Park Narodowy Tongariro

We wtorek rano spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w drogę na wschód w kierunku Rotorua. Zanim jednak opuściliśmy Taumarunui, zatrzymaliśmy się przy lokalnym Wharenui, domu spotkań lokalnego plemienia Māori.

Wharenui w Taumarunui

Wharenui służy jako miejsce gdzie Māori spotykają się ze swoimi przodkami, jak również rodziną i pobratymcami. Budynek jest na terenie Marae, który zwykle jest kompleksem budynków i innych symboli plemienia, pełniących funkcje sakralne, społeczne i niekiedy również polityczne. Konstrukcja Wharenui reprezentuje świętego przodka plemienia, przód to twarz i ramiona, a belki wewnątrz równolegle do „ramion” to żebra. Wchodząc do Wharenui wchodzi się wewnątrz historii i „ciała” swoich przodków.

Wharenui w Taumarunui, widok z przodu

Turyści i goście odwiedzający te miejsca powinni wykazywać szacunek na terenie Marae, podobnie do bycia w kościele.

Po drodze do Rotorua, mieliśmy w planach odwiedzenie Parku Narodowego Tongariro. Centrum turystyczne parku znajduje się w wiosce Whakapapa, na wysokości ok. 1000 m. W centrum turystycznym znajduje się małe muzeum poświęcone geologii, naturze i historii trzech wulkanów, które się tu znajdują: Ruapehu, Ngaruhoe i Tongariro.

W muzeum w parku Tongariro, wewnątrz modelu Wharenui. Każde plemię Māori ma swój wzór

Ruapehu jest bardzo aktywny – miały miejsce trzy erupcje od 1995 roku. W centrum turystycznym są mapy pokazujące którędy lawa i tak zwane „lahary” (olbrzymie strumienie błota) by płynęły w przypadku erupcji, i jak się należy ewakuować.

Ruapehu z północy, zdjęcie zrobione później na trasie

Dowiedziałem się również wiele o olbrzymiej erupcji wulkanu Taupō, którego gigantyczny krater obecnie wypełnia największe i najgłębsze jezioro w Nowej Zelandii. Skutki tej erupcji w II wieku naszej ery, były widoczne w Chinach i odczuwalne w Europie, a teren na wschód został pokryty warstwą popiołu gruba na kilka metrów.

Jezioro Taupō wypełnia wielki krater nieczynnego wulkanu

Nie mieliśmy niestety czasu żeby wspiąć się na jeden z tych wulkanów. Na Tongariro można wyjść bardzo popularną trasą (słynne Tongariro Crossing), i można też wyjść trasą turystyczną do jeziora w kraterze Ruapehu, ale Ngaruhoe jest tylko dostępny dla alpinistów. Zamiast zdobywać szczyty, udaliśmy się na 2-godzinny spacer do wodospadów Taranaki.

Wodospad Taranaki

Pogoda była kiepska gdy zaczynaliśmy, ale później się wypogodziło. Wodospady były bardzo malownicze, skarłowaciały las inny niż busz na niższych wysokościach, a widoki na Ruapehu w drugiej części trasy, wyśmienite.

Kwiat drzewa Manuka. To nektar tych kwiatów pozwala nowozelandzkim pszczołom na produkcję pysznego miodu Manuka

Widzieliśmy doliny usiane świeżymi skałami zbudowanymi z zastygłej magmy podczas trzech erupcji w ostatnich 23 latach. Wulkaniczny klimat tego parku narodowego jest bardzo warty uwagi.

Dolina wypełniona świeżymi skałami wulkanicznymi
Bliższe ujęcie na skały wulkaniczne

Z ciekawostek dla fanów Władcy Pierścieni, na Tongariro i Ngaruhoe kręcono sceny w Mordorze. Tongariro w filmie reprezentuje Plains of Gorgoroth, a Ngaruhoe służyło za Mount Doom (Góra Przeznaczenia).

Przykryte chmurami Ngaruhoe i Tongariro

Po drodze do Rotorua, mieliśmy jeszcze dwa świetne przystanki we wtorek. Drogą stanową numer 1 przejechaliśmy wzdłuż jeziora Taupō (czyli defacto po obrzeżach krateru starożytnego nieczynnego wulkanu) i zatrzymaliśmy się w kilku miejscach żeby podziwiać piękne widoki. Māori mówią że Taupo to wewnętrzne morze, co nawet ma odzwierciedlenie w nazwie Taupōmoana której używają („moana” znaczy morze w języku Māori).

Nad jeziorem Taupō

Ostatnią atrakcją przed dotarciem do Rotorua były niesamowite Huka Falls. Pierwszy europejczyk który je zobaczył (pułkownik brytyjskiej armii imperialnej), skomentował że w przyszłości będą one celem turystycznym, ze względu na swoje gwałtowne piękno. Nie mylił się.

Kaskady wodospadu Huka

Olbrzymie ilości wody rzeką Waikato wypływają z jeziora Taupō i kilkoma kaskadami zakończonymi 7 metrowym wodospadem, pędzą w dół kanionu.

Wodospad Huka

Siła rzeki Waikato jest wykorzystywana do produkcji czystej energii – sieć elektrowni wodnych w dół rzeki od wodospadów Huka produkuje olbrzymie ilości energii. Wszystkie elektrownie będące częścią systemu Waikato produkują aż 15% zapotrzebowania na energię kraju.

Wieczorem we wtorek dotarliśmy do Rotorua, gdzie się spotkamy z moimi przyjaciółmi, których poznałem w Glasgow, ale teraz mieszkają z powrotem w Nowej Zelandii. Rotorua jest dużym centrum turystycznym, z dobrych powodów: to Nowozelandzka stolica gorących źródeł i aktywności geotermalnej wszelkiej rodzaju. Następny post będzie o tej niezwykłej okolicy.

