Wellington, część druga

Ostatnie kilka dni naszej wspaniałej podróży do Nowej Zelandii spędziliśmy w stolicy oraz po drugiej stronie zatoki w miasteczku Petone, które może się poszczycić fascynującą historią – o czym więcej nieco dalej.

W Wellington było jeszcze wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia, więc w środę rano (6 marca) wskoczyliśmy w pociąg w Tawa. Tym razem z dworca ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku Muzeum Narodowego Te Papa. Okolice portu są świetne zagospodarowane, na estakadach znajdują się restauracje i inne budynki, a duże stare magazyny portowe przerobione są na hale sportowe.

Nabrzeże w Wellington

Zauważyłem na przykład boiska do piłki nożnej i ściankę wspinaczkową. W wielu miejscach można zejść po drabinkach do wody, często też przy drabinkach dryfują platformy ułatwiając dostęp. Widzieliśmy wielu ludzi pływających między różnymi miejscami nabrzeża, na odcinku pomiędzy muzeum miasta Wellington i muzeum narodowym Te Papa. Niektórzy wellingtończycy najwyraźniej lubią pływać w zatoce, w ramach rozruchu w trakcie lunchu, a spore fale im nie straszne.

Graffiti na statku, a w tle hala sportowa

Wstąpiliśmy na chwilę do Galerii Sztuki Wellington (City Gallery Wellington) przy Civic Square, gdzie mieliśmy okazję zapoznać się ze świetną wystawą poświęconą zespołowi From Scratch. Można było zobaczyć dziwaczne instrumenty stworzone przez tych eksperymentalnych nowozelandzkich muzyków (na niektórych można było nawet spróbować zagrać!), posłuchać ich muzyki, a także zastanowić się nad właściwościami dźwięku skacząc po kamieniach różnego typu (co produkowało różne dźwięki). Cała wystawa pozwalała odwiedzającym chociaż nieco zrozumieć inspiracje i proces twórczy zespołu From Scratch.

Instrument zaprojektowany przez eksperymentalny zespół From Scratch

Po wyjściu z galerii, przyszedł czas na przerwę – wypiłem kolejną wyśmienitą wellingtońską kawę i zjedliśmy odświeżające lody na nabrzeżu patrząc na pływaków i zatokę. Pogoda była świetna, ale czuć było nadchodzącą zmianę – wiatr się wzmagał. Do tej pory nie było mi dane poczuć słynnego wellingtońskiego wiatru, ale w ciągu następnych dwóch dni miałem tą przyjemność 🙂

Tutaj piliśmy kawę

Naszym głównym celem w środę (poza wieczornym piwkiem i spotkaniem z Jasmine i innymi znajomymi) była wizyta w muzeum narodowym Nowej Zelandii – Te Papa. Budynek muzeum jest zbudowany przy wykorzystaniu technologii „izolacji fundamentów” (base isolation). Ta technologia nowozelandzkiego autorstwa pozwala temu pięknemu budynkowi wytrzymać nawet bardzo silne trzesięnia ziemi. Specjalnie zaprojektowane podziemne pomieszczenie, niedaleko od głównego wejścia do muzeum, pozwala przyglądnąć się izolatorom i poczytać o tej technologii.

Izolator, chroniący przed trzęsieniami ziemi

Muzeum narodowe składa się z wielu wystaw, i trudno jest zobaczyć wszystko w jeden dzień. My postanowiliśmy wybrać trzy wystawy, zaczynając od specjalnej ekspozycji poświęconej historii kampanii Gallipoli, pod tytułem „Gallipoli: The Scale of Our War”.

Wejście na ekspozycję „Gallipoli”

Tragiczna w skutkach bitwa o Gallipoli, w Turcji w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, jest miejscem gdzie wielu nowozelandczyków cierpiało i straciło życie, ale także miejscem gdzie nowozelandzki naród pokazał swoją siłę i determinację. Połwysep Gallipoli strzeże wejścia do morza Marmara, i dalej do Istambułu i morza Czarnego, i wg planu aliantów (a dokładnie Winstona Churchilla), inwazja i przejęcie kontroli nad tym rejonem miało spowodować pokonanie Imperium Ottomańskiego (sprzymierzonego z Niemcami i Imperium Austro-Węgierskim). Plan ten się nie udał, a tysiące żołnierzy dywizji Anzac (Australia New Zealand Army Corp), którzy wylądowali w bardzo trudnym terenie na plaży otoczonej stromymi wzgórzami (miejsce dziś znane jako Anzac Cove), musiało tu wytrzymać 8 miesięcy pod ciągłym ostrzałem w trakcie beznadziejnej walki z przeważającymi liczebnie wojskami tureckimi. Ewakuacja po 8 miesiącach udowodniła że inwazja była złym pomysłem. Wylądowali tam głównie młodzi ludzie w kwiecie życia, którzy zostawili w domu swoje rodziny, nadzieje na przyszłość i wszystko co kochali. Wielu zostało w Gallipoli na zawsze.

Scena z Gallipoli, na ścianie jednego z pomieszczeń

Ekspozycja była wprost niesamowita – zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że nigdy nie widziałem tak fenomenalnie przygotowanej ekspozycji muzealnej na temat wojny. Studio Weta, które pracowało nad efektami specjalnymi do filmu Władca Pierścieni, przygotowało na potrzeby tej ekspozycji osiem hiper-realistycznych modeli żołnierzy. Każdy z tych modeli został przygotowany na podstawie zdjęć i opisów prawdziwych osób, które walczyły w kampanii Gallipoli. Modele były 2-3x większe niż normalny ludzki rozmiar, a przedstawieni żołnierze wyglądali jak żywi.

Półkownik Spencer Westmacott

Zwłaszcza ich twarze były wyśmienicie oddane – oczy się im świeciły i wydawały się mokre, na czole wyraźnie widać było pot, a włosy i zarost były jak prawdziwe. Nigdy nie widziałem tak realistycznych modeli ludzi.

Twarze modeli były hiperrealistyczne

Pomieszczenia z modelami żołnierzy były przyciemnione i wszystkie światła były skierowane na tragicznych bohaterów tej historii. Na ścianach co jakiś czas wyświetlały się cytaty i zdjęcia z wojny, a z głośników dochodziły odgłosy pola bitwy i wywiady z żołnierzami. Każda z osób przedstawionych za pomocą modeli miała swoją historię do opowiedzenia, za pomocą interaktywnych monitorów można było poczytać o każdym z nich.

Lekarz polowy w zadumie nad ciałem poległego żołnierza

Reszta wystawy składała się z rekwizytów, map, modeli pola bitwy, filmów, zdjęć i innych materiałów archiwalnych. Autorzy ekspozycji w bardzo pomysłowy sposób przenieśli widza na plaże Gallipoli – czapki z głów dla nich. Niestety wystawa ta jest tylko tymczasowa, ale polecam ją bardzo gorąco jeśli zdążycie się załapać.

Kwiat maku jest symbolem pamięci o poległych żołnierzach

Po przeżyciach związanych z ekspozycją „Gallipoli: Skala naszej wojny”, udaliśmy się do sekcji poświęconej kulturze i tradycji Māori. Duże i kolorowe wharenui, łączące symbolikę i style różnych plemion, dominowało w pierwszym pomieszczeniu.

