarłe ptaki występowały tylko tutaj. Moa były największymi lądowymi zwierzętami w Nowej Zelandii. Niestety zostały wybite przez Māori jeszcze przed przybyciem Europejczyków do Nowej Zelandii, ze względu na ich oczywistą przydatność jako źródło pożywienia.

Szkielety wymarłego Moa

Zaraz obok muzeum znajduje się piękny budynek, w którym niegdyś znajdował się między innymi Uniwersytet Canterbury – jeden z najstarszych w NZ. Dzisiaj jest tutaj Centrum Sztuki, a uniwersytet ma nowe budynki. Budynek ucierpiał w trzęsieniach ziemi w lutym 2011, a także w czerwcu 2011. Wieża obserwatorium się zawaliła, a kilka innych ścian i wież popękało. Budynek ma duże znaczenie historyczne dla miasta, więc jest w trakcie restoracji. Wieża obserwatorium ma być odbudowana głównie z tych samych materiałów i oddana do użytku w 2021 roku. Piękny witraż w głównej hali już odrestaurowano.

Centrum sztuki w Christchurch, były budynek Uniwersytetu Canterbury
Zabezpieczenia w ramach napraw po trzęsieniu ziemi

Dalszy spacer po mieście w pełni odsłonił dewastację jaką trzęsienia ziemi w 2011 roku spowodowały. W centrum miasta główna katedra leży w ruinach. W jej odsłoniętej głównej nawie dzisiaj mieszkają gołębie. Cały obszar wokół katedry jest odgrodzony. Niedawno podjęto decyzję o odbudowaniu katedry i zebrano na to środki. Potrwa to jednak wiele lat, prawdopodobnie conajmniej 10-20 lat. Niedaleko stąd otwarto „kartonową katedrę”, wg projektu japońskiego architekta. Ta lekka konstrukcja z belek zrobionych ze sprasowanej tektury ma służyć dopóki główna katedra nie zostanie odbudowana. Imponująca zastępcza katedra niestety nie jest bez wad, i nie są władze miasta pewne ile wytrzyma.

Zniszczona katedra
„Kartonowa” katedra

W pobliżu katedry są dwa bardzo poruszające pomniki upamiętniające tragedię trzęsień ziemi. W jednym miejscu 185 pustych białych krzeseł upamiętnia 185 ludzi którzy stracili życie. Niedaleko stamtąd jest plac i pomnik w miejscu gdzie stał budynek CTV, który się kompletnie zawalił, składając jak akordeon i odbierając życie 115 osobom.

Puste krzesła, symbolizujące 185 osób które straciły życie

Wybraliśmy się też nad rzekę Avon po drugiej stronie centrum. Idąc tam przeszliśmy obok kompletnie nowych budynków. Centrum miasta poza kilkoma budynkami zostało całkowicie rozebrane wskutek dużych zniszczeń i jest odbudowywane wg nowych planów. Budynki które się nie zawaliły, i tak musiały zostać rozebrane. Wskutek trzęsień ziemi, Christchurch spadło na trzecie miejsce na liście największych miast NZ, pod kątem populacji, wyprzedzone przez Wellington. To głównie dlatego że ludzie przenieśli się do miasteczek i wiosek na obrzeżach i opuścili dzielnice blisko centrum, które ucierpiały najbardziej. Nad rzeką doszliśmy do ostatniego poruszającego pomnika – listy imion osób które straciły życie.

Niedawno otwarty pomnik ku pamięci ofiar trzęsienia ziemi

Co dość niesamowite, przypadkiem byliśmy w centrum Christchurch dokładnie w 8 rocznicę lutego trzęsienia – 22 lutego. Miasto obecnie jest nietypowym miejscem do odwiedzenia. Bardzo poruszające, ale też budujące – dobrze widzieć siłę mieszkańców, którzy odbudowują miasto. Ciekawie będzie wrócić za 10 lat i zobaczyć dokończoną nową wersję miasta, wypełnioną również uratowanymi historycznymi budynkami tam gdzie to było możliwe, lub miało sens.