Pozdrawiam,

Przemek

Kajakowy spływ rzeką Whanganui

Na poniedziałek zaplanowaliśmy spływ kajakowy rzeką Whanganui. Rząd Nowej Zelandii w ostatnich latach promuje tak zwane „wielkie trasy Nowej Zelandii”. Do tego grona zaliczają się takie legendarne miejsca jak Milford Sound oraz Abel Tasman. Większość z tych tras to wycieczki piesze, z jednym wyjątkiem. Wyprawa kajakiem w dół Whanganui z Taumarunui do Pipiriki zajmuje 5 dni. Po drodze można spać na polach namiotowych wzdłuż rzeki. Jest to wspaniały sposób na odwiedzenie parku narodowego Whanganui, które rozciąga się między Taumarunui i Pipiriki (mniej więcej).

My mieliśmy w planach zaliczyć tylko pierwszy dzień tej trasy, z Taumarunui do Ohinepane, 22 km w dół rzeki. Na tym odcinku jest kilkadziesiąt katarakt o skali trudności 1 do 2 – idealny spływ dla początkujących.

Stąd wyruszyliśmy

Wycieczkę zarezerwowaliśmy z lokalną rodzinną firmą „Taumarunui Canoe Hire & Jet Boat Tours„. Wszystko było wspaniale zorganizowane. Na początek przekazano nam teorię sterowania dwuosobowym kajakiem typu „canoe”. W kajakach tego typu obie osoby mają jednostronne wiosło, osoba z tyłu steruje i daje komendy zmiany strony wiosłowania. Po teoretycznym przygotowaniu i ustaleniu logistyki odbioru z Ohinepane, dostaliśmy beczkę na nasz sprzęt i zeszliśmy do rzeki odebrać kajaki.

Zanim nas puszczono na rzekę musieliśmy udowodnić że potrafimy wspólnie wiosłować. Manewr zawracania nie był najłatwiejszy ale udało się nam się szybko opanować podstawy techniki i dziesięć minut później byliśmy już w trasie, zmierzając ku pierwszym zpiętrzeniom rzeki.

Gotowi do drogi

Pierwsze kilka katarakt należało do najtrudniejszych. Na jednej wlało nam się na tyle wody do środka że musieliśmy się zatrzymać i się jej pozbyć. Na kolejnej, na łuku, obróciło nas o 180 stopni po wewnętrznej stronie nurtu, ale łatwo z tego wyszliśmy. Od początku adrenalina skoczyła. Zabawa była przednia. Kilka kilometrów w dół rzeki, czuliśmy się już pewniej. Nurt nigdy nie był na tyle mocny żeby było niebezpiecznie.

Trudno przecenić przyjemność wiosłowania po pięknej rzece w słoneczny dzień

Poza miejscami gdzie rzeka przyśpiesza, było też dużo innych atrakcji po drodze. Otaczał nas piękny busz, który w trakcie przerw mogliśmy oglądnąć z bliska.

Busz na brzegach Whanganui

W jednym miejscu spotkaliśmy stado kaczek, conajmniej 40 kolorowych rajskich kaczek („paradise duck”). Widzieliśmy też dużo kereru, oraz wielkich ważek. Poza nami był tylko jeden inny kajak na rzece o tej porze dnia. Poza tym tylko raz w ciągu 5 godzin minął nas „Jet boat”. Dzięki temu odosobnieniu mogliśmy cieszyć się prawdziwym kontaktem z piękną przyrodą. Było wiele malowniczych i cichych miejsc na trasie. Cieszyliśmy się spokojną atmosferą.

Na prawym brzegu, około 5 km od startu
Na lewym brzegu, około 8 km od startu

Pół godziny przed końcem trasy zatrzymaliśmy się na dłuższy postój, w miejscu gdzie tablica reklamowała kawiarnię.

Kajaki zacumowane

Po zacumowaniu kajaka i zjedzeniu lunchu na brzegu, wyszliśmy ścieżką do góry przez busz na farmę lawendy. To piękne miejsce obsługuje klientów przybywających zarówno od strony rzeki, kajakami, jak i od strony drogi, głównie samochodami. Pola lawendy przypominały mi Prowansję w południowej Francji.

Na farmie lawendy. Piękny zapach wypełniał powietrze
Panoramiczne ujęcie farmy lawendy

Po przerwie ciężko było wrócić na twarde siedzenie i do ciężkiej pracy przy wiośle. 🙂 Rzeka miała dość niski poziom, co oznaczało dużo wiosłowania na wolnych odcinkach.

Po dotarciu do mety, wyciągnęliśmy kajak na brzeg i odpoczywaliśmy czekając na transport. Ja wykorzystałem ten moment żeby popływać. Sara drzemała na plaży.

Pływanie w rzece Whanganui
Zasłużony odpoczynek

Zostaliśmy odebrani zgodnie z umową, o 16:30. Po drodze do Taumarunui nasz kierowca, który był również wcześniej naszym instruktorem przez wyruszeniem na trasę, opowiedział nam trochę o swojej rodzinnej firmie i miasteczku. Ludzie żyją tutaj głównie z turystyki oraz upraw rolnych. Miejsce jest gorące w lecie (o czym się dziś przekonaliśmy!), a w zimie gości wielu narciarzy którzy jeżdżą na stokach na Mt Ruapehu, 50 minut jazdy samochodem stąd.

Wieczór upłynął na regeneracji, ponieważ ramiona się sporo napracowały. Słońce nas też przypaliło w miejscach które niefortunnie ominęliśmy w trakcie nakładania olejku do opalania – pomyłka której nie zamierzam powtórzyć. W Nowej Zelandii Słońce naprawdę strasznie grzeje i pali odkrytą skórę. Nad krajem niestety jest sporo dziura ozonowa, co powoduje jedne z największych na świecie poziomy promieniowania UV w słoneczne dni.

Jutro ruszamy w stronę Rotorua, a po drodze odwiedzimy park narodowy Tongariro.

Do następnego posta,

Przemek

W drodze do Taumarunui

Późnym popołudniem w niedzielę pożegnaliśmy się z miastem Whanganui, ale jeszcze nie z rzeką, o czym się niedługo przekonacie. Rzeka ma źródła dość daleko na północ, i naszym celem dzisiaj było miasteczko Taumarunui, które jest w punkcie zbiegu rzek Ongarue i Whanganui. Będąc u styku rzek, miejsce to było też zawsze ważne dla Māori przed przybyciem Europejczyków. Co ciekawe, Taumarunui od dawna było też ważnym rozjazdem kolejowym, a na torowisku tamże „pociągi odchodzą na emeryturę”. Widzieliśmy wiele starych składów stojących na poboczach, nadających miasteczku swoistego klimatu.