Na przeciwko modelu wharenui, Te Papa

Bardzo podobał mi się główny motyw w sklepieniu, bohater Māui i jego czterej bracia próbujący spowolnić Słońce. Wg mitologii maoryskiej, Māui jest odpowiedzialny za spowolnienie Słońca i wskutek tego heroicznego aktu, za podarowanie ludzkości dnia o dopowiedniej długości – pozwalającej na rozwój życia i cywilizacji. Znajdował się tu też ogromny kamień pounamu, podarowany muzeum przez jedno z plemion.

Wielki kamień pounamu

W dalszej części ekspozycji, nie wolno było robić zdjęć. Prezentowane tam skarby kultury maoryskiej, wypożyczone są muzeum przez różne plemiona. Rekwizyty uważane są za święte i w ramach szacunku ich właściciele proszą o nie robienie zdjęć. Tradycyjne panele tukutuku, wspaniałe rzeźby z drewna, biżuteria z pounamu, broń z kości wieloryba, kajak z drewna kauri, odzienie przędzone z liści lnu, a także reprodukcje najważniejszych budynków wchodzących w skład marae, wypełniały duże pomieszczenie zajmujące większość piętra. Część ekspozycji była również poświęcona fascynującej kulturze Moriori z wysp Chatham (będących częścią Nowej Zelandii). Moriori to zupełnia osobna grupa etniczna, kulturalnie różna od maoryskiej. Jednym z ich najsłynniejszych form sztuki są tak zwane dendroglify, płaskorzeźby wydrążone w korze i pniach żywych drzew. Do dzisiaj można te niezwykłe obrazy oglądać, jeśli Was stać na drogi bilet lotniczy na wyspy Chatham (półtorej godziny lotu z Auckland, około 700 km na wschód od wyspy północnej).

Ostatnią ekspozycją na której spędziliśmy więcej czasu w muzeum Te Papa, była część poświęcona Traktatowi Waitangi. Moment podpisania traktatu w 1840, jest uważany za moment narodzin nowożytnej Nowej Zelandii.

Treść traktatu Waitangi

Obecnie traktat jest uważany za kontrowersyjny, i rząd Nowej Zelandii do dzisiaj rozpatruje roszczenia i ustala wynagrodzenia dla rodzin i plemion maoryskich, które uważają że zostały źle potraktowane przez traktat. Dokument ten został podpisany przez oficerów marynarki brytyjskiej i funkcjonariuszy brytyjskiego imperium, oraz kilkuset wodzów plemion maoryskich. Niestety tłumaczenie traktaku z języka angielskiego na język Māori, który przed przybyciem europejczyków nie miał nawet wersji piśmiennej, miało błędy wskutek fundamentalnych rożnic w rozumieniu znaczenia słów takich jak „rząd”, „państwo” oraz „suwerenność”. Muzeum otwarcie i w pełni przedstawia charakter i konsekwencje nieporozumień powstałych wskutek błędów w tłumaczeniu, co mi się bardzo podoba.

Jedna z oryginalnych kopii traktatu, podpisana przez wodzów Māori

Po wyjściu z muzeum, pogoda się całkiem zmieniła. Jak za zamachem magicznej różdżki, niebieskie niebo i Słońce zniknęły, a przybył mocny typowo wellingtoński wiatr i chmury. Ostatnie dwa dni pobytu w Nowej Zelandii i Wellington, miały od teraz być już pochmurne. Dobrze się złożyło, bo i tak musieliśmy się pakować i zrobić ostatnie zakupy, zwłaszcza w ostatni pełny dzień przed wyjazdem (piątek). Na pogodę nie możemy narzekać – do tej pory mieliśmy praktycznie cztery tygodnie Słońca i temperatur ponad 24 stopnie, dochodzących czasami nawet do 32 stopni. Wieczorem w środę, po wizycie w muzeum, spotkaliśmy się ze znajomymi Sary – jej przyjaciółką Jasmine która nam towarzyszyła kilka tygodni wcześniej w Whanganui, oraz jej ekipą. Obiad zjedliśmy w knajpie Aunty Mena’s – polecam, pyszne curry i dobre ceny. Po jedzeniu poszliśmy na jedno do Third Eye, oraz na kilka więcej do Heyday. 🙂 Pierwsze miejsce to pub browaru rzemieślniczego Tuatara (którego główną siedzibę w Paraparaumu odwiedziliśmy trzy tygodnie wcześniej), a drugie to mini-browar o tej samej nazwie. APA i IPA obu tych marek były wyśmienite. 🙂 Próbowałem też niefiltrowanego IPA z browaru No 8 Wired – raj dla podniebienia!

The Third Eye, polecam smakoszom piwa! Graffiti przedstawia jaszczurkę Tuatara, od której nazwę bierze browar

W czwartek dzień był dość pochmurny, a także wietrzny, ale nie powstrzymało to nas przed zaplanowaną wizytą w miasteczku Petone. Celem była plaża, muzeum osadników oraz … sklepy z przecenionym sprzętem górskim. Zaczęliśmy od tego ostatniego tematu, i zakupy w Kathmandu oraz Macpac okazały się bardzo udane. Kupiłem sporo sprzętu górskiego, głównie ciepłe techniczne bluzy, skarpetki oraz baselayer. Po udanych zakupach i naleśnikach we francuskiej knajpie, którą Sarah pamięta z dzieciństwa, udaliśmy się na plażę. Wiało mocno i unoszony z wiatrem piasek dawał się we znaki. Jednakże, warunki takie wynagradzają przeżyciami które łatwo przegapić siedząc w domu. Grupy rybitw ustawiały się na plaży pod wiatr i musiały tylko odrobinę otworzyć skrzydła żeby poszybować w niebo, startując bardzo szybko, niczym jak rakiety. Ostrygojady przebierały plażę w poszukiwaniu obiadu. Drewniane molo przypominało mi nieco Gdynię, lub Hel. Spore fale rozbijały się o jego filary.

Molo w Petone

Miasteczko Petone zostało wybrane przez Kompanię Nowozelandzką (firmę organizującą emigrację i statki przyworzące europejskich osadników do Nowej Zelandii w latach 1837-1858) jako pierwsze miejsce lądowań w obszarze zatoki Wellington Harbour. Miejsce w którym założono wioskę, mimo pomocy lokalnych Maori, było fatalnie wybrane. W pierwszych trzech miesiącach osadnicy którym firma sprzedała ideał raju po drugiej stromie świata, musieli przeżyć dwie powodzie, pożar który strawił prawie wszystkie chatki, a także trzęsienie ziemi! Trzęsienie ziemi spowodowało podmoknięcie terenu, który zamienił się w bagno. Podjęta została decyzja o przeniesieniu się na drugą stronę zatoki, do miejsca gdzie dzisiaj znajduje się miasto Wellington. Wszystko to było możliwe dzięki współpracy lokalnych Māori, którzy w zamian liczyli na ochronę marynarki brytyjskiej, handel z europejczykami i związany z tym wzrost znaczenia swojego plemienia w świecie Māori. Muzeum, które odwiedziliśmy w Petone, przedstawia tą bardzo ciekawą historię pierwszych europejskich osadników, dokumentuje ich trudy i nieszczęścia jakie ich spotkały, i opowiada o ich relacjach z maoryskimi współlokatorami.

