Christchurch i Akaroa

W środę wieczorem dojechaliśmy do Christchurch. Było już dość późno, więc nie wjeżdżaliśmy do centrum – zamiast tego udaliśmy się do browaru rzemieślniczego Laboratory na obrzeżach miasta, w Rolleston. Piwa były bardzo dobre, a pizza jeszcze lepsza. W Christchurch zatrzymaliśmy się na 3 noce u przyjaciółki rodziny Sary, Margo, która mieszka w Rolleston. Środowy wieczór upłynął na rozmowach o naszych podróżach, a także trzęsieniach ziemi które zniszczyły znaczną część centrum Christchurch w latach 2010 – 2012. Niestety 185 osób straciło życie, a zniszczenia były tak rozległe, że do dzisiaj wyraźnie widać skutki, o czym więcej napiszę nieco niżej.

W czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę na malowniczy półwysep Banks i nad zatokę Akaroa. Półwysep jest pozostałością olbrzymiego wulkanu. Zatoka Akaroa wypełnia krater, który w trakcie dramatycznej erupcji został wypełniony wodą morską. Granie pasm górskich na półwyspie to obręcz starożytnego krateru wulkanu. Pogoda była wyśmienita, co było świetne ze względu na zaplanowany rejs po zatoce.

Zatoka Akaroa

Po drodze do Akaroa zatrzymaliśmy się przy jeziorze Ellesmere i mierzeji oddzielającej go od oceanu, w miejscu o nazwie Birdlings Flat. Ten bardzo suchy półwysep jest domem dla jednego z dwóch jadowitych pająków w Nowej Zelandii – Katipo. Na szczęście pająki Katipo są rzadkie. Żeby ich uniknąć należy nie chodzić po krzakach przy plaży (na otwarty piasek lub kamienie Katipo się raczej nie zapuszczają).

Na mierzeji przy jeziorze Ellesmere, bardzo suche miejsce, praktycznie pustynia

Droga do Akaroa była bardzo ciekawa. Wysoka przełęcz otworzyła dostęp do zatoki schowanej w centrum półwyspu. Wysokie wzgórza otaczają port i miasto. Co ciekawe, Akaroa rozpoczęła jako francuskie osiedle w Nowej Zelandii. Francuzi mieli ambicje skolonizować te wyspy i dołączyć je do imperium francuskiego (lub przynajmniej wyspę południową). Historia inaczej się potoczyła i francuscy osadnicy dotarli do Akaroa zaledwie kilka tygodni po Brytyjczykach, którzy zdążyli już wywiesić tu flagę. Brytyjczycy jednak pozwolili kolonistom założyć osiedle. Do dzisiaj widać i słychać francuskie wpływy w Akaroa.

Port w Akaroa

Po krótkim spacerze i porannej kawie, wsiedliśmy na pokład statku firmy Akaroa Dolphins. Wybieraliśmy się na rejs mający na celu znalezienie delfinów hector i małych niebieskich pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Nasza łajba

Zatoka jest idealnym miejscem na wycieczki przyrodnicze. W cenie biletu dostaliśmy po piwku lub szklance wina, i ruszyliśmy w drogę.

Zadowolony z piwkiem w ręku

Bardzo szybko trafiliśmy na pierwsze delfiny, których w okolicy mieszka aż ponad 1000 (w lecie). Miejsca na dziobie łodzi zapewniały nam bliski kontakt z delfinami i dały okazję zrobienia im wielu dobrych zdjęć. Rejs był fantastyczny, ponieważ znaleźliśmy też najmniejsze na świecie pingwiny (40-45 cm długości), występujące w Nowej Zelandii i południowej Australii. Były też foki, południowe jastrzębie, oraz świetne widoki na wzgórza i klify, a także fajny komentarz od skippera.

Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Klify wzdłuż zatoki Akaroa

W drodze powrotnej z Akaroa odwiedziliśmy Lyttleton. Ten pięknie położony port i wioska rybacka była ważnym miejscem w historii regionu Canterbury. To tutaj przybyło większość osadników, którzy założyli Christchurch, stolicę regionu. Tutaj przybiły do brzegu pierwsze cztery statki wyprawy kolonizacyjnej wysłanej do tej części wyspy południowej w roku 1850 przez Imperium Brytyjskie. Ludzie Ci byli znani jako „Canterbury Pilgrims”. Kolonizacja była kontynuowana i latach 1860 – 1870 na jednym ze statków, Salisbury, przybyli do Lyttleton przodkowie Sary od strony jej Mamy.

Lyttleton

Piątek przeznaczyliśmy na zapoznanie się z centrum miasta. Wczesnym rankiem jednakże, wybrałem się do centrum antarktycznego, znajdującego się zaraz obok lotniska. Christchurch jest miejscem z którego zaopatrywana jest największa baza na Antarktydzie – McMurdo, a także nowozelandzka baza Scott. Amerykanie, do których należy McMurdo, mają umowę z Nową Zelandią i używają Christchurch jako bazy zaopatrzeniowej dla swej bazy. Znajduje się tutaj wielki magazyn sprzętu (w McMurdo w lecie mieszka do 1200 osób!), oraz samoloty C-130 Hercules i C-17 Globemaster III. Ten drugi to największy samolot latający na Antarktydę. Lot Globemaster’em z Christchurch do McMurdo trwa tylko 5 godzin.

Turystyczna atrakcja związana z Antarktydą jest więc bardzo na miejscu w Christchurch. Wizyta była bardzo udana, muzeum oferuje dobrą równowagę pomiędzy przekazywaniem informacji w tradycyjny sposób i interaktywnymi atrakcjami. Poza dowiedzeniem się wiele na temat geografii, geologii, badań naukowych i życia na Antarktydzie, miałem okazję z bliska zapoznać się z psami husky (ze schroniska dla bezdomnych psów), zobaczyć karmienie szesnastu przyjaznych pingwinów (również wszystkie uratowane), a także przejechać się pojazdem Hägglund i zakosztować symulacji antarktycznego sztormu. Zwłaszcza przejazd pojazdem Hägglund po torze przeszkód był bardzo ciekawy – te pojazdy potrafią przejechać nawet ponad szczelinami lodowcowymi o szerokości 1.5 metra, wyjechać po 45° zboczu, a także poruszać się na powierzchni wody (jako amfibia). Bilet kosztuje sporo ($60), ale w Internecie można łatwo znaleźć kupony dające do 45% zniżki i warto się wybrać jeśli Cię kręci ten temat.