Zanim tam dotarliśmy, czekała nas podróż przez piękne tereny. Droga była kręta a widoki z samochodu wyśmienite. Kolor żółty powoli znikał a wzgórza robiły się coraz bardziej zielone – w terenach dalej od miejsc zamieszkanych busz ciągle pokrywa większość terenu.

Busz i wzgórza, zdjęcie zrobione z samochodu

Rzeka nigdy nie była zbyt daleko od nas. Przekraczanie rzek i wąwozów od dawna było wyzwaniem dla lokalnych inżynierów.

Imponujący most kolejowy Makatote Viaduct

Wspaniały był moment w których zauważyliśmy wulkan Ruapehu. Pierwsza prawdziwa duża góra którą miałem przyjemność zobaczyć z bliska w Nowej Zelandii była pokryta dużą ilością śniegu, co mnie zaskoczyło. Wysokość wyjaśnia obecność takich ilości śniegu w środku lata – 2797 metrów nad poziomem morza. Również, patrzyliśmy na ścianę południową, która na południowej półkuli dostaje mniej Słońca. Wszystko jest na odwrót na tej stronie Świata. 🙂 „Północne ściany” budzące trwogę wśród europejskich alpinistów, tutaj są zwykle łatwiejszymi propozycjami. Co ciekawe Ruapehu jest czynnym wulkanem – Sara pamięta erupcję w 1995 roku. Nawet przyjechali tu specjalnie z rodziną w 1995 roku, żeby popatrzeć na dymiącą górę.

Ruapehu, aktywny wulkan, 2797 m

Nieco dalej mieliśmy świetne widoki na kolejne wulkany – Ngaruhoe oraz Tongariro, od którego pochodzi nazwa parku narodowego po granicy którego przejeżdżaliśmy.

Na granicy parku narodowego Tongariro

Tongariro to dużo niższy szczyt, 1978 m, ale o wiele bardziej popularny wśród turystów dzięki widokom i wulkanicznej przyrodzie. Codziennie setki ludzi trawersując go trasą „Tongariro Crossing”. My planujemy trasę w okolicy Tongariro, ale nie słynny „crossing”. Może kiedy indziej, poza głównym sezonem, wrócimy na Tongariro.

Wulkan Ngaruhoe (aktywny), 2291 m. Zaraz za nim Tongariro (nieaktywny)

Po dotarciu do Taumarunui, wieczór spędziliśmy na naszej kwaterze – tym razem zatrzymujemy się w pięknej drewnianej chatce i mamy mały ogródek w którym możemy zjeść kolację.

Jutro duża atrakcja, spływ kajakowy rzeką Whanganui! Pojutrze wracamy w okolice Tongariro, więc zapraszam do dalszego czytania.

Pozdrowienia z pięknej Aotearoa,

Przemek

Wybrzeże Whanganui

Jak można było się spodziewać obozując na farmie, zostaliśmy obudzeni przez piejące koguty i gdakające kaczki. Mimo przyrzekania że zrobimy z nich rosół wieczorem, nasze serce zmiękło po śniadaniu i nakarmiliśmy je zgodnie z planem.

Śniadanie na farmie

Dzisiejsze podróżowanie rozpoczęliśmy od wizyty na sobotnim targu nad rzeką w centrum miasta. Lokalni rzemieślnicy i artyści mieli tam liczne stoiska, było też dużo dobrego jedzenia. Trafiliśmy na pokaz „raku„, czyli japońskiego tradycyjnego sposobu wypalania ręcznie robionej ceramiki.

Pokaz wypalania ręcznie robionej ceramiki

Na jednym ze stoisk można było kupić biżuterię zrobioną z pounamu, nowozelandzkiego jadeitu. Tylko Māori mają prawo używać tych kamieni w celach komercyjnych, lub wydawać licencję na ich używanie. Whanganui jest znane z żywej sceny twórczej, i wielu utalentowanych wykonawców miało tu swoje stoiska. Przeszliśmy się również po centrum miasta, i przyglądnęliśmy architekturze, a także pospacerowaliśmy wzdłuż rzeki.

Bardzo ciekawa rzeźba. Kula z oplatająca ją mapą rzeki od źródeł do ujścia
Architektura wiktoriańska w centrum Whanganui
Historyczny parowiec oferuje turystyczne rejsy po Whanganui

Naszym głównym celem w sobotę była plaża Ototoka, położona kilkanaście kilometrów na północ od Whanganui.

W drodze na plażę Ototoka z parkingu

Warto było przejechać te kilka kilometrów drogą szutrową aby tam dotrzeć. Plaża może pochwalić się czarnym piaskiem, klifami pełnymi muszel i skamielin sprzed milionów lat, oraz świetnymi warunkami dla paralotniarzy. Jest bardzo szeroka, i mało uczęszczana. Spędziliśmy kilka godzin na odpoczywaniu, pływaniu, czytaniu, wyszukiwaniu ciekawych muszel i kamieni, oraz oglądaniu paralotniarzy.

Czarny piasek i paralotniarze
Plażowe znaleziska. Kamień w środku szczególnie ciekawy dzięki odbitym wzorom

W drodze powrotnej na farmę zjedliśmy pizzę nad rzeką. Po pływaniu zawsze mam ogromny apetyt. Ludzie na spacerach z psami musieli powstrzymywać swoich ulubieńców od poczęstowania się kawałkiem. Późny wieczór na farmie spędzony został podobnie jak poprzedni, do rozrywek dołączyła gra planszowa podobna do Scrabble – Bananagramz, polecam. Nasi znajomi następnego dnia wracali do Wellington, a my dalej ruszaliśmy we dwójkę. Umówiliśmy się na ponowne spotkanie w Wellington pod koniec naszego pobytu w Nowej Zelandii.

Rano w niedzielę szybko zwinęliśmy namioty i pożegnaliśmy się z kaczkami. Przed rozpoczęciem następnego etapu podróży chcieliśmy odwiedzić najlepszy punkt widokowy w Whanganui – ponad 30 metrową wieżę na szczycie Durie Hill. Na wzgórze można dostać się za pomocą tunelu o długości 213 metrów połączonego z windą, która wyjeżdża na szczyt wzgórza.