Kwiaty włożone w stożek do kontroli ruchu, nieoficjalny symbol szacunku dla ofiar trzęsienia

W sobotę ruszaliśmy dalej w drogę, na południe, i wgłąb kraju. Przed nami góry, Alpy Nowozelandzkie. 🙂

Dzięki za czytanie dla wszystkich którzy ciągle śledzą! Poślijcie linka znajomym jeżeli Wam się dobrze czyta 🙂

Przemek

Marlborough Sounds i Kaikoura

Wczesnym rankiem we wtorek wyruszyliśmy z Tawa, żeby złapać prom o 8:00 z Wellington do Picton. Korki wokół Wellington już od 7:00 są dość spore, więc chcieliśmy być w drodze najpóźniej o 6:40. Udało się ominąć większość korków, i mieliśmy czas żeby przyglądnąć się miastu z molo, czekając na wjazd na pokład.

Centrum Wellington
Okrągły budynek „Beehive”, parlament Nowej Zelandii

Zarezerwowaliśmy prom z firmą Bluebridge, która używa przystani w samym centrum. Widoki na miasto z górnego pokładu widokowego były wyśmienite. Prom był ogromny, jeden z największych na jakich miałem okazję być. Tata Sary skomentował że promy używane w Nowej Zelandii głównie pochodzą z Europy, podobnych używa się na morzu śródziemnym.

Wypływamy z portu. Rozmiar promu robił wrażenie

Wypływając z portu mieliśmy świetne widoki na miasto, jej również lotnisko i dolinę Hutt.

Po drodze rozmawialiśmy o tragedii promu Wahine w 1968 roku, największej tragedii morskiej w historii Nowej Zelandii. W trakcie strasznego sztormu, 53 ludzi straciło życie. Mama Sary była wtedy dzieckiem, ale pamięta że wtedy drzewa tak się wyginały na wietrze że dotykały ziemi koronami, a wiatr podrywał ją z nóg w trakcie drogi do domu ze szkoły, którą zamknięto w trakcie sztormu. Na szczęście mama trzymała ją za rękę. W dniu tej tragedii, wiatr w Wellington przekraczał prędkość 250 km/h.

Widok na zatokę Wellington Harbour i dolinę Hutt

Cały rejs spędziliśmy na górnym pokładzie widokowym. Poza oczywistą zaletą widoków, bycie na górnym pokładzie ułatwia poradzenie sobie z nudnościami. Cieśnina Cooka, która oddziela wyspę południową od północnej, jest stosunkowo wąska i morze jest zwykle bardzo niespokojne. Wiatry z Antarktydy przeciskają się tędy, powodując wielkie fale.

Wybrzeże na zachód od Wellington

Na szczęście nasz rejs był dość spokojny jak na tutejsze standardy, ale i tak ten wielki prom wyraźnie się kołysał a wiatr po prawej stronie był mocny, więc przenieśliśmy się na lewą, gdzie było o wiele spokojniej. Przy silniejszych wiatrach trzeba prawdopodobnie schować się na niższych pokładach.

Najlepsze widoki rozpoczęły się gdy wpłynęliśmy do Marlborough Straits. Wiatr ucichł i rozpoczął się spektakl. Północny czubek południowej wyspy składa się z wielu wysp i półwyspów o zakręconych liniach brzegowych.

Wpływamy do Marlborough Straits
Duży prom w wąskiej cieśninie

Prom przeciska się między kawałkami lądu, wąskimi przesmykami. Momentami ma się wrażenie bycia na jeziorze, zdala od morza. Coraz wyższe góry nas otaczały w trakcie zbliżania się do Picton. Widzieliśmy również duże statki rejsowe, które prawdopodobnie przybyły tu z Australii. Przez cieśniny płynęło się ponad godzinę, więc nawet zanim postawiłem stopę na wyspie południowej, byłem już pod dużym wrażeniem piękna tutejszych krajobrazów.

Zbliżamy się do Picton
Picton. W porcie duży statek rejsowy

Naszym celem we wtorek było miasteczko i wybrzeże Kaikoura, ale po wylądowaniu w Picton mieliśmy również w planach lepiej zapoznać się z Marlborough Sounds. Wybraliśmy się na trasę „Snout Track”, prowadzącą z obrzeży Picton na czubek półwyspu Snout. Droga do parkingu przy początku trasy była zamknięta ze względu na zagrożenie pożarowe, ale na szczęście trasa była otwarta (musieliśmy zacząć kawałek niżej). Niedaleko na zachód, w pobliżu Nelson, już od kilku tygodni buszują spore pożary. Na szczęście sytuacja jest pod kontrolą i nikt jeszcze nie ucierpiał, ale kilka budynków nie uchroniło się przed płomieniami. Będziemy w Nelson za tydzień, więc mamy nadzieję że sytuacja będzie już w pełni opanowana.