Model jednego ze statków Kompanii Nowozelandzkiej

Druga część muzeum przedstawia późniejszą historię miasteczka, które w drugiej części XX wieku przeżywało boom dzięki rozwojowi przemysłu i budowie wielu fabryk. Dzisiaj przemysł z kolei też już stąd zniknął (przeniósł się do Chin, Indii i Wietnamu), a okolica jest głównie popularna dzięki fajnym restauracjom, plaży, sklepom, turystyce, a także dzięki bliskości stolicy do której można się dostać pociągiem w 20 minut.


W piątek przyszedł czas na pakowanie i ostatnie zakupy, a także podsumowania, ostatni przed wyjazdem obiad w domu u rodziców Sary, a także odwiedziny kilku sąsiadów i przyjaciół rodziny których wcześniej poznałem (sami świetni ludzie!). Zaczęło się robić troszeczkę smutno i nostalgicznie. Już na zapas tęskniłem, ale było z tym sobie łatwo poradzić – ponieważ wiem że na pewno tu wrócę – i wtedy prawdopodobnie wznowię ten blog. 🙂

Jedno z pożegnalnych zdjęć na molo w Petone. W nowej bluzie nowozelandzkiej marki Kathmandu 🙂

W sobotę samolot relacji Wellington – Melbourne zabrał nas o 15:50 z Nowej Zelandii, z tego magicznego kraju, w kierunku drugiej strony świata. Do Szkocji dotarliśmy 33 godziny poźniej, około 11:00 czasu GMT w niedzielę. Podróż nie była zbyt ciężka, nawet mieliśmy cały cztero-siedzeniowy rząd dla siebie z Dubaju do Glasgow. Nie chcę jednak kończyć na locie. Zakończę wspomnieniem ostatnich chwil spędzonych w Nowej Zelandii. Świetny lunch w Maranui Cafe w pobliżu lotniska, to chyba będzie nasza nowa tradycja. Ostatnie dotknięcie morza, i poświęcenie mojego kamienia pounamu, zapadło mi w pamięć. Zdjęcia na lotnisku przy typowo nowozelandzkich dekoracjach – Gandalf na gryfie Gwaihir, oraz smok Smaug, były zabawną ostatnią chwilą. Oczywiście, pożegnanie w stylu kiwi. Nie mówię że Władca Pierścieni to najlepsza rzecz pochodząca z tego pięknego kraju, ale bardzo fajnie że nowozelandzczycy doceniają swoje produkty, piękno swojego kraju i są tym kim są – niewątpliwie wrócę tu, i to prawdopodobnie niedługo!

Święcenie pounamu
Gandalf w terminalu lotniska 🙂
Smaug przy odprawie bagażowej 🙂

Wszystkim czytelnikom mojego bloga bardzo serdecznie dziękuję! Pisanie sprawia mi masę radości i chętnie podejmę się podobnej misji w trakcie następnej ciekawej wyprawy. Nie wypisujcie się proszę, jeśli nie chcecie przegapić relacji z następnej podróży. 🙂

Dzięki i do usłyszenia!

Przemek

Wellington, część pierwsza

W poniedziałek w końcu przyszedł czas na bliższe zapoznanie się ze stolicą kraju, po którym podróżowałem przez ostatnie cztery tygodnie. Podmiejskim pociągiem dostaliśmy się z Tawa na główny dworzec kolejowy w Wellington. Dworzec jest połączony ze stadionem narodowym, co jest ciekawym rozwiązaniem – z peronu można się udać prosto na trybuny. Dworzec jest także zaraz obok portu, wagony towarowe kontynuują podróż na wyspę południową za pomocą promów.

p3043200
Na dworcu w Wellington. Ten skok się udał 🙂

Jedną z pierwszych rzeczy na które zwróciłem uwagę były… światła dla pieszych. Wzorując się na berlińskim „ampelmann”, władze stolicy NZ zainstalowały światła przedstawiające słynną sufrażystkę Kate Sheppard.

Kate Sheppard. Nowa Zelandia była pierwszym krajem na świecie z pełnym równouprawnieniem dla kobiet w ramach głosowania w wyborach

Naszym pierwszym celem była słynna Wellingtońska kolejka linowa. Po drodze do dolnej stacji kolejki przeszliśmy koło kilku ważnych miejsc. Pomnik ku pamięci żołnierzy (War Memorial) stoi zaraz koło charakterystycznego budynku parlamentu o nazwie „Beehive”. Okrągły budynek parlamentu jest świetnie nazwany, nie tylko ponieważ jego zewnętrzny wygląd przypomina pszczeli ul, ale także dlatego że rzesze pracowitych urzędników siedzą przy biurkach wewnątrz, kojarząc się z pracowitymi pszczołami.

Nowozelandzki parlament „Beehive”

Zaraz obok parlamentu jest sąd najwyższy NZ, a także największy drewniany budynek na półkuli południowej – zbudowany w 1876 roku jako budynek rządowy.

Ten budynek jest zbudowany w zdecydowanej większości z drewna

Stacja dolna kolejki linowej znajduje się na głównej ulicy w centrum miasta, Lambton Quay. Stacja górna jest w Kelburn, dzielnicy na wzgórzach piętrzących się ponad centrum. Kolejka linowa była nawet bardziej interesująca niż się spodziewałem. Myślałem że to czysto turystyczna atrakcja, a okazało się że kolejka jest też używana przez mieszkańców jako środek transportu. Dwa przystanki pośrodku linii pozwalają się dostać do różnych miejsc na stromym wzgórzu, np. do uniwersytetu Victoria. Kolejka została oddana w 1902 roku, i do dzisiaj wagoniki zachowują styl tamtych lat.

Wagonik wellingtońskiej kolejki

Po drodze jest kilka tuneli i punkt do wymijania się wagoników. W tunelach kolorowe światła urozmaicają krótką podróż, która jest zdecydowanie warta tych $5 za bilet w jedną stronę. Z górnej stacji roztaczał się wspaniały widok na miasto i zatokę.

Widok na Wellington z górnej stacji kolejki

Dobrym pomysłem po wyjechaniu kolejką na górę jest zejść na dół na nogach przez ogrody botaniczne Wellington. Projektanci miasta właśnie na to liczyli umiejscawiając ogrody botaniczne na tak stromym zboczu. Jeszcze na szczycie wzgórza, ale już na terenie ogrodów, znajduje się obserwatorium astronomiczne Wellington, w którym można, podobnie jak w obserwatorium na szczycie Mt John w Tekapo, kupić bilet na sesję prywatną (w ramach grupy) z teleskopem. Przed obserwatorium stoi wielkie działo polowe, a na jego kadłubie widnieje herb batalionu pruskiej (niemieckiej) artylerii.

Wielkie pruskie działo

Ta armata została zdobyta przez kompanię nowozelandzką na zachodnim froncie w trakcie pierwszej wojny światowej, w 1918 roku. Działo zostało podarowane miastu Wellington, żeby uczcić pamięć ludzi stąd pochodzących, którzy walczyli w tej okropnej wojnie. Oni walczyli żebyśmy my nie musieli. Ogrody były bardzo malownicze, a dzięki stromiźnie miały w sobie coś z japońskich ogrodów, gdzie nachylenie terenu, otoczenie ogrodu i widoki żyją w ścisłej harmonii ze wszystkimi innymi jego elementami (rośliny, stawy, etc). Moimi ulubionymi miejscami był zagajnik z pięknymi kolorowymi hortensjami oraz staw z małą alkową – gdzie wielu Wellingtończyków robi sobie zdjęcia ślubne.