Ta bardzo nietypowa konstrukcja została oddana do użytku w 1916 roku. Po dotarciu windą na szczyt wzgórza, czekało nas jeszcze 176 stopni żeby dostać się na platformę widokową na szczycie wieży, która upamiętnia żołnierzy poległych w pierwszej wojnie światowej.

Tablica ku pamięci poległych żołnierzy

Nowozelandzcy żołnierze walczyli na wielu frontach tej wojny, a zwłaszcza pod Galipoli w Turcji cierpieli najbardziej. Walczenie w tej wojnie scementowało kraj i pomogło zdefiniować nowy Nowozelandzki naród, który szybko później uzyskał niepodległość od Wielkiej Brytanii. Widoki ze szczytu wieży były wspaniałe i warte wysiłku. Miasto, morze, rzeka, żółte wzgórza i busz nas otaczały.

Widok na Whanganui i morze Tasmana
Widok na wschód w kierunku niezliczonych żółtych wzgórz

Przed opuszczeniem wybrzeża i udaniem się na północ wgłąb wyspy północnej, po raz ostatni odwiedziliśmy brzegi rzeki i zrobiliśmy kilka świetnych zdjęć na spacerowej promenadzie w zachodniej części miasta, blisko ujścia Whanganui.

Ja i Sara nad rzeką Whanganui

Do usłyszenia niedługo i dzięki za czytanie. Od jutra lekka zmiana krajobrazu i tempa naszej przygody. Przed nami wycieczka kajakowa oraz piesza wędrówka.

Przemek

W drodze do Whanganui

W piątek rano wypełniliśmy samochód ekwipunkiem i jedzeniem, i wyruszyliśmy w podróż po wyspie północnej. Droga krajowa nr 1 prowadzącą przez Porirua na północ jest malowniczo położona, zwłaszcza odcinek w pobliżu Paekakariki. Wciśnięta między morze i strome wzgórza, droga jest równie piękna jak i niebezpieczna. Nawet niewielkie trzęsienie ziemi lub sztorm może odciąć ten ważny odcinek i zablokować jedną z tylko dwóch głównych dróg prowadzących do Wellington. Jeśli druga droga przez Hutt Valley również zostałaby zablokowana, miasto byłoby odcięte. Z tego powodu właśnie budują nową drogę dużo wyżej, przez wzgórza – nazywają ją Transmission Gully.

Zatrzymaliśmy się na chwilę kawałek za zatoką Pukerua, żeby przyglądnąć się wyspie Kapiti. Ta gęsto pokrywa buszem wyspa jest rezerwatem przyrody i sanktuarium ptaków.

Zatoka Pukerua, w tle wyspa Kapiti

Dwadzieścia minut dalej stamtąd zatrzymaliśmy się w browarze Tuatara, w miasteczku Paraparaumu. Nowozelandzki chmiel jest jednym z moich ulubionych – a oba piwa których spróbowaliśmy były świetne. Oczywiście, kupiłem też koszulkę i sześciopak na później. 🙂

Tuatara to starożytny gatunek jaszczurki występujący tylko w Nowej Zelandii. A także nazwa dobrego browaru.

Dalej na północ, teren się wypłaszcza, wybrzeże rozszerza, góry oddalają się na wschód i pojawiają się farmy oraz żółte wzgórza. Droga opuszcza wybrzeże i prowadzi kilka kilometrów wgłąb lądu. Przez długi czas ciągle widać wyższe góry po prawej stronie. Najpierw masyw Tararua, później Ruahine. W obu masywach znajduje się kilkanaście schronisk, między którymi prowadzą liczne szlaki. Żółte wzgórza na pierwszym planie najbardziej zapadają w pamięć.

Typowy krajobraz północnej wyspy

Krótka przerwa na zakupy w Otaki zaowocowała nabyciem nowej koszulki z wełny merino firmy Icebreaker. Nowa Zelandia słynie z wełny merino, a Icebreaker to producent wysokiej jakości sprzętu górskiego. Dalsza droga prowadziła przez Foxton, miasteczko oryginalnie zamieszkane przez holenderskich kolonistów, co wyjaśnia obecność młynu-wiatraka. Kolejnym ciekawym miejscem było Bulls, miasteczko słynące ze słabych żartów. Policja nazywa się tutaj „Constabull”, zamiast „Constable”, a reklamy domów na sprzedaż ogłaszają że nieruchomość jest „affordabull” zamiast „affordable”.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Whanganui, miasta przy ujściu słynnej rzeki o tej samej nazwie. W górę rzeki znajduje się park narodowy Whanganui, w którym będziemy za kilka dni. Rzeka od wieków była ważna dla Maorysów, którzy wzdłuż niej żyli i mieszkali. W mieście, przy ujściu, rzeka osiąga imponująca szerokość.

Rzeka i miasto Whanganui. Miejsce to było zamieszkane przez Maori od wieków.

Robiło się późno, więc zwiedzanie miasta i okolic zostaliśmy na później, i udaliśmy się na farmę w lesie Lismore, na której spędzimy dwie następne noce. To urocze miejsce zarezerwowane przez AirBnB kosztowało nas jedyne $3.5 na osobę za noc.

Nasza farma
Namiot rozbity

Namiot rozbiliśmy szybko, po czym zapoznaliśmy się z naszymi współlokatorami: 3 gęsi, około 12 kaczek, trochę kur i 7 owiec w zagrodzie. Po chwili dotarli nasi znajomi, którzy musieli pracować dzisiaj zanim mogli wyruszyć z Wellington, żeby dołączyć do nas na weekend pod namiotami w Whanganui. Siedzieliśmy do późna w szopie przerobionej na kuchnię z salonem, jedząc kolację, rozmawiając i testując wcześniej zakupiony sześciopak.