Na trasie Snout Track

Dzień był bardzo gorący (31°C) a trasa odsłonięta, więc doszliśmy tylko do najwyższego punktu, Queen Charlotte’s View, mniej więcej w połowie drogi, bez schodzenia na czubek półwyspu. Widoki były wspaniałe, zarówno z tego miejsca jak i po drodze.

Widok z Queen Charlotte’s view

Przy lunchu towarzyszyło nam kilka ptaków Bellbird. Ich piękny śpiew został mi w pamięci. W dodatku w drodze powrotnej trafiliśmy na nielotnego ptaka Weka, który wygląda trochę jak skrzyżowanie kiwi i dzikiego kurczaka z buszu. 🙂 Stosunkowo ufny i ciekawski ptak, podszedł do nas bardzo blisko.

Weka

Po drodze na wybrzeże Kaikoura, przejechaliśmy przez Blenheim i region winiarski Marlborough. Pochodzi stąd wiele białych nowozelandzkich win słynnych w Europie, np. Villa Maria i Oyster bay. Jednakże moja i Taty Sary miłość do piwa sprawiła, że zatrzymaliśmy się w lokalnym browarze Renaissance w Blenheim, zamiast winiarni. Nowa Zelandia słynie również z chmielu i piwa. Marlborough wyglądało na bardzo suche, spalone Słońcem miejsce. Blenheim chwali się byciem najbardziej słonecznym miejscem w kraju. Idealne do hodowania winogron, ale w tym roku chyba mają tu za mało deszczu.

W trakcie zbliżania się do Kaikoura nasza rozmowa nieuchronnie zeszła na temat trzęsienia ziemi w 2016 roku. To bardzo duże trzęsienie o sile 7.8 w skali Richtera zniszczyło drogę stanową nr 1 po której właśnie podróżowaliśmy, jak również linię kolejową biegnąca wzdłuż niej.

Na drodze nr 1 na północ od Kaikoura

Od 14 listopada 2016 do grudnia 2017 droga była całkowicie zamknięta. Obecnie, w lutym 2019, ciągle jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia żeby drogę i tory odpowiednio zabezpieczyć z dwóch stron: stromych zboczy na zachodzie, i oceanu na wschodzie. Ekipy robotników pracują cały czas i w wielu miejscach obowiązuje ruch wahadłowy w zależności od potrzeb planu robót. Wszędzie wzdłuż drogi na zboczach widać wielkie osuwiska spowodowane trzęsieniem, a w niektórych miejscach stare nieczynne tunele i fragmenty drogi – jak często w Nowej Zelandii, człowiek nabiera nowego szacunku do siły natury.

Wielkie osuwisko spowodowane trzęsieniem ziemi. Kontenery zabezpieczają drogę przed spadającymi kamieniami
Osuwiska wzdłuż drogi i skały wypiętrzone wskutek trzęsienia

Natura jednak idzie swoim torem, a trzęsienia ziemi są dla naszej planety normalne. Futrzane foki, które zawsze odwiedzały konkretne miejsca na tym wybrzeżu, wróciły w te same miejsca, mimo iż linia brzegowa się zmieniła wskutek wypiętrzenia lądu, w niektórych miejscach pojawił się nowy ląd o wysokości aż do 2 metrów. Wszędzie było widać skały o dziwnym, białym kolorze, które niedawno były stale pod powierzchnią morza, a teraz wystają ponad poziom wody nawet w trakcie przypływu. Na odbudowanej drodze jest fajne miejsce na postój, o nazwie Ohau, skąd można przyglądnąć się fokom, których tutaj są setki.

Foki wygrzewają się na Słońcu
Młode foki zwiedzają plażę

Kaikoura jest bardzo pięknie położona. Miasteczko jest nad oceanem, ale również blisko pasma górskiego o wysokościach dochodzących do 2600 m. Z plaży widać wierzchołki tych malowniczych gór. Musi tu być szczególnie pięknie w zimie, gdy zbocza są przykryte śniegiem.

Plaża w Kaikoura

Po szybkich odwiedzinach na plaży udaliśmy się na „fish and chips”. Kaikoura słynie z tego prostego i wyśmienitego dania, i „ryba z frytkami” naprawdę nie zawiodła – świeża ryba prosto z morza, była bardzo smaczna, a frytki chrupiące.