Pojazd Hägglund w barwach Kiwi
Małe niebieskie pingwiny

Popołudniu zwiedziliśmy centrum Christchurch. Zaczęliśmy od muzeum regionu Canterbury, gdzie było kilka kompletnych szkieletów Moa. Te niestety już wymarłe ptaki występowały tylko tutaj. Moa były największymi lądowymi zwierzętami w Nowej Zelandii. Niestety zostały wybite przez Māori jeszcze przed przybyciem Europejczyków do Nowej Zelandii, ze względu na ich oczywistą przydatność jako źródło pożywienia.

Szkielety wymarłego Moa

Zaraz obok muzeum znajduje się piękny budynek, w którym niegdyś znajdował się między innymi Uniwersytet Canterbury – jeden z najstarszych w NZ. Dzisiaj jest tutaj Centrum Sztuki, a uniwersytet ma nowe budynki. Budynek ucierpiał w trzęsieniach ziemi w lutym 2011, a także w czerwcu 2011. Wieża obserwatorium się zawaliła, a kilka innych ścian i wież popękało. Budynek ma duże znaczenie historyczne dla miasta, więc jest w trakcie restoracji. Wieża obserwatorium ma być odbudowana głównie z tych samych materiałów i oddana do użytku w 2021 roku. Piękny witraż w głównej hali już odrestaurowano.

Centrum sztuki w Christchurch, były budynek Uniwersytetu Canterbury
Zabezpieczenia w ramach napraw po trzęsieniu ziemi

Dalszy spacer po mieście w pełni odsłonił dewastację jaką trzęsienia ziemi w 2011 roku spowodowały. W centrum miasta główna katedra leży w ruinach. W jej odsłoniętej głównej nawie dzisiaj mieszkają gołębie. Cały obszar wokół katedry jest odgrodzony. Niedawno podjęto decyzję o odbudowaniu katedry i zebrano na to środki. Potrwa to jednak wiele lat, prawdopodobnie conajmniej 10-20 lat. Niedaleko stąd otwarto „kartonową katedrę”, wg projektu japońskiego architekta. Ta lekka konstrukcja z belek zrobionych ze sprasowanej tektury ma służyć dopóki główna katedra nie zostanie odbudowana. Imponująca zastępcza katedra niestety nie jest bez wad, i nie są władze miasta pewne ile wytrzyma.

Zniszczona katedra
„Kartonowa” katedra

W pobliżu katedry są dwa bardzo poruszające pomniki upamiętniające tragedię trzęsień ziemi. W jednym miejscu 185 pustych białych krzeseł upamiętnia 185 ludzi którzy stracili życie. Niedaleko stamtąd jest plac i pomnik w miejscu gdzie stał budynek CTV, który się kompletnie zawalił, składając jak akordeon i odbierając życie 115 osobom.

Puste krzesła, symbolizujące 185 osób które straciły życie

Wybraliśmy się też nad rzekę Avon po drugiej stronie centrum. Idąc tam przeszliśmy obok kompletnie nowych budynków. Centrum miasta poza kilkoma budynkami zostało całkowicie rozebrane wskutek dużych zniszczeń i jest odbudowywane wg nowych planów. Budynki które się nie zawaliły, i tak musiały zostać rozebrane. Wskutek trzęsień ziemi, Christchurch spadło na trzecie miejsce na liście największych miast NZ, pod kątem populacji, wyprzedzone przez Wellington. To głównie dlatego że ludzie przenieśli się do miasteczek i wiosek na obrzeżach i opuścili dzielnice blisko centrum, które ucierpiały najbardziej. Nad rzeką doszliśmy do ostatniego poruszającego pomnika – listy imion osób które straciły życie.

Niedawno otwarty pomnik ku pamięci ofiar trzęsienia ziemi

Co dość niesamowite, przypadkiem byliśmy w centrum Christchurch dokładnie w 8 rocznicę lutego trzęsienia – 22 lutego. Miasto obecnie jest nietypowym miejscem do odwiedzenia. Bardzo poruszające, ale też budujące – dobrze widzieć siłę mieszkańców, którzy odbudowują miasto. Ciekawie będzie wrócić za 10 lat i zobaczyć dokończoną nową wersję miasta, wypełnioną również uratowanymi historycznymi budynkami tam gdzie to było możliwe, lub miało sens.

Kwiaty włożone w stożek do kontroli ruchu, nieoficjalny symbol szacunku dla ofiar trzęsienia

W sobotę ruszaliśmy dalej w drogę, na południe, i wgłąb kraju. Przed nami góry, Alpy Nowozelandzkie. 🙂

Dzięki za czytanie dla wszystkich którzy ciągle śledzą! Poślijcie linka znajomym jeżeli Wam się dobrze czyta 🙂

Przemek

Jezioro Waikaremoana, Te Urewera

Te Urewera i jezioro Waikaremoana to jedne z najbardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej Nowej Zelandii. Już sama podróż nad jezioro samochodem była przygodą. Jadąc na południe z Rotorua, musieliśmy przejechać 70 km drugą szutrową, ale po przejechaniu zaledwie trzech kilometrów w 30-stopniowym upale, samochód nagle zgasł i włączyła nam się awaryjna kontrolka od silnika.

Główna droga przez Te Urewera

Trochę strachu się najedliśmy, ale wierny wóz na szczęście odpalił z powrotem i pomyślnie przejechaliśmy następne 67 km szutru przez busz do naszego pola namiotowego nad jeziorem Waikaremoana. Po dojechaniu na miejsce samochód wyglądał paskudnie, a my potrzebowaliśmy piwo i dobrą kolację na odstresowanie 🙂

Na polu namiotowym

Po drodze widzieliśmy piękny wodospad Mokau, oraz mieliśmy pierwszy kontakt z Te Urewera i mieszkańcami regionu – głównie Māori z plemienia Tūhoe.

Wodospad Mokau

Wioski po drodze były bardzo małe, największa Ruatahuna (stolica regionu i jedyna stacja benzynowa po drodze z północy). Gęstość zaludnienia jest bardzo niska, a ten duży teren przecina tylko jedna droga (szutrowa stanowa 38, którą jechaliśmy). Co ciekawe, teren ten był parkiem narodowym od roku 1954 do roku 2014, ale teraz ma inny status. W świetle prawa Te Urewera uznawana jest za osobę, i posiada samą siebie. Ten status został ustalony po wielu konsultacjach z plemieniem Tūhoe, dla którego Te Urewera to zarówno dom rodzinny jak i „matka natura”.

Pole namiotowe nad jeziorem Waikaremoana było bardzo dobrze wyposażone i pięknie położone, polecam gorąco.