Jutro plażowanie i odwiedzenie miasta Whanganui. Musimy też nakarmić kaczki rano. 🙂

Do usłyszenia,

Przemek

Park krajobrazowy Belmont

Piękna pogoda wróciła do nas w czwartek, więc wybraliśmy się w okoliczne wzgórza. Naszym celem było wzgórze Boulder Hill, o skromnej wysokości 452m, ale będące świetnym punktem widokowym. Szczyt znajduje się pomiędzy doliną rzeki Hutt i wąwozem Ngauranga, i jest drugim co do wysokości szczytem w parku krajobrazowym Belmont.

Widok z trasy na Petone i zatokę Wellington Harbour

Dzisiaj towarzyszyła nam dobra przyjaciółka Sary Caroline, która bardzo lubi tą trasę. Jak zwykle w Nowej Zelandii, nietrudno było spotkać przedstawicieli lokalnej fauny. Wielkie ważki i nowozelandzkie owce to tylko wybrane przykłady.

Wielka ważka, 10-15 cm długości

Nowozelandzkie owce uważnie nas śledziły

Trafiliśmy również na imponujące pająki „Huntsman Spider”, na szczęście nie jadowite. W Nowej Zelandii, w odróżnieniu od Australii, nie ma wielu gatunków uzbrojonych w truciznę. Jest tylko jeden, bardzo rzadki, występujący na plażach pokrytych niską roślinnością.

„Huntsman Spider”, widok nieprzyjemny dla arachnofobów

Wzgórze jest częścią grani przecinającej park krajobrazowy Belmont. Na północ od grani znajduje się Porirua i Pauatahanui (dwa ramiona zatoki Porirua), na południowy zachód Wellington, a na wschód dolina rzeki Hutt.

Widok ze szczytu na północ, Pauatahanui

W oddali na południowy zachód widać wyższe szczyty masywu znajdującego się w parku regionalnym Rimutaka. Ten rewelacyjny punkt widokowy daje możliwość zapoznania się z układem terenu całego południowego wierzchołka północnej wyspy Nowej Zelandii.

Widok na południowy wschód, w kierunku Rimutaka. Na pierwszym planie Lower Hutt

Wieczorem miałem przyjemność wybrać się z Tatą Sary na rzutki. Ten sport jest bardzo popularny w Nowej Zelandii, a koledzy z klubu to dobrzy gracze. Na szczęście w czwartki oferują system handicapu, który pomaga nowym zawodnikom rywalizować z weteranami. Wieczór był bardzo udany i utwierdził mnie w niewątpliwym przekonaniu o gościnności Nowozelandczyków. W rzutki nie grałem od studiów, ale dzisiaj odkryłem na nowo ten sport. Po powrocie chyba kupię tarczę i zacznę ćwiczyć 🙂

„Porirua Darts Club”, czyli klub rzutkowy w Porirua

Jutro ruszamy na północ. Spędzimy część nocy pod namiotami, a część „w cywilizacji”, w kwaterach wynajętych przez AirBnB. Niektóre miejsca mogą nie mieć internetu, ale będę pisał na bieżąco i publikował posty gdy się uda połączyć.

Pierwszy przystanek jutro to Whanganui. Do usłyszenia z trasy,

Przemek

Okolice Wellington

Od poniedziałku jesteśmy w miasteczku Tawa, 15 minut samochodem od centrum Wellington i zwiedzamy okolicę. W przerwach, Sara trochę musi popracować zdalnie, więc ja w międzyczasie przeglądam książki wybrane z biblioteki rodziców Sary, ucząc się wiele na temat kultury i historii tego pasjonującego kraju.

Wtorek był słoneczny, więc wybraliśmy się na najbliższą plażę, do Titahi Bay.

Plaża w Titahi Bay

Z Tawa jedzie się 15 minut, na północ od miasta Porirua. Ta piękna zatoka, która otwiera się na morze Tasmana, może poszczycić się fantastyczną plażą. W odróżnieniu od osłoniętych zatok nad którymi są ulokowane miasta Wellington i Porirua, Titahi Bay jest wystawione na wiatry, zwłaszcza zachodni i północny. Mocny wiatr w Nowej Zelandii, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, zwykle wieje z południa, przynosząc zimne powietrze znad Antarktyki. Dzisiaj jednak wiał ciepły wiatr z północy, który skusił na plażę surferów oraz kitesurferów.

Kitesurfing, w oddali wyspa Mana

Przeszliśmy wzdłuż plaży ciesząc się idyllą małych domków, służących za prywatne magazyny sprzętu do plażowania.

Domki plażowe i mewy

Po drugiej stronie wyszliśmy na klify, z których otworzyły się piękne widoki na zatokę i dalej na północ. Granie cykad wypełniało uszy.

Zachodnie wybrzeże na północ od Porirua

Muszę przyznać że zazdroszczę trochę mojej Sarze wychowania się z miejscu które jest 15 minut od takiej plaży, równocześnie będąc 15 minut od centrum stolicy kraju.

Wracając z plaży, przeszliśmy po nowej ścieżce spacerowej zbudowanej tutaj przez burmistrza Porirua. Ścieżka prowadziła przez typową nadmorską roślinność, a także zawierała maoryskie drewniane rzeźby wielkich odkrywców Nowej Zelandii. Dwóch Maorysów, Kupe i Te Rangihaeata, oraz dwóch ludzi z zachodu: Abel Tasman i Kapitan Cook.

Len, jeden z pierwszych produktów eksportowych Nowej Zelandii

Maoryska rzeźba „po” przedstawiająca Kapitana Cooka


W środę dzień był bardziej pochmurny, więc wybraliśmy się do buszu. 🙂 W Nowej Zelandii na las mówią „busz”, a na piesze wycieczki po lasach czasami mówią „bushwalk”. Pierwszy kontakt z nowozelandzkim buszem zrobił na mnie wspaniałe wrażenie.

„Busz” w parku krajobrazowym Kaitoke

Most linowy nad rzeką Hutt

Rzeka Hutt

Wybraliśmy się do Kaitoke Regional Park, które pochwalić się może nie tylko piękną naturą, ale też jest miejscem które we Władcy Pierścieni służyło za Rivendell. Co ciekawe po drodze do tegoż parku z Tawa, przez Lower i Upper Hutt, widzieliśmy również kamieniołom który służył za Helm’s Deep! Bogactwo miejscówek w okolicy, w których kręcono Władcę Pierścieni, można wytłumaczyć faktem że w Wellington znajduje się główne studio filmowe w którym działał Peter Jackson i jego ekipa.