Główna ulica w Kaikoura

Wieczorem mieliśmy mały dramat z kwaterą, wskutek pomyłki właściciela który podwójnie zarezerwował miejsce dla nas i kogoś innego. Na szczęście u znajomych załatwił nam szybko inne miejsce, o wiele lepszym standardzie. Piękne widoki na góry z zastępczej kwatery były niezastąpione, i mieliśmy nawet jacuzzi w łazience. Czasami przypadek wyglądający na nieszczęście, okazuje się być błogosławieństwem. Nasz niedoszły gospodarz rozwiązał sprawę bardzo elegancko.

Kwatera zastępcza 🙂
Zachód Słońca oglądaliśmy z plaży południowej w Kaikoura
Wschód Słońca oglądaliśmy z zastępczej kwatery 🙂

Następnego dnia spakowaliśmy się wcześnie i wybraliśmy do podnóża gór aby przejść się po nietypowym lesie Hinau. Krótka trasa nie miała dobrych widoków, ale drzewa hinau oraz towarzyszące nam ptaki fantail były bardzo fajne. Zapoznałem się też przy okazji z punktem wypadowym, z którego można ruszyć w wyższe okoliczne góry, wliczając najwyższy szczyt masywu o wysokości ponad 2600 m, który wymaga umiejętności alpinistycznych. Niższy, Mt Fyffe o wysokości około 1600 m, można zdobyć w jeden dzień bez liny. Wyżej w górach, są tu też schroniska (lub chatki / schrony).

Najlepszy widok z trasy w lesie Hinau 🙂

Po zjechaniu do miasteczka spróbowałem kolejnego słynnego lokalnego przysmaku – omletu z małych rybek „Whitebait”. Te rybki są bardzo małe, więc do jednego omletu z dwóch jajek dodaje się kilkanaście, lub więcej, rybek. Omlet smakuje delikatnie, ale bardzo przyjemnie. Serwują go zwykle między dwiema kromkami chleba tostowego.

Kanapka z omletem z rybkami Whitebait

Ostatnią rzeczą którą zrobiliśmy w Kaikoura, był spacer po półwyspie na wschód od miasteczka. Jest tutaj wielka skalna półka, zalewana przez przypływ, dzięki czemu w trakcie odpływu można tutaj w wielu małych kałużach i stawkach znaleźć mnóstwo morskich istot. Krewetki, małże, kraby, małe rybki, podwodne ślimaki. Także foki lubią się tutaj wygrzewać na skałach w trakcie odpływu.

Małże. Nóż potrzebny żeby je od skały odkleić.

Gorąco polecam spacer tutaj, na południe do punktu widokowego Kean, w trakcie odpływu.

Punkt widokowy Kean, półwysep w Kaikoura

Czas nadszedł żeby ruszyć dalej, do Christchurch. Do usłyszenia niedługo 🙂

Przemek

W drodze do Whanganui

W piątek rano wypełniliśmy samochód ekwipunkiem i jedzeniem, i wyruszyliśmy w podróż po wyspie północnej. Droga krajowa nr 1 prowadzącą przez Porirua na północ jest malowniczo położona, zwłaszcza odcinek w pobliżu Paekakariki. Wciśnięta między morze i strome wzgórza, droga jest równie piękna jak i niebezpieczna. Nawet niewielkie trzęsienie ziemi lub sztorm może odciąć ten ważny odcinek i zablokować jedną z tylko dwóch głównych dróg prowadzących do Wellington. Jeśli druga droga przez Hutt Valley również zostałaby zablokowana, miasto byłoby odcięte. Z tego powodu właśnie budują nową drogę dużo wyżej, przez wzgórza – nazywają ją Transmission Gully.

Zatrzymaliśmy się na chwilę kawałek za zatoką Pukerua, żeby przyglądnąć się wyspie Kapiti. Ta gęsto pokrywa buszem wyspa jest rezerwatem przyrody i sanktuarium ptaków.

Zatoka Pukerua, w tle wyspa Kapiti

Dwadzieścia minut dalej stamtąd zatrzymaliśmy się w browarze Tuatara, w miasteczku Paraparaumu. Nowozelandzki chmiel jest jednym z moich ulubionych – a oba piwa których spróbowaliśmy były świetne. Oczywiście, kupiłem też koszulkę i sześciopak na później. 🙂

Tuatara to starożytny gatunek jaszczurki występujący tylko w Nowej Zelandii. A także nazwa dobrego browaru.