Hortensje
Zagajnik

Po wyjściu z ogrodów botanicznych udaliśmy się na spacer ulicą Tinakori Road, na której znajduje się tradycyjny dom premiera Nowej Zelandii – odpowiednik Białego Domu, czy też Downing Street 10, ale w stylu „kiwi”. Okolice tej ulicy to jedna z najdroższych dzielnic Wellington. Jest tu pełno pięknych starych domów, a wielu uznanych nowozelandzkich artystów kiedyś tu mieszkała, lub obecnie mieszka. Spacerując po Tinakori Road łatwo trafić na płyty chodnikowe z cytatami znanych nowozelandzkich artystów, wmontowane w chodnik – niemal jak aleja gwiazd w Hollywood, tylko że w wersji „kiwi” – zamiast gwiazd i symboli, inspirujące cytaty.

Tikanori Road

Sara pokazała mi fascynujący dom w jednej z bocznych bardzo stromych alejek (Glenbervie Terrace). Dom nazywa się „wedge home”, a przy okazji z Glenbervie Terrace mieliśmy dobry widok na siedzibę Pani premier. Niestety Jacindy Arden (obecny premier NZ) nie spotkaliśmy! Wizytę na Tikanori Road, jak również poniedziałkową wycieczkę do stolicy, zakończyliśmy w pubie browaru rzemieślniczego Spring & Fern – mieli świetne limitowane Dry Hop IPA oraz Złotą IPA. Kupiliśmy też dużą butelkę do domu, żeby późniejszym wieczorem podzielić się z Tatą Sary.

Spring & Fern

We wtorek rano wybraliśmy się na szczyt pobliskiego wzgórza, Colonial Knob. Ta krótka trasa na szczyt wzniesienia o wysokości jedynie nieco ponad 300 metrów, oferuje wspaniały busz po drodze, jak również świetne widoki ze szczytu. Jest to też diabelnie stroma trasa, a jej dostępność pozwala na jej częste zaliczanie w ramach porannego treningu. Sara kiedyś wdrapywała się na ten szczyt regularnie, mierząc czas. Tym razem zajęło nam to prawie 30 minut (nie spieszyliśmy się za bardzo), następnym razem trzeba będzie pobić ten czas. Niedaleko od początku trasy znajduje się fabryka najlepszej w NZ czekolady – Whittaker, z której unoszący się zapach towarzyszył nam przez pierwsze i ostatnie kilka minut. Zastanawiam się czy powodem dla którego Sara wspinała się tu często, była chęć treningu czy miłość do czekolady. 🙂

Na szczycie Colonial Knob, widok w kierunku Porirua

Po porannym rozruchu wybraliśmy się ponownie do miasta, w którym wiele jeszcze miejsc czekało na odwiedzenie. Bardzo chciałem wybrać się do kolejnego, obok „Rivendell” które zobaczyliśmy w pierwszym tygodniu podróży, miejsca związanego z kręceniem Władcy Pierścieni. Nie można było wybrać lepiej niż Weta Studios.

Ja i troll, przy wejściu do Weta Studios

Weta było odpowiedzialne za wszystkie rekwizyty, kostiumy, zbroje, miecze, charakteryzację i komputerowe efekty specjalne wyprodukowane na potrzeby kręcenia Władcy Pierścieni. Można wręcz rzec, że studio Weta jest odpowiedzialne za stworzenie Śródziemia na Ziemi, a dokładnie w Nowej Zelandii. 🙂 Wyprodukowali oni 38,000 hobbicich stóp, tysiące hełmów i innych elementów zbroi, twarze orków, setki mieczy oraz całe mnóstwo elfich płaszczy i innych rekwizytów. Poza Władcą Pierścieni pracowali nad Hobbit’em, Avatar’em, District 13, Ghost in the Shell i innymi znanymi tytułami!

Gollum!

Wziąłem udział w płatnym zwiedzaniu studia ($29), w trakcie którego wytłumaczono nam proces produkcji. Rzeczy których musi być tysiące, używane w ujęciach szerokich, gdzie aktorzy są daleko od kamery, są produkowane z żywicy silikonowej (np. hełmy, miecze) i malowane w sposób nadający im realistyczny wygląd. Przedmioty które muszą być bliżej, w ujęciach ze średniego dystansu np. narada u Elronda, wykonane są z aluminium. Niektóre przedmioty, na które są zbliżenia z bardzo bliska, jak np. sztylet zdradzieckiego Boromira, są wykonane z metalu w taki sam sposób jak prawdziwe miecze. Studio nawet zatrudnia mistrza miecznika na pełen etat.

Jeden z artystów wyjaśnia proces twórczy

Wizyta była świetna i polecam każdemu interesującemu się Władcą Pierścieni, lub produkcją drogich filmów, odwiedzającemu Wellington. Sprawdźcie tylko czy w porcie nie ma żadnych promów rejsowych, aby uniknąć tłumów.

Mini-muzeum Weta. Chciałoby się mieć taką kolekcję…

Po wizycie w Weta Studios odwiedziliśmy jeden z ulubionych sklepów Sary w tej części miasta – Greek Cafe. W tym sklepiku połączonym z kawiarnią, prowadzonym przez rodzinę pochodzącą z Grecji, można kupić różne słynne greckie przysmaki – od baclavy do keftedes, słodkie rzeczy, lunche na wynos, dobrą kawę i świeże oliwki.

Na kilka godzin wróciliśmy do domu do Tawa, i po przerwie późnym popołudniem wybraliśmy się ponownie do miasta. Zaplanowany mieliśmy obiad z rodzicami Sary w barze Little Beer Quarter, oferującym duży wybór piwa rzemieślniczego z całej Nowej Zelandii oraz świetne (i polecone nam w Nelson przez Toma) hamburgery. Przed odwiedzeniem LBQ odwiedziliśmy dwa słynne punkty. Most „City to Sea” wygląda bardzo nietypowo i jest udekorowany drewnianymi rzeźbami artysty maoryskiego Paratene Matchitt. Rzeźby przypominają ogony wielorybów. Pobliski Civic Square może się pochwalić słynną kulą zawieszoną w powietrzu. Jest to popularne miejsce spotkań, przedstawień i koncertów. Co roku studenci wellingtońskich uczelni, którzy właśnie ukończyli szkołę, spotykają się tutaj żeby rozpocząć marsz przez stolicę w ramach świętowania ukończenia studiów.

Wellington Civic Square

Bar LBQ sprostał oczekiwaniom. Atmosfera była świetna, jedzenie wyśmienite, a wybór piwa bogaty. Próbowałem świetnych mocno chmielonych IPA z Wellington (Garage Project) a także z południowego browaru No 8 Wire. Browar „No 8 Wire” nazwę przyjął od popularnego typu drutu, który w odizolowanych społecznościach wyspy południowej był używany nie tylko do konstrukcji płotów, ale także do naprawiania praktycznie wszystkiego. W Nowej Zelandii istnieje nawet powiedzenie „a number 8 wire mentality” oznaczające zdolność do tworzenia lub naprawiania przyrządów i maszynerii używając wszelakiego złomu. Potrzeba jest matką wynalazczości, zwłaszcza w Nowej Zelandii.