Widok z namiotu, Lake Waikeremoana Holiday Park

My zatrzymaliśmy się na nim głównie temu że znajduje się zaraz obok biura turystycznego plemienia Tūhoe, które organizuje transporty i rezerwację schronisk na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Naszym planem na następne 3 dni było zrobić tą 48 km trasę i w niedzielę wrócić do Wellington. Po zameldowaniu się na polu namiotowym w czwartek, załatwiliśmy wszystkie formalności związane z zostawieniem samochodu, transportem na start trasy w piątek i odbiorem z końca trasy w niedzielę, a także potwierdziliśmy rezerwację schronisk. Dodatkowo, ze względu na uszkodzenie mostu w trakcie zimowego sztormu w sierpniu, kilku-kilometrowy odcinek jest zamknięty, więc musieliśmy zorganizować transport łodzią wokół zamkniętego odcinka w sobotę popołudniu.

Co bardzo fajne, cały ten transport był darmowy, wliczając łódź motorową, co mnie trochę zdziwiło. Mieliśmy okazję porozmawiać z osobą z biura Tūhoe (Tina) na temat prowadzenia logistyki dla turystów i utrzymywania trasy oraz innych atrakcji wokół jeziora. Od kiedy park narodowy przestał istnieć, plemię jest odpowiedzialne za większość rzeczy tutaj, a rząd NZ tylko pomaga. Uważam że Tūhoe z wielką pasją starają się dzielić swoją ziemią i kulturą, ale muszą się prawdopodobnie nieco podszkolić w efektywnym zarządzaniu samej trasy wokół jeziora, która w kilku miejscach była zaniedbana. Z drugiej strony Tina mówiła o tym że to nie ziemia, ale ludzie muszą być zarządzani (chodzi np. o kampanię przeciw śmieceniu) – co jest świetne, ale też martwiące, ponieważ ta piękna trasa przez busz wymaga pracy nad utrzymaniem ścieżki w dobrym stanie. Mam nadzieję że pójdzie Tūhoe dobrze utrzymywanie tego miejsca w taki sposób, żeby turyści szukający kontaktu z przyrodą mogli tu przyjechać i się nim cieszyć. Jest to piękne miejsce i warto je udostępnić wszystkim. W trakcie trasy dowiedzieliśmy się od strażników w schroniskach o wielu kursach które robią, np. kontrolowanie szkodliwych gatunków, więc mam nadzieję że dadzą sobie radę.

Kończąc polityczne dywagacje, a wracając do opisu pięknych trzech dni spędzonych na trasie wokół jeziora Waikaremoana. Po wczesnej pobudce w piątek i nakarmieniu rodziny kaczek, które nam towarzyszyły przy śniadaniu, stawiliśmy się o 8:30 w umówionym miejscu i jeepem zostaliśmy wywiezieni na początek trasy, do Onepoto.

Początek trasy

Nasz pierwszy dzień prowadził najpierw stromo do góry przez busz, a później granią przez najwyższy punkt trasy – szczyt Panekire o wysokości 1185 m. Widoki zapierały dech w piersiach. Jezioro wygląda jak wielki kleks, lub amoeba, z wieloma ramionami, wszędzie otoczone przez busz.

Jezioro Waikeremoana

Ma się uczucie bycia w środku niedostępnej dżungli. Pogoda była wyśmienita i każdy moment, kiedy otwierały się widoki, wydawał się idealnym momentem na postój.

Wyżej na grani, piękne miejsce na drugie śniadanie
Kolejny piękny punkt widokowy
Piękne stare umarłe drzewa na grani

Głównie szliśmy przez busz, który tutaj na wysokości był znacznie inny niż później niżej na poziomie jeziora (które jest na wysokości ok. 580 m). Widzieliśmy wiele ptaków występujących tylko w Nowej Zelandii – Tui, Rifleman, Kereru, Tomtit.

Busz na grani Panekire

Popołudniu zeszliśmy z grani do schroniska Waiapaoa na brzegu jeziora, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Schronisko, a raczej chatka w buszu, nie jest wyposażone w prysznice, więc w ramach kąpieli wskoczyłem do jeziora. Byłem otoczony dziesiątkami czarnych łabędzi, które tutaj nie występują naturalnie, więc są traktowane jako szkodniki. Klimat im jednak pasuje i rozmnażają się bardzo szybko – widzieliśmy dużo młodych łabędzi. Strażnicy parku będą musieli niestety trochę tych łabędzi usunąć żeby ochronić inne gatunki. Ugotowaliśmy pyszne jedzenie na kuchence JetBoil i wcześnie poszliśmy spać. W chatce było też 11 kobiet z jednej grupy, ale na szczęście udało nam się wyspać!

Kolacja godna restauracji 🙂

Zanim ruszyliśmy w drugi dzień, udało nam się również porozmawiać ze strażnikiem chatki. Māori z plemienia Tūhoe, nazywający siebie Bubbles, podzielił się z nami legendami związanymi z jeziorem i opowiedział trochę o sobie. Na jeziorze w konkretnych miejscach żyją tak zwane tāniwha, złe duchy. Nazwa Tūhoe znaczy „ludzie mgły”, ze względu na częstą mgłę nad jeziorem. Rozmawialiśmy też o legendzie stworzenia świata wg Māori, która wymagałaby osobnego wpisu żeby jej oddać szacunek. Co najważniejsze, Bubbles był bardzo gościnny i chętnie opowiadał, a co bardzo ciekawe, wrócił mieszkać, żyć i pracować w Te Urewera niedawno, po wielu latach spędzonych w Wellington. Czasami ma się dość miasta i zgiełku, i dobrze jest wrócić do swoich korzeni. Rozmawianie z ludźmi z plemienia Tūhoe było dla mnie jednym z najlepszych przeżyć w trakcie naszej wyprawy.

Drugi dzień wypełniony był pięknymi chwilami. Niedługo po wznowieniu marszu postanowiliśmy pójść nieco w bok (godzinę tam i z powrotem) żeby zobaczyć wodospady Korokoro.

Wodospad Korokoro

Wycieczka w bok była strzałem w dziesiątkę. Nie tylko wodospady były piękne (niemal jak z filmu Księga Dżungli), ale po drodze musieliśmy przejść przez duży strumień po skałach trzymając się liny niczym Indiana Jones.

Przekraczanie strumienia

Dalej trasa prowadziła brzegami jeziora, przez busz o nieco innej konsystencji niż dzień wcześniej na grani.

Maszerujemy wzdłuż jeziora
Busz na poziomie jeziora, drugi dzień marszu

Udało nam się zobaczyć rzadkiego nowozelandzkiego rudzika północnego (NZ North Island Robin), a także sporo dojrzałych srebrnych paproci (symbol NZ) oraz koru (rozwijające się liście paproci).