Powitanie w Rivendell

Brama Rivendell

Wracając do natury, widzieliśmy drzewa Rimu, z których kiedyś budowano większość domów w Nowej Zelandii, a teraz są chronione, Kereru, ptak który wygląda jak tropikalny gołąb, Kowhai, intrygująco wyglądający krzew dający piękne kwiaty (występuje tylko w Nowej Zelandii), oraz Panga, jedna z klasycznych dużych nowozelandzkich paproci.

Kowhai

Koru

Paprocie Panga i drzewo Rimu

Bliźniaczy gatunek „silver fern” czyli „srebra paproć” jest symbolem kraju i występuje na wielu koszulkach, w herbach klubów sportowych, instytucji, a nawet kilka lat temu prawie został dodany do flagi narodowej, ale w referendum postanowiono zostać przy obecnej fladze (mi osobiście bardzo podoba się proponowana flaga z paprocią).

Proponowana flaga Nowej Zelandii


W środę był również Waitangi Day, święto narodowe upamiętniające rocznicę podpisania traktatu Waitangi między szefami klanów Maori i reprezentantami brytyjskiej korony w roku 1840. Podział terenu i „sprzedaż” ziem nie była idealnym rozwiązaniem, i nie obyło się bez wojen między tymi dwiema stronami w latach 1860-tych, ale ten moment jest początkiem nowożytnej historii kraju i obecnie jest dniem świętowania przyjaźni i jedności tych i innych grup etnicznych w Nowej Zelandii. W ramach obchodów wybraliśmy się na koncert do Porirua. Muzyka była nowoczesna (gitary, perkusja) ale z rytmicznymi źródłami w tradycyjnej muzyce maoryskiej.

Google również świętowało dzień Waitangi

Maoryskie wzory dekorujące „waka” czyli tradycyjny kajak


Wieczorem się wypogodziło co pozwoliło nam się wybrać na wzgórze Victoria na południe od miasta. Samochodem można wjechać na sam szczyt, po drodze podziwiając przedsiębiorczość mieszkańców tych wysp i ich niewątpliwą umiejętność budowania domów na bardzo stromym terenie! Całe wzgórze jest pokryte domami i przypomina miasteczka na wzgórzach południowej Francji lub północnych Włoch. Widoki ze szczytu są fantastyczne, widać całe Wellington.

Nocny widok na Wellington ze wzgórza Victoria

Wspaniale jest obcować z lokalną przyrodą, kulturą, historią i tradycją. Jutro wybieramy się na dłuższą trasę po okolicznych wzgórzach a w piątek ruszamy na północ. 🙂 Jeśli czekacie na relację z centrum miasta Wellington, proszę o cierpliwość, porządne zwiedzanie centrum i wizytę w słynnym muzeum Te Papa odkładamy na ostatni tydzień.

Jeśli jeszcze nie śledzisz bloga, proszę o zapisanie się. Równocześnie proszę o komentarze i uwagi. Do następnego posta,

Przemek

Przywitanie Nowej Zelandii

Wcześnie rano w poniedziałek wstaliśmy i ruszyliśmy na lotnisko. Żegnamy się z Melbourne i naszymi przyjaciółmi, ale nie towarzyszy nam smutek ponieważ przed nami 5 tygodni przygód w Nowej Zelandii. Lot linii Qantas do Wellington wyruszył planowo. Nasza trasa prowadziła na północ od wyspy Tasmania, nad morzem Tasmańskim i przecinała północy fragment południowej wyspy Nowej Zelandii. Miałem szczęście mieć miejsce przy oknie, a że pogoda była znakomita nad południową wyspą, widoki były wyśmienite.

Zachodnie wybrzeże NZ na północ od Westport

Moje wrażenie wzbudziła bliskość Antarktydy! Patrząc na ekran w samolocie pokazujący nasza trasę, ten lodowy kontynent wydawał się być bardzo blisko. Ma to sens ponieważ Christchurch, główne miasto wyspy południowej, to jedno z dwóch podstawowych miejsc z których wyruszają wyprawy na Antarktydę (drugie jest w Argentynie). Nigdy wcześniej nie byłem tak daleko na południe.

Blisko Antarktydy

Zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii przecięliśmy w pobliżu Westport i ponad górami zbliżyliśmy się do Nelson. Zatoki Golden Bay i Tasman Bay, oraz półwysep Farewell Spit (który przypomina nasz polski Hel), wyglądały bajkowo.

Tasman Bay, w oddali Golden Bay i Farewell Spit

Wysepki w cieśninie Marlborough Sounds dopełniały wrażenia że lecimy nie na „Koniec Świata”, jak niektórzy mówią o Nowej Zelandii, lecz raczej do raju. 🙂

Marlborough Sounds i Picton

Nieustający wiatr z Wellington oraz krótki pas wciśnięty między morze po obu stronach, zapewniły lądowanie pełne wrażeń. Przez chwilę wydawało się że będziemy lądować na wodzie.

Z lotniska odebrali nas rodzice mojej Sary, z którymi spotkanie było wspaniałym przywitaniem w Nowej Zelandii. Zamiast omijać miasto, przejechaliśmy przez samo centrum, więc miałem okazję zobaczyć stolicę po raz pierwszy. Drogą Oriental Parade, wzdłuż zatoki Oriental Bay, wjechaliśmy do centrum. Moją uwagę przykuły domy zawieszone nad drogą, wysoko na stromym terenie, na południe od centrum. Wiele z nich miało prywatne windy prowadzące do domu z drogi głównej, a samochody właścicieli były zaparkowane na dole przy drodze głównej. Ta okolica to jedna z najdroższych dzielnic w stolicy. Centrum nie ma dużej ilości wysokich budynków, i wydaje się być wciśnięte między napierający na mieszkańców las pokrywający wzgórza, oraz morze. To niesamowite że to duże miasto ciągle wydaje się być w harmonii z naturą. W trakcie niewątpliwej wizyty w centrum, później w trakcie tej wyprawy, napiszę więcej o tym niezwykłym mieście.