Do napisania pozostał mi jeszcze jeden post, opisujący ostatnie kilka dni spędzone w Wellington i Petone w trakcie tej wspaniałej wyprawy. Proszę zostańcie ze mną, niedługo ostatni post z tych wakacji, a w przyszłości – więcej pisania na temat innych miejsc które chciałbym odwiedzić 🙂

Dzięki za uwagę,

Przemek

Christchurch i Akaroa

W środę wieczorem dojechaliśmy do Christchurch. Było już dość późno, więc nie wjeżdżaliśmy do centrum – zamiast tego udaliśmy się do browaru rzemieślniczego Laboratory na obrzeżach miasta, w Rolleston. Piwa były bardzo dobre, a pizza jeszcze lepsza. W Christchurch zatrzymaliśmy się na 3 noce u przyjaciółki rodziny Sary, Margo, która mieszka w Rolleston. Środowy wieczór upłynął na rozmowach o naszych podróżach, a także trzęsieniach ziemi które zniszczyły znaczną część centrum Christchurch w latach 2010 – 2012. Niestety 185 osób straciło życie, a zniszczenia były tak rozległe, że do dzisiaj wyraźnie widać skutki, o czym więcej napiszę nieco niżej.

W czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę na malowniczy półwysep Banks i nad zatokę Akaroa. Półwysep jest pozostałością olbrzymiego wulkanu. Zatoka Akaroa wypełnia krater, który w trakcie dramatycznej erupcji został wypełniony wodą morską. Granie pasm górskich na półwyspie to obręcz starożytnego krateru wulkanu. Pogoda była wyśmienita, co było świetne ze względu na zaplanowany rejs po zatoce.

Zatoka Akaroa

Po drodze do Akaroa zatrzymaliśmy się przy jeziorze Ellesmere i mierzeji oddzielającej go od oceanu, w miejscu o nazwie Birdlings Flat. Ten bardzo suchy półwysep jest domem dla jednego z dwóch jadowitych pająków w Nowej Zelandii – Katipo. Na szczęście pająki Katipo są rzadkie. Żeby ich uniknąć należy nie chodzić po krzakach przy plaży (na otwarty piasek lub kamienie Katipo się raczej nie zapuszczają).

Na mierzeji przy jeziorze Ellesmere, bardzo suche miejsce, praktycznie pustynia

Droga do Akaroa była bardzo ciekawa. Wysoka przełęcz otworzyła dostęp do zatoki schowanej w centrum półwyspu. Wysokie wzgórza otaczają port i miasto. Co ciekawe, Akaroa rozpoczęła jako francuskie osiedle w Nowej Zelandii. Francuzi mieli ambicje skolonizować te wyspy i dołączyć je do imperium francuskiego (lub przynajmniej wyspę południową). Historia inaczej się potoczyła i francuscy osadnicy dotarli do Akaroa zaledwie kilka tygodni po Brytyjczykach, którzy zdążyli już wywiesić tu flagę. Brytyjczycy jednak pozwolili kolonistom założyć osiedle. Do dzisiaj widać i słychać francuskie wpływy w Akaroa.

Port w Akaroa

Po krótkim spacerze i porannej kawie, wsiedliśmy na pokład statku firmy Akaroa Dolphins. Wybieraliśmy się na rejs mający na celu znalezienie delfinów hector i małych niebieskich pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Nasza łajba

Zatoka jest idealnym miejscem na wycieczki przyrodnicze. W cenie biletu dostaliśmy po piwku lub szklance wina, i ruszyliśmy w drogę.

Zadowolony z piwkiem w ręku

Bardzo szybko trafiliśmy na pierwsze delfiny, których w okolicy mieszka aż ponad 1000 (w lecie). Miejsca na dziobie łodzi zapewniały nam bliski kontakt z delfinami i dały okazję zrobienia im wielu dobrych zdjęć. Rejs był fantastyczny, ponieważ znaleźliśmy też najmniejsze na świecie pingwiny (40-45 cm długości), występujące w Nowej Zelandii i południowej Australii. Były też foki, południowe jastrzębie, oraz świetne widoki na wzgórza i klify, a także fajny komentarz od skippera.

Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Hector dolphin (tonin nowozelandzki)
Klify wzdłuż zatoki Akaroa

W drodze powrotnej z Akaroa odwiedziliśmy Lyttleton. Ten pięknie położony port i wioska rybacka była ważnym miejscem w historii regionu Canterbury. To tutaj przybyło większość osadników, którzy założyli Christchurch, stolicę regionu. Tutaj przybiły do brzegu pierwsze cztery statki wyprawy kolonizacyjnej wysłanej do tej części wyspy południowej w roku 1850 przez Imperium Brytyjskie. Ludzie Ci byli znani jako „Canterbury Pilgrims”. Kolonizacja była kontynuowana i latach 1860 – 1870 na jednym ze statków, Salisbury, przybyli do Lyttleton przodkowie Sary od strony jej Mamy.

Lyttleton

Piątek przeznaczyliśmy na zapoznanie się z centrum miasta. Wczesnym rankiem jednakże, wybrałem się do centrum antarktycznego, znajdującego się zaraz obok lotniska. Christchurch jest miejscem z którego zaopatrywana jest największa baza na Antarktydzie – McMurdo, a także nowozelandzka baza Scott. Amerykanie, do których należy McMurdo, mają umowę z Nową Zelandią i używają Christchurch jako bazy zaopatrzeniowej dla swej bazy. Znajduje się tutaj wielki magazyn sprzętu (w McMurdo w lecie mieszka do 1200 osób!), oraz samoloty C-130 Hercules i C-17 Globemaster III. Ten drugi to największy samolot latający na Antarktydę. Lot Globemaster’em z Christchurch do McMurdo trwa tylko 5 godzin.

Turystyczna atrakcja związana z Antarktydą jest więc bardzo na miejscu w Christchurch. Wizyta była bardzo udana, muzeum oferuje dobrą równowagę pomiędzy przekazywaniem informacji w tradycyjny sposób i interaktywnymi atrakcjami. Poza dowiedzeniem się wiele na temat geografii, geologii, badań naukowych i życia na Antarktydzie, miałem okazję z bliska zapoznać się z psami husky (ze schroniska dla bezdomnych psów), zobaczyć karmienie szesnastu przyjaznych pingwinów (również wszystkie uratowane), a także przejechać się pojazdem Hägglund i zakosztować symulacji antarktycznego sztormu. Zwłaszcza przejazd pojazdem Hägglund po torze przeszkód był bardzo ciekawy – te pojazdy potrafią przejechać nawet ponad szczelinami lodowcowymi o szerokości 1.5 metra, wyjechać po 45° zboczu, a także poruszać się na powierzchni wody (jako amfibia). Bilet kosztuje sporo ($60), ale w Internecie można łatwo znaleźć kupony dające do 45% zniżki i warto się wybrać jeśli Cię kręci ten temat.