Dalej na północ, teren się wypłaszcza, wybrzeże rozszerza, góry oddalają się na wschód i pojawiają się farmy oraz żółte wzgórza. Droga opuszcza wybrzeże i prowadzi kilka kilometrów wgłąb lądu. Przez długi czas ciągle widać wyższe góry po prawej stronie. Najpierw masyw Tararua, później Ruahine. W obu masywach znajduje się kilkanaście schronisk, między którymi prowadzą liczne szlaki. Żółte wzgórza na pierwszym planie najbardziej zapadają w pamięć.

Typowy krajobraz północnej wyspy

Krótka przerwa na zakupy w Otaki zaowocowała nabyciem nowej koszulki z wełny merino firmy Icebreaker. Nowa Zelandia słynie z wełny merino, a Icebreaker to producent wysokiej jakości sprzętu górskiego. Dalsza droga prowadziła przez Foxton, miasteczko oryginalnie zamieszkane przez holenderskich kolonistów, co wyjaśnia obecność młynu-wiatraka. Kolejnym ciekawym miejscem było Bulls, miasteczko słynące ze słabych żartów. Policja nazywa się tutaj „Constabull”, zamiast „Constable”, a reklamy domów na sprzedaż ogłaszają że nieruchomość jest „affordabull” zamiast „affordable”.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Whanganui, miasta przy ujściu słynnej rzeki o tej samej nazwie. W górę rzeki znajduje się park narodowy Whanganui, w którym będziemy za kilka dni. Rzeka od wieków była ważna dla Maorysów, którzy wzdłuż niej żyli i mieszkali. W mieście, przy ujściu, rzeka osiąga imponująca szerokość.

Rzeka i miasto Whanganui. Miejsce to było zamieszkane przez Maori od wieków.

Robiło się późno, więc zwiedzanie miasta i okolic zostaliśmy na później, i udaliśmy się na farmę w lesie Lismore, na której spędzimy dwie następne noce. To urocze miejsce zarezerwowane przez AirBnB kosztowało nas jedyne $3.5 na osobę za noc.

Nasza farma
Namiot rozbity

Namiot rozbiliśmy szybko, po czym zapoznaliśmy się z naszymi współlokatorami: 3 gęsi, około 12 kaczek, trochę kur i 7 owiec w zagrodzie. Po chwili dotarli nasi znajomi, którzy musieli pracować dzisiaj zanim mogli wyruszyć z Wellington, żeby dołączyć do nas na weekend pod namiotami w Whanganui. Siedzieliśmy do późna w szopie przerobionej na kuchnię z salonem, jedząc kolację, rozmawiając i testując wcześniej zakupiony sześciopak.

Jutro plażowanie i odwiedzenie miasta Whanganui. Musimy też nakarmić kaczki rano. 🙂

Do usłyszenia,

Przemek

Okolice Wellington

Od poniedziałku jesteśmy w miasteczku Tawa, 15 minut samochodem od centrum Wellington i zwiedzamy okolicę. W przerwach, Sara trochę musi popracować zdalnie, więc ja w międzyczasie przeglądam książki wybrane z biblioteki rodziców Sary, ucząc się wiele na temat kultury i historii tego pasjonującego kraju.

Wtorek był słoneczny, więc wybraliśmy się na najbliższą plażę, do Titahi Bay.

Plaża w Titahi Bay

Z Tawa jedzie się 15 minut, na północ od miasta Porirua. Ta piękna zatoka, która otwiera się na morze Tasmana, może poszczycić się fantastyczną plażą. W odróżnieniu od osłoniętych zatok nad którymi są ulokowane miasta Wellington i Porirua, Titahi Bay jest wystawione na wiatry, zwłaszcza zachodni i północny. Mocny wiatr w Nowej Zelandii, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, zwykle wieje z południa, przynosząc zimne powietrze znad Antarktyki. Dzisiaj jednak wiał ciepły wiatr z północy, który skusił na plażę surferów oraz kitesurferów.

Kitesurfing, w oddali wyspa Mana

Przeszliśmy wzdłuż plaży ciesząc się idyllą małych domków, służących za prywatne magazyny sprzętu do plażowania.

Domki plażowe i mewy

Po drugiej stronie wyszliśmy na klify, z których otworzyły się piękne widoki na zatokę i dalej na północ. Granie cykad wypełniało uszy.

Zachodnie wybrzeże na północ od Porirua

Muszę przyznać że zazdroszczę trochę mojej Sarze wychowania się z miejscu które jest 15 minut od takiej plaży, równocześnie będąc 15 minut od centrum stolicy kraju.