Koru. Z czasem zmieni się w liść paproci

Odcinek który był zamknięty ominęliśmy motorówką. Cudownie było być również w łodzi na jeziorze, i zobaczyć wszystko z innej perspektywy. Nogi też już nas bolały i byliśmy zmęczeni 30° upałem, więc motorówka była mile widziana.

Motorówką dotarliśmy do chatki Waiharuru, najnowszej ze wszystkich na trasie.

Niedawno oddane do użytku schronisko Waiharuru

Stamtąd mieliśmy jeszcze dwie godziny marszu we wtorek. Trasa często prowadziła po wiszących mostach, co było dodatkową atrakcją.

Jeden z wiszących mostów na trasie

Na noc zatrzymaliśmy się w chatce Whananui. Byliśmy w niej sami, więc było dość klimatycznie. Tylko we dwoje, w buszu, myśląc o złych duchach Tāniwha żyjących w jeziorze, myśleliśmy że zasypianie zajmie chwilę, ale byliśmy zbyt zmęczeni żeby się czymkolwiek przejmować.

Schronisko (chatka) Wanganui

Trzeciego dnia w niedzielę dokończyliśmy trasę wokół jeziora Waikaremoana, równocześnie zaliczając pierwszą z tak zwanych „wielkich tras Nowej Zelandii”. Pogoda się nieco zmieniła, więc mogliśmy też doświadczyć słynnej tutejszej mgły.

W ostatni dzień jezioro wyglądało inaczej, ale również pięknie

O 10:00 zostawiliśmy odebrani jeepem z końca trasy.

Trasa ukończona 🙂

Samochód odpalił i na szczęście dał przejechać następne prawie 500 km. Droga z powrotem do Wellington była długa, ale też pełna fajnych widoków. Zebraliśmy kilka pomysłów na wycieczki w przyszłości, zwłaszcza Napier i winiarnie wokół Hastings. Pięknie wyglądały też góry pasma Ruahine.

Po drodze do Wellington. W oddali pasmo górskie Ruahine

W poniedziałek mieliśmy jeden dzień przerwy i przygotowań do wyjazdu na wyspę południową. Wieczorem udaliśmy się do Plimmerton, które musi być jednym z najlepszych miejsc na oglądanie zachodów Słońca w okolicy Wellington. Zawieźliśmy też samochód do mechanika. 🙂

Zachód Słońca nad wyspą Mana, zdjęcie zrobione z Plimmerton
Piękne kolory tuż po zachodzie Słońca

Od wtorku czeka nas 12 dni podróżowania po wyspie południowej, więc zachęcam do dalszego czytania!

Przemek

Rotorua

W Rotorua spędziliśmy dwa piękne dni pełne wrażeń z moimi przyjaciółmi, którzy niedawno wrócili do Nowej Zelandii (Auckland) ze Szkocji. Zarówno oni jak i Sara byli w Rotorua wielokrotnie, więc nie było żadnego problemu z wyborem atrakcji, każdy zasugerował jedno lub dwa ulubione miejsca.

Rotorua to miasto zbudowane dosłownie na terenie gorących źródeł, o bardzo wysokiej aktywności geotermalnej. Park w centrum miasta, do którego się udaliśmy w ramach przywitania z Rotorua, ma strumienie gorącej wody i stawy gotującego się błota.

Staw gotującego się błota, park Kuirau w Rotorua

Wszędzie słychać bulgotanie, para wodna dymi z szybów pomiędzy skałami, a w powietrzu unosi się zapach siarki.

Mostek przecinający jeziorko z gorącą wodą, park Kuirau w Rotorua

Co jakiś czas w parku otwierają się nowe szyby. Ostatnio na przykład pod parkingiem zapadła się ziemia i z nowej dziury dymi para wodna. Aż strach zaparkować samochód. 🙂

Po wizycie w parku udaliśmy się nad jezioro Rotorua, nad którym znajduje się miasto. Odwiedziliśmy Marae gdzie znajdują się dwa piękne Wharenui (domy spotkań Māori).

Marae w Rotorua, militarny cmentarz

Co ciekawe, na terenie Marae znajduje się tu również kościół anglikański i popiersie angielskiej królowej Elżbiety, otoczone maoryskimi totemami i symboliką, a także militarny cmentarz maoryskich weteranów wielu wojen, wliczając I i II wojnę światową (w której Māori walczyli po stronie aliantów). Jak zawsze w trakcie odwiedzania terenu Marae, zachowaliśmy ciszę oddając szacunek temu miejscu.

Następnego dnia zaczęliśmy od ulubionej atrakcji w Rotorua mojego kumpla – tak zwane „luge”. Podobne do zimowego saneczkarstwa lub bobsleji, „luge” polega na zjeżdżaniu po asfalcie w małych samochodzikach ze szczytu góry jedną z wielu starannie przygotowanych tras. Do wyboru były trasy dla początkujących, o średniej trudności i dla zaawansowanych. W trakcie zjazdu są liczne ostrzeżenia na temat ostrych zakrętów, a na początek jest szybki instruktaż obsługi samochodzików (co jest dość proste). Zabawa była przednia, a zrobienie kilku zjazdów ułatwiały wyciągi krzesełkowe, niczym jak na stoku narciarskim.

Wyjeżdżając na szczyt wzgórza, „Luge” w Rotorua
Zjeżdżając na dół, „Luge” w Rotorua

Trzy razy zjechaliśmy z kolegą po najtrudniejszej trasie, za ostatnim razem już mi szło dość dobrze, ale takiego weterana jak on pokonać nie mogłem. Dodatkową atrakcją były widoki ze szczytu wzgórza na miasto i jezioro.

Miasto i jezioro Rotorua. W tle wulkan Tarawera
Rotorua, nowozelandzkie Las Vegas 🙂

Po dawce adrenaliny w planach mieliśmy odwiedzenie Hamurana Springs. Niestety kiedyś darmowy park, teraz kosztuje $18 od osoby więc zrobiliśmy tylko kilka zdjęć w darmowej części. Czystość wody robiła wrażenie. Nieskazitelna, kompletnie przezroczysta woda, wypływa tutaj w dużych ilościach na powierzchnię ze źródła.

Hamurana Springs, na północy jeziora Rotorua
Kaczki w Hamurana Springs

Główną atrakcją dnia było odwiedzenie jezior na wschód od Rotorua. Pół godziny samochodem od centrum, ta piękna grupa jezior jest malowniczo położona w cieniu wulkanu Tarawera. Zaczęliśmy od „niebieskiego jeziora”, Tikitapu, w którym była bardzo ciepła woda, idealna do pływania.