Pojazd Hägglund w barwach Kiwi
Małe niebieskie pingwiny

Popołudniu zwiedziliśmy centrum Christchurch. Zaczęliśmy od muzeum regionu Canterbury, gdzie było kilka kompletnych szkieletów Moa. Te niestety już wymarłe ptaki występowały tylko tutaj. Moa były największymi lądowymi zwierzętami w Nowej Zelandii. Niestety zostały wybite przez Māori jeszcze przed przybyciem Europejczyków do Nowej Zelandii, ze względu na ich oczywistą przydatność jako źródło pożywienia.

Szkielety wymarłego Moa

Zaraz obok muzeum znajduje się piękny budynek, w którym niegdyś znajdował się między innymi Uniwersytet Canterbury – jeden z najstarszych w NZ. Dzisiaj jest tutaj Centrum Sztuki, a uniwersytet ma nowe budynki. Budynek ucierpiał w trzęsieniach ziemi w lutym 2011, a także w czerwcu 2011. Wieża obserwatorium się zawaliła, a kilka innych ścian i wież popękało. Budynek ma duże znaczenie historyczne dla miasta, więc jest w trakcie restoracji. Wieża obserwatorium ma być odbudowana głównie z tych samych materiałów i oddana do użytku w 2021 roku. Piękny witraż w głównej hali już odrestaurowano.

Centrum sztuki w Christchurch, były budynek Uniwersytetu Canterbury
Zabezpieczenia w ramach napraw po trzęsieniu ziemi

Dalszy spacer po mieście w pełni odsłonił dewastację jaką trzęsienia ziemi w 2011 roku spowodowały. W centrum miasta główna katedra leży w ruinach. W jej odsłoniętej głównej nawie dzisiaj mieszkają gołębie. Cały obszar wokół katedry jest odgrodzony. Niedawno podjęto decyzję o odbudowaniu katedry i zebrano na to środki. Potrwa to jednak wiele lat, prawdopodobnie conajmniej 10-20 lat. Niedaleko stąd otwarto „kartonową katedrę”, wg projektu japońskiego architekta. Ta lekka konstrukcja z belek zrobionych ze sprasowanej tektury ma służyć dopóki główna katedra nie zostanie odbudowana. Imponująca zastępcza katedra niestety nie jest bez wad, i nie są władze miasta pewne ile wytrzyma.

Zniszczona katedra
„Kartonowa” katedra

W pobliżu katedry są dwa bardzo poruszające pomniki upamiętniające tragedię trzęsień ziemi. W jednym miejscu 185 pustych białych krzeseł upamiętnia 185 ludzi którzy stracili życie. Niedaleko stamtąd jest plac i pomnik w miejscu gdzie stał budynek CTV, który się kompletnie zawalił, składając jak akordeon i odbierając życie 115 osobom.

Puste krzesła, symbolizujące 185 osób które straciły życie

Wybraliśmy się też nad rzekę Avon po drugiej stronie centrum. Idąc tam przeszliśmy obok kompletnie nowych budynków. Centrum miasta poza kilkoma budynkami zostało całkowicie rozebrane wskutek dużych zniszczeń i jest odbudowywane wg nowych planów. Budynki które się nie zawaliły, i tak musiały zostać rozebrane. Wskutek trzęsień ziemi, Christchurch spadło na trzecie miejsce na liście największych miast NZ, pod kątem populacji, wyprzedzone przez Wellington. To głównie dlatego że ludzie przenieśli się do miasteczek i wiosek na obrzeżach i opuścili dzielnice blisko centrum, które ucierpiały najbardziej. Nad rzeką doszliśmy do ostatniego poruszającego pomnika – listy imion osób które straciły życie.

Niedawno otwarty pomnik ku pamięci ofiar trzęsienia ziemi

Co dość niesamowite, przypadkiem byliśmy w centrum Christchurch dokładnie w 8 rocznicę lutego trzęsienia – 22 lutego. Miasto obecnie jest nietypowym miejscem do odwiedzenia. Bardzo poruszające, ale też budujące – dobrze widzieć siłę mieszkańców, którzy odbudowują miasto. Ciekawie będzie wrócić za 10 lat i zobaczyć dokończoną nową wersję miasta, wypełnioną również uratowanymi historycznymi budynkami tam gdzie to było możliwe, lub miało sens.

Kwiaty włożone w stożek do kontroli ruchu, nieoficjalny symbol szacunku dla ofiar trzęsienia

W sobotę ruszaliśmy dalej w drogę, na południe, i wgłąb kraju. Przed nami góry, Alpy Nowozelandzkie. 🙂

Dzięki za czytanie dla wszystkich którzy ciągle śledzą! Poślijcie linka znajomym jeżeli Wam się dobrze czyta 🙂

Przemek

Wybrzeże Whanganui

Jak można było się spodziewać obozując na farmie, zostaliśmy obudzeni przez piejące koguty i gdakające kaczki. Mimo przyrzekania że zrobimy z nich rosół wieczorem, nasze serce zmiękło po śniadaniu i nakarmiliśmy je zgodnie z planem.

Śniadanie na farmie

Dzisiejsze podróżowanie rozpoczęliśmy od wizyty na sobotnim targu nad rzeką w centrum miasta. Lokalni rzemieślnicy i artyści mieli tam liczne stoiska, było też dużo dobrego jedzenia. Trafiliśmy na pokaz „raku„, czyli japońskiego tradycyjnego sposobu wypalania ręcznie robionej ceramiki.

Pokaz wypalania ręcznie robionej ceramiki

Na jednym ze stoisk można było kupić biżuterię zrobioną z pounamu, nowozelandzkiego jadeitu. Tylko Māori mają prawo używać tych kamieni w celach komercyjnych, lub wydawać licencję na ich używanie. Whanganui jest znane z żywej sceny twórczej, i wielu utalentowanych wykonawców miało tu swoje stoiska. Przeszliśmy się również po centrum miasta, i przyglądnęliśmy architekturze, a także pospacerowaliśmy wzdłuż rzeki.

Bardzo ciekawa rzeźba. Kula z oplatająca ją mapą rzeki od źródeł do ujścia
Architektura wiktoriańska w centrum Whanganui
Historyczny parowiec oferuje turystyczne rejsy po Whanganui

Naszym głównym celem w sobotę była plaża Ototoka, położona kilkanaście kilometrów na północ od Whanganui.

W drodze na plażę Ototoka z parkingu

Warto było przejechać te kilka kilometrów drogą szutrową aby tam dotrzeć. Plaża może pochwalić się czarnym piaskiem, klifami pełnymi muszel i skamielin sprzed milionów lat, oraz świetnymi warunkami dla paralotniarzy. Jest bardzo szeroka, i mało uczęszczana. Spędziliśmy kilka godzin na odpoczywaniu, pływaniu, czytaniu, wyszukiwaniu ciekawych muszel i kamieni, oraz oglądaniu paralotniarzy.