Wracając z plaży, przeszliśmy po nowej ścieżce spacerowej zbudowanej tutaj przez burmistrza Porirua. Ścieżka prowadziła przez typową nadmorską roślinność, a także zawierała maoryskie drewniane rzeźby wielkich odkrywców Nowej Zelandii. Dwóch Maorysów, Kupe i Te Rangihaeata, oraz dwóch ludzi z zachodu: Abel Tasman i Kapitan Cook.

Len, jeden z pierwszych produktów eksportowych Nowej Zelandii
Maoryska rzeźba „po” przedstawiająca Kapitana Cooka

W środę dzień był bardziej pochmurny, więc wybraliśmy się do buszu. 🙂 W Nowej Zelandii na las mówią „busz”, a na piesze wycieczki po lasach czasami mówią „bushwalk”. Pierwszy kontakt z nowozelandzkim buszem zrobił na mnie wspaniałe wrażenie.

„Busz” w parku krajobrazowym Kaitoke
Most linowy nad rzeką Hutt
Rzeka Hutt

Wybraliśmy się do Kaitoke Regional Park, które pochwalić się może nie tylko piękną naturą, ale też jest miejscem które we Władcy Pierścieni służyło za Rivendell. Co ciekawe po drodze do tegoż parku z Tawa, przez Lower i Upper Hutt, widzieliśmy również kamieniołom który służył za Helm’s Deep! Bogactwo miejscówek w okolicy, w których kręcono Władcę Pierścieni, można wytłumaczyć faktem że w Wellington znajduje się główne studio filmowe w którym działał Peter Jackson i jego ekipa.

Powitanie w Rivendell
Brama Rivendell

Wracając do natury, widzieliśmy drzewa Rimu, z których kiedyś budowano większość domów w Nowej Zelandii, a teraz są chronione, Kereru, ptak który wygląda jak tropikalny gołąb, Kowhai, intrygująco wyglądający krzew dający piękne kwiaty (występuje tylko w Nowej Zelandii), oraz Panga, jedna z klasycznych dużych nowozelandzkich paproci.

Kowhai
Koru
Paprocie Panga i drzewo Rimu

Bliźniaczy gatunek „silver fern” czyli „srebra paproć” jest symbolem kraju i występuje na wielu koszulkach, w herbach klubów sportowych, instytucji, a nawet kilka lat temu prawie został dodany do flagi narodowej, ale w referendum postanowiono zostać przy obecnej fladze (mi osobiście bardzo podoba się proponowana flaga z paprocią).

Proponowana flaga Nowej Zelandii

W środę był również Waitangi Day, święto narodowe upamiętniające rocznicę podpisania traktatu Waitangi między szefami klanów Maori i reprezentantami brytyjskiej korony w roku 1840. Podział terenu i „sprzedaż” ziem nie była idealnym rozwiązaniem, i nie obyło się bez wojen między tymi dwiema stronami w latach 1860-tych, ale ten moment jest początkiem nowożytnej historii kraju i obecnie jest dniem świętowania przyjaźni i jedności tych i innych grup etnicznych w Nowej Zelandii. W ramach obchodów wybraliśmy się na koncert do Porirua. Muzyka była nowoczesna (gitary, perkusja) ale z rytmicznymi źródłami w tradycyjnej muzyce maoryskiej.

Google również świętowało dzień Waitangi

Maoryskie wzory dekorujące „waka” czyli tradycyjny kajak

Wieczorem się wypogodziło co pozwoliło nam się wybrać na wzgórze Victoria na południe od miasta. Samochodem można wjechać na sam szczyt, po drodze podziwiając przedsiębiorczość mieszkańców tych wysp i ich niewątpliwą umiejętność budowania domów na bardzo stromym terenie! Całe wzgórze jest pokryte domami i przypomina miasteczka na wzgórzach południowej Francji lub północnych Włoch. Widoki ze szczytu są fantastyczne, widać całe Wellington.

Nocny widok na Wellington ze wzgórza Victoria

Wspaniale jest obcować z lokalną przyrodą, kulturą, historią i tradycją. Jutro wybieramy się na dłuższą trasę po okolicznych wzgórzach a w piątek ruszamy na północ. 🙂 Jeśli czekacie na relację z centrum miasta Wellington, proszę o cierpliwość, porządne zwiedzanie centrum i wizytę w słynnym muzeum Te Papa odkładamy na ostatni tydzień.

Jeśli jeszcze nie śledzisz bloga, proszę o zapisanie się. Równocześnie proszę o komentarze i uwagi. Do następnego posta,

Przemek