Nad jeziorem Tikitapu
Jezioro Tikitapu, ujęcie z pobliskiego wzgórza

Po drodze do największego jeziora grupy, jeziora Tarawera, odwiedziliśmy tak zwaną „zakopaną wioskę”. Za tą kolejną atrakcją turystyczną z wysoką ceną wstępu ($35 od osoby), kryje się fascynująca historia, o której można było się dowiedzieć w darmowej części muzeum. Wulkan Tarawera wybuchnął ostatnio w 1886 roku i wielki lahar (lawina błota i magmy) zniszczył i zakopał kilka wiosek Māori. Dziś można zobaczyć dachy domów wystające z ziemi, smutny dowód na ogromną siłę natury, którą powinniśmy szanować. Erupcja zniszczyła również niezwykłe Różowe i Białe Tarasy, naturalnie wyrzeźbione z krzemionki cuda natury, które już w XIX wieku były słynne na cały świat.

Tak niegdyś wyglądały Różowe i Białe Tarasy nad jeziorem Rotomahana

Wtedy była to jedna z najważniejszych atrakcji Aotearoa. Niedawno naukowcy znaleźli ślady tych unikalnych tarasów zatopione pod powierzchnią pobliskiego jeziora Rotomahana. Niektórzy sugerują że warto to jezioro sztucznie opróżnić aby odsłonić tarasy, ale według mnie i większości Nowozelandzków lepiej zostawić naturę w spokoju. Znad brzegów jeziora Tarawera były piękne widoki na wulkan, który spowodował tą dewastację.

Jezioro i wulkan Tarawera

Po powrocie do centrum miasta odwiedziliśmy park, w którym znajduje się kilka zabytkowych budynków: muzeum regionalne (piękny budynek w stylu Tudor), stare łaźnie i polinezyjskie spa, wykorzystujące gorące źródła.

Muzeum regionalne w Rotorua, fascynująca architektura (styl Tudor)

Czas przyszedł żeby pożegnać się z naszymi przyjaciółmi z Auckland, i przygotować się do kilku następnych dni. Wybieraliśmy się do lasu Te Urewera, nad jezioro Waikaremoana, jednego z bardziej niedostępnych miejsc na wyspie północnej, więc duże zakupy były wymagane.

Zanim jednak tam dotarliśmy, mieliśmy w planach jeszcze kilka atrakcji w okolicy Rotorua. Późnym wieczorem w środę, po zapadnięciu zmroku, odwiedziliśmy las Redwoods. Rzadko kiedy wybieram się w nocy do lasu, ale tym razem było warto. Las jest oświetlony kolorowymi światłami, a wśród koron drzew wysoko nad ziemią poprowadzona jest ścieżka spacerowa, niemal jak w wiosce elfów.

Park Redwoods, nocny spacer w koronach drzew
Piękne kolory w parku Redwoods
Park Redwoods nocą, efektowne lampiony

Efekt jest magiczny. Specjalne oświetlenie budowało niezwykłą atmosferę. Jak zwykle w Rotorua nie zapłaciliśmy $29 za bilet na spacer po mostkach w koronach drzew, co również zaoszczędziło nam 30-60 minut stania w kolejkach, ale zamiast tego spacerowaliśmy za darmo na dole.

Następnego dnia, po drodze w kierunku Te Urewera, odwiedziliśmy wcześnie rano (żeby uniknąć tłumów) jedną z największych atrakcji regionu, park geologiczny i geotermalny Wai-O-Tapu.

W parku Wai-O-Tapu

Tym razem nie oszczędzaliśmy, i bilet kupiliśmy. Wybór miejsca za które warto zapłacić okazał się strzałem w dziesiątkę. Kolorowe kratery, gorące wodospady, tęczowe jeziorka, woda o niesamowitym turkusowym kolorze. Również, tarasy nieco podobne do tych zniszczonych przez wybuch Tarawera.

Wai-O-Tapu, kolorowy krater wyżłobiony przez parę
Wai-O-Tapu, tęczowe jezioro
Wai-O-Tapu, jasno zielone jeziora. Minerały nadają różne kolory wodzie
Wai-O-Tapu, tarasy z krzemionki silikonowej
Wai-O-Tapu, niesamowite jaskrawo zielone jezioro
Wai-O-Tapu, żółty, siarkowy stawik
Wai-O-Tapu, niesamowicie kolorowe brzegi tęczowego jeziora

Ostatnią rzeczą do zrobienia w okolicach Rotorua było wskoczenie do tej ciepłej wody, której tu tak dużo 🙂 Znajomi z Wellington powiedzieli nam o Kerosene Creek, ciągle jeszcze mało znanym miejscu w lesie, gdzie trzeba dojechać kawałek nieutwardzoną drogą szutrową.

Kerosene Creek

Żadnych biletów nie trzeba kupować. Strumień w lesie ma wodę o temperaturze około 40-45 stopni. Lokalni ludzie zbudowali małą tamę na przeciwko urokliwego wodospadu. Cudownie było odpocząć tu chwilę i zanurzyć się po szyję w ciepłej wodzie.

Prawie jak kąpiel w wannie 🙂

Następne trzy dni spędziliśmy w przepięknym i fascynującym pod wieloma względami Te Urewera. Te słowa na temat Rotorua piszę w samochodzie, wracając do Wellington z Te Urewera, więc następny post powinien być już na bieżąco.

Pozdrawiam i dzięki za czytanie,

Przemek

Park Narodowy Tongariro

We wtorek rano spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w drogę na wschód w kierunku Rotorua. Zanim jednak opuściliśmy Taumarunui, zatrzymaliśmy się przy lokalnym Wharenui, domu spotkań lokalnego plemienia Māori.

Wharenui w Taumarunui

Wharenui służy jako miejsce gdzie Māori spotykają się ze swoimi przodkami, jak również rodziną i pobratymcami. Budynek jest na terenie Marae, który zwykle jest kompleksem budynków i innych symboli plemienia, pełniących funkcje sakralne, społeczne i niekiedy również polityczne. Konstrukcja Wharenui reprezentuje świętego przodka plemienia, przód to twarz i ramiona, a belki wewnątrz równolegle do „ramion” to żebra. Wchodząc do Wharenui wchodzi się wewnątrz historii i „ciała” swoich przodków.

Wharenui w Taumarunui, widok z przodu

Turyści i goście odwiedzający te miejsca powinni wykazywać szacunek na terenie Marae, podobnie do bycia w kościele.