Czarny piasek i paralotniarze
Plażowe znaleziska. Kamień w środku szczególnie ciekawy dzięki odbitym wzorom

W drodze powrotnej na farmę zjedliśmy pizzę nad rzeką. Po pływaniu zawsze mam ogromny apetyt. Ludzie na spacerach z psami musieli powstrzymywać swoich ulubieńców od poczęstowania się kawałkiem. Późny wieczór na farmie spędzony został podobnie jak poprzedni, do rozrywek dołączyła gra planszowa podobna do Scrabble – Bananagramz, polecam. Nasi znajomi następnego dnia wracali do Wellington, a my dalej ruszaliśmy we dwójkę. Umówiliśmy się na ponowne spotkanie w Wellington pod koniec naszego pobytu w Nowej Zelandii.

Rano w niedzielę szybko zwinęliśmy namioty i pożegnaliśmy się z kaczkami. Przed rozpoczęciem następnego etapu podróży chcieliśmy odwiedzić najlepszy punkt widokowy w Whanganui – ponad 30 metrową wieżę na szczycie Durie Hill. Na wzgórze można dostać się za pomocą tunelu o długości 213 metrów połączonego z windą, która wyjeżdża na szczyt wzgórza.

Ta bardzo nietypowa konstrukcja została oddana do użytku w 1916 roku. Po dotarciu windą na szczyt wzgórza, czekało nas jeszcze 176 stopni żeby dostać się na platformę widokową na szczycie wieży, która upamiętnia żołnierzy poległych w pierwszej wojnie światowej.

Tablica ku pamięci poległych żołnierzy

Nowozelandzcy żołnierze walczyli na wielu frontach tej wojny, a zwłaszcza pod Galipoli w Turcji cierpieli najbardziej. Walczenie w tej wojnie scementowało kraj i pomogło zdefiniować nowy Nowozelandzki naród, który szybko później uzyskał niepodległość od Wielkiej Brytanii. Widoki ze szczytu wieży były wspaniałe i warte wysiłku. Miasto, morze, rzeka, żółte wzgórza i busz nas otaczały.

Widok na Whanganui i morze Tasmana
Widok na wschód w kierunku niezliczonych żółtych wzgórz

Przed opuszczeniem wybrzeża i udaniem się na północ wgłąb wyspy północnej, po raz ostatni odwiedziliśmy brzegi rzeki i zrobiliśmy kilka świetnych zdjęć na spacerowej promenadzie w zachodniej części miasta, blisko ujścia Whanganui.

Ja i Sara nad rzeką Whanganui

Do usłyszenia niedługo i dzięki za czytanie. Od jutra lekka zmiana krajobrazu i tempa naszej przygody. Przed nami wycieczka kajakowa oraz piesza wędrówka.

Przemek

Melbourne, dzień 2

Z radością informuję, że nie mamy Jet laga. Spaliśmy bardzo dobrze, nie budziliśmy się więcej niż normalnie i wstaliśmy wypoczęci 🙂

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w kolejnej rewelacyjnej lokalnej knajpie serwującej śniadania i lunch. Collingwood wypełnione jest modnymi lokalami, a w tych do których nasi przyjaciele nas zabrali obsługa i jedzenie były fantastyczne. Dzisiaj byliśmy w „Min Lokal”, polecam gorąco.

W trakcie śniadania dołączył do nas przyjaciel Sary Ajay, i dalszą część dnia spędziliśmy w piątkę. Z pełnymi brzuchami i usatysfakcjonowanym podniebieniem ruszyliśmy na spacer w kierunku NVG, Narodowej Galerii Stanu Victoria. Temperatura rosła z godziny na godzinę, więc naszą misją było dotrzeć do Galerii przed najgorętszą częścią dnia. Dzisiaj nasza trasa prowadziła przed dzielnicę Fitzroy, wypełnioną pięknymi domami tarasowymi z wykwintnymi dekoracjami balkonów i bram wejściowych.

Przykład ornamentacji domów tarasowych
Jeden z domów w stylu kolonialnym w dzielnicy Fitzroy

Przeszliśmy również przez park Fitzroy Gardens, obok katedry, a następnie w kierunku centrum. Widoki na wysokie budynki w centrum, wliczając najwyższy budynek Australii, przykuwały uwagę.

Katedra w Melbourne
Park Fitzroy Gardens z widokiem na centrum

Z wiaduktu ponad dziesiątkami torów kolejowych prowadzących do głównej stacji kolejowej Melbourne Flinders Street, mieliśmy piękne widoki na centrum, a w oddali widzieliśmy tenisowe stadiony i korty Australian Open oraz największy stadion w mieście – MCG (Melbourne Cricket Grounds).

Pośrodku najwyższy budynek Australii

Po drodze do galerii odwiedziliśmy jedną z alejek słynących z graffiti – Melbourne naprawdę szanuje ten rodzaj sztuki i w wielu miejscach graffiti wpisało się nierozerwalnie w charakter i krajobraz miasta.

Graffiti robi wrażenie
W alejce graficiarzy

Rzekę Yarra przekroczyliśmy używając jednego z najważniejszych mostów w centrum, z którego można podziwiać panoramę miasta.

Rzeka Yarra i stadion MCG (Melbourne Cricket Grounds)

Temperatura dochodziła do 35 stopni, więc chętnie schowaliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu Galerii NGV. Darmowa część wystawy obecnie zawiera niezwykłą mieszankę stylów, od sztuki nowoczesnej, mody i fotografii, do XVIII wiecznej wystawy niemieckiej porcelany i obrazów holenderskich mistrzów. Była nawet audiowizualna prezentacja na temat wpływu gier komputerowych, popkultury i marketingu na nasze życie. Jedną z ciekawych rzeczy w galerii były opisy przeznaczone dla dzieci. W ten sposób autorzy wystaw angażują najmłodszych i cały budynek jest miejscem rodzinnych spotkań, jak również spotkań z przyjaciółmi, a przy okazji miejscem spotkań ze sztuką.

Pod witrażami w galerii NGV
Suknia zaprojektowana dla Björk, Galeria NGV

Po ochłodzeniu się w galerii, ciężko było wyjść na zewnątrz. Temperatura doszła do 39°C, co jest już trochę za dużo. Udało nam się przejść może 800 metrów zanim postanowiliśmy się schować w knajpie nad rzeką. 🙂

Na pierwszym planie pub Riverland, na drugim centrum

Lokal nazywał się Riverland, i kosztując odświerzające australijskie „Pacific Pale Ale” z browarów takich jak Wild Yak oraz 4 Pines, przeczekaliśmy upał, konwersując na temat życia w Melbourne, australijskiego futbolu (w tym sporcie mają okrągłe boisko, a najwięcej zagorzałych fanów tego sportu pochodzi właśnie z Melbourne), turystycznych atrakcji poza miastem w stanie Victoria (zbieramy informacje na potrzeby następnej wizyty) oraz na temat innych miast w Australii. Jak w większości państw, także i tutaj jest poważna rywalizacja między miastami. W Polsce mamy Warszawę i Kraków, w Szkocji Glasgow i Edynburg, a tutaj Melbourne i Sydney. 🙂

Po odpoczynku nad rzeką, ruszyliśmy z powrotem w kierunku naszego Collingwood. Trasa prowadziła przez drugą część parku FitzRoy Gardens. Przeszliśmy obok domu Kapitana Cooka (tego który słynie z ponownego odkrycia Nowej Zelandii – holenderczyk Tasman był pierwszy). Dom ten został rozebrany w Anglii, przewieziony do Australii i cegła po cegle złożony na nowo w parku w Melbourne! Kapitan Cook jest ważną postacią zarówno dla Nowozelandczyków, jak i Australijczyków.