Przez wąwóz Ngauranga wyjechaliśmy z miasta, w kierunku miasteczka Tawa, z którego moja Sara pochodzi. Miasteczko jest wciśnięte w wąską dolinę i większość domów także tutaj jest zbudowana na stromym terenie. Domy wyglądają wręcz zbudowane na odwrót niż normalnie, mają małą powierzchnię na parterze, i dużo większą na pierwszym piętrze. W ten sposób można najlepiej wykorzystać teren. Ogrody (z obowiązkowymi grillami BBQ) są zwykle za domem i musiały być wykopane ze zbocza góry.

Reszta dnia spędzona została z rodziną, a także świetnymi sąsiadami którzy przyszli z wizytą.

Do piątku tempo wyprawy nieco zwolni, będziemy zwiedzać najbliższą okolicę i spotykać się z przyjaciółmi. W piątek ruszamy na wielki objazd wyspy północnej, więc jest na co czekać. 🙂 Jednakże nie znaczy to że do piątku będzie nudno! Do usłyszenia jutro, obiecuję więcej postów i zdjęć z tej pięknej okolicy miasta Wellington.

Nowa Zelandio, witaj!

Melbourne, dzień 2

Z radością informuję, że nie mamy Jet laga. Spaliśmy bardzo dobrze, nie budziliśmy się więcej niż normalnie i wstaliśmy wypoczęci 🙂

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w kolejnej rewelacyjnej lokalnej knajpie serwującej śniadania i lunch. Collingwood wypełnione jest modnymi lokalami, a w tych do których nasi przyjaciele nas zabrali obsługa i jedzenie były fantastyczne. Dzisiaj byliśmy w „Min Lokal”, polecam gorąco.

W trakcie śniadania dołączył do nas przyjaciel Sary Ajay, i dalszą część dnia spędziliśmy w piątkę. Z pełnymi brzuchami i usatysfakcjonowanym podniebieniem ruszyliśmy na spacer w kierunku NVG, Narodowej Galerii Stanu Victoria. Temperatura rosła z godziny na godzinę, więc naszą misją było dotrzeć do Galerii przed najgorętszą częścią dnia. Dzisiaj nasza trasa prowadziła przed dzielnicę Fitzroy, wypełnioną pięknymi domami tarasowymi z wykwintnymi dekoracjami balkonów i bram wejściowych.

Przykład ornamentacji domów tarasowych
Jeden z domów w stylu kolonialnym w dzielnicy Fitzroy

Przeszliśmy również przez park Fitzroy Gardens, obok katedry, a następnie w kierunku centrum. Widoki na wysokie budynki w centrum, wliczając najwyższy budynek Australii, przykuwały uwagę.

Katedra w Melbourne
Park Fitzroy Gardens z widokiem na centrum

Z wiaduktu ponad dziesiątkami torów kolejowych prowadzących do głównej stacji kolejowej Melbourne Flinders Street, mieliśmy piękne widoki na centrum, a w oddali widzieliśmy tenisowe stadiony i korty Australian Open oraz największy stadion w mieście – MCG (Melbourne Cricket Grounds).

Pośrodku najwyższy budynek Australii

Po drodze do galerii odwiedziliśmy jedną z alejek słynących z graffiti – Melbourne naprawdę szanuje ten rodzaj sztuki i w wielu miejscach graffiti wpisało się nierozerwalnie w charakter i krajobraz miasta.

Graffiti robi wrażenie
W alejce graficiarzy

Rzekę Yarra przekroczyliśmy używając jednego z najważniejszych mostów w centrum, z którego można podziwiać panoramę miasta.

Rzeka Yarra i stadion MCG (Melbourne Cricket Grounds)

Temperatura dochodziła do 35 stopni, więc chętnie schowaliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu Galerii NGV. Darmowa część wystawy obecnie zawiera niezwykłą mieszankę stylów, od sztuki nowoczesnej, mody i fotografii, do XVIII wiecznej wystawy niemieckiej porcelany i obrazów holenderskich mistrzów. Była nawet audiowizualna prezentacja na temat wpływu gier komputerowych, popkultury i marketingu na nasze życie. Jedną z ciekawych rzeczy w galerii były opisy przeznaczone dla dzieci. W ten sposób autorzy wystaw angażują najmłodszych i cały budynek jest miejscem rodzinnych spotkań, jak również spotkań z przyjaciółmi, a przy okazji miejscem spotkań ze sztuką.

Pod witrażami w galerii NGV
Suknia zaprojektowana dla Björk, Galeria NGV

Po ochłodzeniu się w galerii, ciężko było wyjść na zewnątrz. Temperatura doszła do 39°C, co jest już trochę za dużo. Udało nam się przejść może 800 metrów zanim postanowiliśmy się schować w knajpie nad rzeką. 🙂

Na pierwszym planie pub Riverland, na drugim centrum

Lokal nazywał się Riverland, i kosztując odświerzające australijskie „Pacific Pale Ale” z browarów takich jak Wild Yak oraz 4 Pines, przeczekaliśmy upał, konwersując na temat życia w Melbourne, australijskiego futbolu (w tym sporcie mają okrągłe boisko, a najwięcej zagorzałych fanów tego sportu pochodzi właśnie z Melbourne), turystycznych atrakcji poza miastem w stanie Victoria (zbieramy informacje na potrzeby następnej wizyty) oraz na temat innych miast w Australii. Jak w większości państw, także i tutaj jest poważna rywalizacja między miastami. W Polsce mamy Warszawę i Kraków, w Szkocji Glasgow i Edynburg, a tutaj Melbourne i Sydney. 🙂

Po odpoczynku nad rzeką, ruszyliśmy z powrotem w kierunku naszego Collingwood. Trasa prowadziła przez drugą część parku FitzRoy Gardens. Przeszliśmy obok domu Kapitana Cooka (tego który słynie z ponownego odkrycia Nowej Zelandii – holenderczyk Tasman był pierwszy). Dom ten został rozebrany w Anglii, przewieziony do Australii i cegła po cegle złożony na nowo w parku w Melbourne! Kapitan Cook jest ważną postacią zarówno dla Nowozelandczyków, jak i Australijczyków.