Po drodze do Rotorua, mieliśmy w planach odwiedzenie Parku Narodowego Tongariro. Centrum turystyczne parku znajduje się w wiosce Whakapapa, na wysokości ok. 1000 m. W centrum turystycznym znajduje się małe muzeum poświęcone geologii, naturze i historii trzech wulkanów, które się tu znajdują: Ruapehu, Ngaruhoe i Tongariro.

W muzeum w parku Tongariro, wewnątrz modelu Wharenui. Każde plemię Māori ma swój wzór

Ruapehu jest bardzo aktywny – miały miejsce trzy erupcje od 1995 roku. W centrum turystycznym są mapy pokazujące którędy lawa i tak zwane „lahary” (olbrzymie strumienie błota) by płynęły w przypadku erupcji, i jak się należy ewakuować.

Ruapehu z północy, zdjęcie zrobione później na trasie

Dowiedziałem się również wiele o olbrzymiej erupcji wulkanu Taupō, którego gigantyczny krater obecnie wypełnia największe i najgłębsze jezioro w Nowej Zelandii. Skutki tej erupcji w II wieku naszej ery, były widoczne w Chinach i odczuwalne w Europie, a teren na wschód został pokryty warstwą popiołu gruba na kilka metrów.

Jezioro Taupō wypełnia wielki krater nieczynnego wulkanu

Nie mieliśmy niestety czasu żeby wspiąć się na jeden z tych wulkanów. Na Tongariro można wyjść bardzo popularną trasą (słynne Tongariro Crossing), i można też wyjść trasą turystyczną do jeziora w kraterze Ruapehu, ale Ngaruhoe jest tylko dostępny dla alpinistów. Zamiast zdobywać szczyty, udaliśmy się na 2-godzinny spacer do wodospadów Taranaki.

Wodospad Taranaki

Pogoda była kiepska gdy zaczynaliśmy, ale później się wypogodziło. Wodospady były bardzo malownicze, skarłowaciały las inny niż busz na niższych wysokościach, a widoki na Ruapehu w drugiej części trasy, wyśmienite.

Kwiat drzewa Manuka. To nektar tych kwiatów pozwala nowozelandzkim pszczołom na produkcję pysznego miodu Manuka

Widzieliśmy doliny usiane świeżymi skałami zbudowanymi z zastygłej magmy podczas trzech erupcji w ostatnich 23 latach. Wulkaniczny klimat tego parku narodowego jest bardzo warty uwagi.

Dolina wypełniona świeżymi skałami wulkanicznymi
Bliższe ujęcie na skały wulkaniczne

Z ciekawostek dla fanów Władcy Pierścieni, na Tongariro i Ngaruhoe kręcono sceny w Mordorze. Tongariro w filmie reprezentuje Plains of Gorgoroth, a Ngaruhoe służyło za Mount Doom (Góra Przeznaczenia).

Przykryte chmurami Ngaruhoe i Tongariro

Po drodze do Rotorua, mieliśmy jeszcze dwa świetne przystanki we wtorek. Drogą stanową numer 1 przejechaliśmy wzdłuż jeziora Taupō (czyli defacto po obrzeżach krateru starożytnego nieczynnego wulkanu) i zatrzymaliśmy się w kilku miejscach żeby podziwiać piękne widoki. Māori mówią że Taupo to wewnętrzne morze, co nawet ma odzwierciedlenie w nazwie Taupōmoana której używają („moana” znaczy morze w języku Māori).

Nad jeziorem Taupō

Ostatnią atrakcją przed dotarciem do Rotorua były niesamowite Huka Falls. Pierwszy europejczyk który je zobaczył (pułkownik brytyjskiej armii imperialnej), skomentował że w przyszłości będą one celem turystycznym, ze względu na swoje gwałtowne piękno. Nie mylił się.

Kaskady wodospadu Huka

Olbrzymie ilości wody rzeką Waikato wypływają z jeziora Taupō i kilkoma kaskadami zakończonymi 7 metrowym wodospadem, pędzą w dół kanionu.

Wodospad Huka

Siła rzeki Waikato jest wykorzystywana do produkcji czystej energii – sieć elektrowni wodnych w dół rzeki od wodospadów Huka produkuje olbrzymie ilości energii. Wszystkie elektrownie będące częścią systemu Waikato produkują aż 15% zapotrzebowania na energię kraju.

Wieczorem we wtorek dotarliśmy do Rotorua, gdzie się spotkamy z moimi przyjaciółmi, których poznałem w Glasgow, ale teraz mieszkają z powrotem w Nowej Zelandii. Rotorua jest dużym centrum turystycznym, z dobrych powodów: to Nowozelandzka stolica gorących źródeł i aktywności geotermalnej wszelkiej rodzaju. Następny post będzie o tej niezwykłej okolicy.

Pozdrawiam,

Przemek

Kajakowy spływ rzeką Whanganui

Na poniedziałek zaplanowaliśmy spływ kajakowy rzeką Whanganui. Rząd Nowej Zelandii w ostatnich latach promuje tak zwane „wielkie trasy Nowej Zelandii”. Do tego grona zaliczają się takie legendarne miejsca jak Milford Sound oraz Abel Tasman. Większość z tych tras to wycieczki piesze, z jednym wyjątkiem. Wyprawa kajakiem w dół Whanganui z Taumarunui do Pipiriki zajmuje 5 dni. Po drodze można spać na polach namiotowych wzdłuż rzeki. Jest to wspaniały sposób na odwiedzenie parku narodowego Whanganui, które rozciąga się między Taumarunui i Pipiriki (mniej więcej).

My mieliśmy w planach zaliczyć tylko pierwszy dzień tej trasy, z Taumarunui do Ohinepane, 22 km w dół rzeki. Na tym odcinku jest kilkadziesiąt katarakt o skali trudności 1 do 2 – idealny spływ dla początkujących.

Stąd wyruszyliśmy

Wycieczkę zarezerwowaliśmy z lokalną rodzinną firmą „Taumarunui Canoe Hire & Jet Boat Tours„. Wszystko było wspaniale zorganizowane. Na początek przekazano nam teorię sterowania dwuosobowym kajakiem typu „canoe”. W kajakach tego typu obie osoby mają jednostronne wiosło, osoba z tyłu steruje i daje komendy zmiany strony wiosłowania. Po teoretycznym przygotowaniu i ustaleniu logistyki odbioru z Ohinepane, dostaliśmy beczkę na nasz sprzęt i zeszliśmy do rzeki odebrać kajaki.

Zanim nas puszczono na rzekę musieliśmy udowodnić że potrafimy wspólnie wiosłować. Manewr zawracania nie był najłatwiejszy ale udało się nam się szybko opanować podstawy techniki i dziesięć minut później byliśmy już w trasie, zmierzając ku pierwszym zpiętrzeniom rzeki.