Dom Kapitana Cooka w parku Fitzroy

Po krótkiej przerwie na mieszkaniu, pożegnaliśmy się z Ajay’em, i z Charlie i Shainne’m udaliśmy się na obiad do malezyjskiej restauracji „The Old Raffles Hotel” – kolejne z ulubionych miejsc Shainne’a. Curry było wprost wyśmienite. Melbourne stoi bardzo wysoko na mojej liście miejsc, które warto odwiedzić ponownie – a główny powód to kuchnia, kosmopolityczna atmosfera oraz nowi i starzy przyjaciele.

Późnym wieczorem po drodze do domu mieliśmy okazję zobaczyć coś bardzo niezwykłego – migrację nietoperzy, które regularnie przelatują nad miastem! Dziesiątki nietoperzy wypełniają niebo krótko po zachodzie Słońca. Te nocne stworzenia przelatują nad dzielnicą Collingwood z lasu w którym śpią za dnia, nad rzeką Yarra, kilka kilometrów na północ. W nocy, udają się na obiad do rezerwatu na południe od miasta, w którym rosną drzewa bogate w ich ulubione liście lub owoce. Wracają wczesnym rankiem. Można je zobaczyć prawie co noc. Są to bardzo duże nietoperze, jedne z największych na świecie, rozpiętością skrzydeł przypominają duże kruki. Ich lot jest nieregularny, zauważalnie inny niż ptaków, a czasami są tak nisko że można zobaczyć nawet wystające uszy!

Po powrocie w mieszkaniu podziękowaliśmy naszym przyjaciołom za ich wspaniałą gościnę, i nawet był czas żeby przy piwku oglądnąć razem część nowego filmu braci Coen na Netflixie.

Czas spędzony w Melbourne był nieco za krótki, aż szkoda jutro wyjeżdżać. Jednakże przed nami główny cel naszej podróży. Dar morza, „Gift of the Sea”, Aotearoa, kraj Kiwi, haki i bogactwa innych skarbów. Do usłyszenia z Wellington. 🙂

Przemek

„Strawflower”, kwiat pochodzący z Australii

Melbourne

Od wczesnego poranka wczoraj, jesteśmy w Melbourne, drugim największym mieście Australii. Od samego początku miasto mnie zaskoczyło swoim rozmiarem, a zwłaszcza ilością wieżowców w centrum. Wyglądem centrum Melbourne przypomina inne duże nowoczesne miasta jak na przykład Szanghaj, albo nawet Nowy Jork.

Panorama Melbourne

Odwiedzamy tutaj przyjaciół, do których mieszkania w Collingwood dotarliśmy około 8:30 wczoraj rano. Po odświeżeniu się po długim locie, ruszyliśmy na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od rewelacyjnego śniadania w japońskiej knajpie Cibi. Shainne, nasz australijski kolega, jest wielkim fanem Japonii, a w Melbourne najwyraźniej jest sporo japońskich wpływów. Ogólnie miasto jest bardzo kosmopolityczne, pod tym względem przypomina na przykład Berlin.

Bar Cibi

Collingwood to jedna ze starszych dzielnic miasta. Wiele domów tutaj może się pochwalić tradycyjnymi dekoracjami balkonów i tarasów. Głównie budowane w latach 20-30 XX wieku, domy te nazywane są „terrace houses”.

Dekoracje domów tarasowych

Wiele budynków tutaj jest pod ochroną konserwatora zabytków, wskutek czego ulice to mieszanka nowoczesności i tradycji. Dzielnica jest wypełniona restauracjami, barami i targami. Odwiedziliśmy dwa targi, Rose Street Market i drugi zaraz obok. Moją uwagę zwróciło graffiti, ciężko znaleźć tutaj stary mur który nie mógłby się pochwalić imponującym graffiti.

Targ i graffiti

Styl graffiti jest różnorodny, od stylizowanych pozawijanych liter, do pięknych portretów i wizerunków zwierząt. Spacer po okolicy zakończyliśmy odświeżającym piwkiem w jednym z ulubionych barów naszych gospodarzy – stoliki na dachu pozwoliły cieszyć się Słońcem.

Stoliki ukryte na dachu, niewidoczne z ulicy

Wczesnym popołudniem wzięliśmy tramwaj do centrum. Zgodnie z rekomendacją mojej Sary, która była już w Melbourne kilka razy, udaliśmy się do biblioteki stanu Victoria (Melbourne jest stolicą jednego ze stanów Australii, stanu Victoria). Ten imponujący budynek kryje w sobie muzeum poświęcone historii stanu, jak również dziesiątki tysięcy książek i piękną czytelnię.

Czytelnia biblioteki stanu Victoria

W muzeum spędziłem dużo czasu czytając o historii gorączki złota, tak zwanych „bushrangers” oraz na temat życia bandyty Neda Kelly, oraz jego starcia z prawem i ewentualnej egzekucji. Fascynująca historia, która teraz nie ma oczywistych dobrych i złych postaci, polecam poczytać o bushrangerach i historii rodziny Kelly. Australijski western pełną parą.

Zbroja Neda Kelly – kule policji się go nie imały

Temperatura dochodziła do 35°C, więc spacerując po okolicy chowaliśmy się w pięknych arkadach, które przechodziły między i pod wysokimi budynkami.

Arkady Melbourne

Tymi uliczkami dotarliśmy nad rzekę Yarra. Zatrzymaliśmy się tutaj w fajnym barze przy rzece, na degustacje kilku lekkich australijskich piwek. Na tym upale styl „Pacific Pale Ale”, często z cytrusowymi nutami smakowymi, jest idealny. Zmęczenia dało się trochę we znaki więc wróciliśmy około 18 do Collingwood na drzemkę.

Nad rzeką Yarra

W centrum czekając na tramwaj

Różnica temperatur i pór roku robi wrażenie. Różnica czasu póki co nie za bardzo. Na szczęście udało się spać wystarczająca ilość czasu w samolocie. Po odświerzającym prysznicu i drzemce, ruszyliśmy na wieczorny spacer.

Collingwood ożywa jeszcze bardziej późnym wieczorem. Puby, bary i niczym jak w Rzymie, artyzańskie lodziarnie otwarte do późna, ściągają wielu klientów. Na obiad udaliśmy się do kolejnego ulubionego miejsca naszych gospodarzy Charlie oraz Shainne’a – Union Club. Pyszne jedzenie, z menu inspirowanym kuchnią brytyjską oraz azjatycką (Korea, Japonia, Malaje) – mieszanka która wydaje się tutaj być standardem.

Wspaniały pierwszy dzień urlopu, wypełniony głównie rozmowami z naszymi przyjaciółmi o Australii, podróżowaniu, trochę o naszych planach i pracy. Jutro spotykamy się z kolejnym przyjacielem Sary, który pochodzi z Nowej Zelandii ale mieszka w Melbourne. Przy okazji z pewnością uda się też zobaczyć więcej tego pięknego i bardzo przyjaznego miasta, do którego już wiem że będę chciał wrócić w przyszłości.

Pozdrowienia z Collingwood,

Przemek