Gotowi do drogi

Pierwsze kilka katarakt należało do najtrudniejszych. Na jednej wlało nam się na tyle wody do środka że musieliśmy się zatrzymać i się jej pozbyć. Na kolejnej, na łuku, obróciło nas o 180 stopni po wewnętrznej stronie nurtu, ale łatwo z tego wyszliśmy. Od początku adrenalina skoczyła. Zabawa była przednia. Kilka kilometrów w dół rzeki, czuliśmy się już pewniej. Nurt nigdy nie był na tyle mocny żeby było niebezpiecznie.

Trudno przecenić przyjemność wiosłowania po pięknej rzece w słoneczny dzień

Poza miejscami gdzie rzeka przyśpiesza, było też dużo innych atrakcji po drodze. Otaczał nas piękny busz, który w trakcie przerw mogliśmy oglądnąć z bliska.

Busz na brzegach Whanganui

W jednym miejscu spotkaliśmy stado kaczek, conajmniej 40 kolorowych rajskich kaczek („paradise duck”). Widzieliśmy też dużo kereru, oraz wielkich ważek. Poza nami był tylko jeden inny kajak na rzece o tej porze dnia. Poza tym tylko raz w ciągu 5 godzin minął nas „Jet boat”. Dzięki temu odosobnieniu mogliśmy cieszyć się prawdziwym kontaktem z piękną przyrodą. Było wiele malowniczych i cichych miejsc na trasie. Cieszyliśmy się spokojną atmosferą.

Na prawym brzegu, około 5 km od startu
Na lewym brzegu, około 8 km od startu

Pół godziny przed końcem trasy zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, w miejscu gdzie tablica reklamowała kawiarnię.

Kajaki zacumowane

Po zacumowaniu kajaka i zjedzeniu lunchu na brzegu, wyszliśmy ścieżką do góry przez busz na farmę lawendy. To piękne miejsce obsługuje klientów przybywających zarówno od strony rzeki, kajakami, jak i od strony drogi, głównie samochodami. Pola lawendy przypominały mi Prowansję w południowej Francji.

Na farmie lawendy. Piękny zapach wypełniał powietrze
Panoramiczne ujęcie farmy lawendy

Po przerwie ciężko było wrócić na twarde siedzenie i do ciężkiej pracy przy wiośle. 🙂 Rzeka miała dość niski poziom, co oznaczało dużo wiosłowania na wolnych odcinkach.

Po dotarciu do mety, wyciągnęliśmy kajak na brzeg i odpoczywaliśmy czekając na transport. Ja wykorzystałem ten moment żeby popływać. Sara drzemała na plaży.

Pływanie w rzece Whanganui
Zasłużony odpoczynek

Zostaliśmy odebrani zgodnie z umową, o 16:30. Po drodze do Taumarunui nasz kierowca, który był również wcześniej naszym instruktorem przez wyruszeniem na trasę, opowiedział nam trochę o swojej rodzinnej firmie i miasteczku. Ludzie żyją tutaj głównie z turystyki oraz upraw rolnych. Miejsce jest gorące w lecie (o czym się dziś przekonaliśmy!), a w zimie gości wielu narciarzy którzy jeżdżą na stokach na Mt Ruapehu, 50 minut jazdy samochodem stąd.

Wieczór upłynął na regeneracji, ponieważ ramiona się sporo napracowały. Słońce nas też przypaliło w miejscach które niefortunnie ominęliśmy w trakcie nakładania olejku do opalania – pomyłka której nie zamierzam powtórzyć. W Nowej Zelandii Słońce naprawdę strasznie grzeje i pali odkrytą skórę. Nad krajem niestety jest sporo dziura ozonowa, co powoduje jedne z największych na świecie poziomy promieniowania UV w słoneczne dni.

Jutro ruszamy w stronę Rotorua, a po drodze odwiedzimy park narodowy Tongariro.

Do następnego posta,

Przemek

Park krajobrazowy Belmont

Piękna pogoda wróciła do nas w czwartek, więc wybraliśmy się w okoliczne wzgórza. Naszym celem było wzgórze Boulder Hill, o skromnej wysokości 452m, ale będące świetnym punktem widokowym. Szczyt znajduje się pomiędzy doliną rzeki Hutt i wąwozem Ngauranga, i jest drugim co do wysokości szczytem w parku krajobrazowym Belmont.

Widok z trasy na Petone i zatokę Wellington Harbour

Dzisiaj towarzyszyła nam dobra przyjaciółka Sary Caroline, która bardzo lubi tą trasę. Jak zwykle w Nowej Zelandii, nietrudno było spotkać przedstawicieli lokalnej fauny. Wielkie ważki i nowozelandzkie owce to tylko wybrane przykłady.

Wielka ważka, 10-15 cm długości

Nowozelandzkie owce uważnie nas śledziły

Trafiliśmy również na imponujące pająki „Huntsman Spider”, na szczęście nie jadowite. W Nowej Zelandii, w odróżnieniu od Australii, nie ma wielu gatunków uzbrojonych w truciznę. Jest tylko jeden, bardzo rzadki, występujący na plażach pokrytych niską roślinnością.

„Huntsman Spider”, widok nieprzyjemny dla arachnofobów

Wzgórze jest częścią grani przecinającej park krajobrazowy Belmont. Na północ od grani znajduje się Porirua i Pauatahanui (dwa ramiona zatoki Porirua), na południowy zachód Wellington, a na wschód dolina rzeki Hutt.

Widok ze szczytu na północ, Pauatahanui

W oddali na południowy zachód widać wyższe szczyty masywu znajdującego się w parku regionalnym Rimutaka. Ten rewelacyjny punkt widokowy daje możliwość zapoznania się z układem terenu całego południowego wierzchołka północnej wyspy Nowej Zelandii.

Widok na południowy wschód, w kierunku Rimutaka. Na pierwszym planie Lower Hutt

Wieczorem miałem przyjemność wybrać się z Tatą Sary na rzutki. Ten sport jest bardzo popularny w Nowej Zelandii, a koledzy z klubu to dobrzy gracze. Na szczęście w czwartki oferują system handicapu, który pomaga nowym zawodnikom rywalizować z weteranami. Wieczór był bardzo udany i utwierdził mnie w niewątpliwym przekonaniu o gościnności Nowozelandczyków. W rzutki nie grałem od studiów, ale dzisiaj odkryłem na nowo ten sport. Po powrocie chyba kupię tarczę i zacznę ćwiczyć 🙂

„Porirua Darts Club”, czyli klub rzutkowy w Porirua

Jutro ruszamy na północ. Spędzimy część nocy pod namiotami, a część „w cywilizacji”, w kwaterach wynajętych przez AirBnB. Niektóre miejsca mogą nie mieć internetu, ale będę pisał na bieżąco i publikował posty gdy się uda połączyć.

Pierwszy przystanek jutro to Whanganui. Do usłyszenia z trasy,

Przemek

Okolice Wellington

Od poniedziałku jesteśmy w miasteczku Tawa, 15 minut samochodem od centrum Wellington i zwiedzamy okolicę. W przerwach, Sara trochę musi popracować zdalnie, więc ja w międzyczasie przeglądam książki wybrane z biblioteki rodziców Sary, ucząc się wiele na temat kultury i historii tego pasjonującego kraju.

Wtorek był słoneczny, więc wybraliśmy się na najbliższą plażę, do Titahi Bay.

Plaża w Titahi Bay

Z Tawa jedzie się 15 minut, na północ od miasta Porirua. Ta piękna zatoka, która otwiera się na morze Tasmana, może poszczycić się fantastyczną plażą. W odróżnieniu od osłoniętych zatok nad którymi są ulokowane miasta Wellington i Porirua, Titahi Bay jest wystawione na wiatry, zwłaszcza zachodni i północny. Mocny wiatr w Nowej Zelandii, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, zwykle wieje z południa, przynosząc zimne powietrze znad Antarktyki. Dzisiaj jednak wiał ciepły wiatr z północy, który skusił na plażę surferów oraz kitesurferów.

Kitesurfing, w oddali wyspa Mana

Przeszliśmy wzdłuż plaży ciesząc się idyllą małych domków, służących za prywatne magazyny sprzętu do plażowania.

Domki plażowe i mewy

Po drugiej stronie wyszliśmy na klify, z których otworzyły się piękne widoki na zatokę i dalej na północ. Granie cykad wypełniało uszy.

Zachodnie wybrzeże na północ od Porirua

Muszę przyznać że zazdroszczę trochę mojej Sarze wychowania się z miejscu które jest 15 minut od takiej plaży, równocześnie będąc 15 minut od centrum stolicy kraju.

Wracając z plaży, przeszliśmy po nowej ścieżce spacerowej zbudowanej tutaj przez burmistrza Porirua. Ścieżka prowadziła przez typową nadmorską roślinność, a także zawierała maoryskie drewniane rzeźby wielkich odkrywców Nowej Zelandii. Dwóch Maorysów, Kupe i Te Rangihaeata, oraz dwóch ludzi z zachodu: Abel Tasman i Kapitan Cook.

Len, jeden z pierwszych produktów eksportowych Nowej Zelandii

Maoryska rzeźba „po” przedstawiająca Kapitana Cooka


W środę dzień był bardziej pochmurny, więc wybraliśmy się do buszu. 🙂 W Nowej Zelandii na las mówią „busz”, a na piesze wycieczki po lasach czasami mówią „bushwalk”. Pierwszy kontakt z nowozelandzkim buszem zrobił na mnie wspaniałe wrażenie.

„Busz” w parku krajobrazowym Kaitoke

Most linowy nad rzeką Hutt

Rzeka Hutt

Wybraliśmy się do Kaitoke Regional Park, które pochwalić się może nie tylko piękną naturą, ale też jest miejscem które we Władcy Pierścieni służyło za Rivendell. Co ciekawe po drodze do tegoż parku z Tawa, przez Lower i Upper Hutt, widzieliśmy również kamieniołom który służył za Helm’s Deep! Bogactwo miejscówek w okolicy, w których kręcono Władcę Pierścieni, można wytłumaczyć faktem że w Wellington znajduje się główne studio filmowe w którym działał Peter Jackson i jego ekipa.

Powitanie w Rivendell

Brama Rivendell

Wracając do natury, widzieliśmy drzewa Rimu, z których kiedyś budowano większość domów w Nowej Zelandii, a teraz są chronione, Kereru, ptak który wygląda jak tropikalny gołąb, Kowhai, intrygująco wyglądający krzew dający piękne kwiaty (występuje tylko w Nowej Zelandii), oraz Panga, jedna z klasycznych dużych nowozelandzkich paproci.

Kowhai

Koru

Paprocie Panga i drzewo Rimu

Bliźniaczy gatunek „silver fern” czyli „srebra paproć” jest symbolem kraju i występuje na wielu koszulkach, w herbach klubów sportowych, instytucji, a nawet kilka lat temu prawie został dodany do flagi narodowej, ale w referendum postanowiono zostać przy obecnej fladze (mi osobiście bardzo podoba się proponowana flaga z paprocią).

Proponowana flaga Nowej Zelandii


W środę był również Waitangi Day, święto narodowe upamiętniające rocznicę podpisania traktatu Waitangi między szefami klanów Maori i reprezentantami brytyjskiej korony w roku 1840. Podział terenu i „sprzedaż” ziem nie była idealnym rozwiązaniem, i nie obyło się bez wojen między tymi dwiema stronami w latach 1860-tych, ale ten moment jest początkiem nowożytnej historii kraju i obecnie jest dniem świętowania przyjaźni i jedności tych i innych grup etnicznych w Nowej Zelandii. W ramach obchodów wybraliśmy się na koncert do Porirua. Muzyka była nowoczesna (gitary, perkusja) ale z rytmicznymi źródłami w tradycyjnej muzyce maoryskiej.

Google również świętowało dzień Waitangi

Maoryskie wzory dekorujące „waka” czyli tradycyjny kajak


Wieczorem się wypogodziło co pozwoliło nam się wybrać na wzgórze Victoria na południe od miasta. Samochodem można wjechać na sam szczyt, po drodze podziwiając przedsiębiorczość mieszkańców tych wysp i ich niewątpliwą umiejętność budowania domów na bardzo stromym terenie! Całe wzgórze jest pokryte domami i przypomina miasteczka na wzgórzach południowej Francji lub północnych Włoch. Widoki ze szczytu są fantastyczne, widać całe Wellington.

Nocny widok na Wellington ze wzgórza Victoria

Wspaniale jest obcować z lokalną przyrodą, kulturą, historią i tradycją. Jutro wybieramy się na dłuższą trasę po okolicznych wzgórzach a w piątek ruszamy na północ. 🙂 Jeśli czekacie na relację z centrum miasta Wellington, proszę o cierpliwość, porządne zwiedzanie centrum i wizytę w słynnym muzeum Te Papa odkładamy na ostatni tydzień.

Jeśli jeszcze nie śledzisz bloga, proszę o zapisanie się. Równocześnie proszę o komentarze i uwagi. Do następnego posta,

Przemek