Dom Kapitana Cooka w parku Fitzroy

Po krótkiej przerwie na mieszkaniu, pożegnaliśmy się z Ajay’em, i z Charlie i Shainne’m udaliśmy się na obiad do malezyjskiej restauracji „The Old Raffles Hotel” – kolejne z ulubionych miejsc Shainne’a. Curry było wprost wyśmienite. Melbourne stoi bardzo wysoko na mojej liście miejsc, które warto odwiedzić ponownie – a główny powód to kuchnia, kosmopolityczna atmosfera oraz nowi i starzy przyjaciele.

Późnym wieczorem po drodze do domu mieliśmy okazję zobaczyć coś bardzo niezwykłego – migrację nietoperzy, które regularnie przelatują nad miastem! Dziesiątki nietoperzy wypełniają niebo krótko po zachodzie Słońca. Te nocne stworzenia przelatują nad dzielnicą Collingwood z lasu w którym śpią za dnia, nad rzeką Yarra, kilka kilometrów na północ. W nocy, udają się na obiad do rezerwatu na południe od miasta, w którym rosną drzewa bogate w ich ulubione liście lub owoce. Wracają wczesnym rankiem. Można je zobaczyć prawie co noc. Są to bardzo duże nietoperze, jedne z największych na świecie, rozpiętością skrzydeł przypominają duże kruki. Ich lot jest nieregularny, zauważalnie inny niż ptaków, a czasami są tak nisko że można zobaczyć nawet wystające uszy!

Po powrocie w mieszkaniu podziękowaliśmy naszym przyjaciołom za ich wspaniałą gościnę, i nawet był czas żeby przy piwku oglądnąć razem część nowego filmu braci Coen na Netflixie.

Czas spędzony w Melbourne był nieco za krótki, aż szkoda jutro wyjeżdżać. Jednakże przed nami główny cel naszej podróży. Dar morza, „Gift of the Sea”, Aotearoa, kraj Kiwi, haki i bogactwa innych skarbów. Do usłyszenia z Wellington. 🙂

Przemek

„Strawflower”, kwiat pochodzący z Australii

Melbourne

Od wczesnego poranka wczoraj, jesteśmy w Melbourne, drugim największym mieście Australii. Od samego początku miasto mnie zaskoczyło swoim rozmiarem, a zwłaszcza ilością wieżowców w centrum. Wyglądem centrum Melbourne przypomina inne duże nowoczesne miasta jak na przykład Szanghaj, albo nawet Nowy Jork.

Panorama Melbourne

Odwiedzamy tutaj przyjaciół, do których mieszkania w Collingwood dotarliśmy około 8:30 wczoraj rano. Po odświeżeniu się po długim locie, ruszyliśmy na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od rewelacyjnego śniadania w japońskiej knajpie Cibi. Shainne, nasz australijski kolega, jest wielkim fanem Japonii, a w Melbourne najwyraźniej jest sporo japońskich wpływów. Ogólnie miasto jest bardzo kosmopolityczne, pod tym względem przypomina na przykład Berlin.

Bar Cibi

Collingwood to jedna ze starszych dzielnic miasta. Wiele domów tutaj może się pochwalić tradycyjnymi dekoracjami balkonów i tarasów. Głównie budowane w latach 20-30 XX wieku, domy te nazywane są „terrace houses”.

Dekoracje domów tarasowych

Wiele budynków tutaj jest pod ochroną konserwatora zabytków, wskutek czego ulice to mieszanka nowoczesności i tradycji. Dzielnica jest wypełniona restauracjami, barami i targami. Odwiedziliśmy dwa targi, Rose Street Market i drugi zaraz obok. Moją uwagę zwróciło graffiti, ciężko znaleźć tutaj stary mur który nie mógłby się pochwalić imponującym graffiti.

Targ i graffiti

Styl graffiti jest różnorodny, od stylizowanych pozawijanych liter, do pięknych portretów i wizerunków zwierząt. Spacer po okolicy zakończyliśmy odświeżającym piwkiem w jednym z ulubionych barów naszych gospodarzy – stoliki na dachu pozwoliły cieszyć się Słońcem.

Stoliki ukryte na dachu, niewidoczne z ulicy

Wczesnym popołudniem wzięliśmy tramwaj do centrum. Zgodnie z rekomendacją mojej Sary, która była już w Melbourne kilka razy, udaliśmy się do biblioteki stanu Victoria (Melbourne jest stolicą jednego ze stanów Australii, stanu Victoria). Ten imponujący budynek kryje w sobie muzeum poświęcone historii stanu, jak również dziesiątki tysięcy książek i piękną czytelnię.

Czytelnia biblioteki stanu Victoria

W muzeum spędziłem dużo czasu czytając o historii gorączki złota, tak zwanych „bushrangers” oraz na temat życia bandyty Neda Kelly, oraz jego starcia z prawem i ewentualnej egzekucji. Fascynująca historia, która teraz nie ma oczywistych dobrych i złych postaci, polecam poczytać o bushrangerach i historii rodziny Kelly. Australijski western pełną parą.

Zbroja Neda Kelly – kule policji się go nie imały

Temperatura dochodziła do 35°C, więc spacerując po okolicy chowaliśmy się w pięknych arkadach, które przechodziły między i pod wysokimi budynkami.

Arkady Melbourne

Tymi uliczkami dotarliśmy nad rzekę Yarra. Zatrzymaliśmy się tutaj w fajnym barze przy rzece, na degustacje kilku lekkich australijskich piwek. Na tym upale styl „Pacific Pale Ale”, często z cytrusowymi nutami smakowymi, jest idealny. Zmęczenia dało się trochę we znaki więc wróciliśmy około 18 do Collingwood na drzemkę.

Nad rzeką Yarra

W centrum czekając na tramwaj

Różnica temperatur i pór roku robi wrażenie. Różnica czasu póki co nie za bardzo. Na szczęście udało się spać wystarczająca ilość czasu w samolocie. Po odświerzającym prysznicu i drzemce, ruszyliśmy na wieczorny spacer.

Collingwood ożywa jeszcze bardziej późnym wieczorem. Puby, bary i niczym jak w Rzymie, artyzańskie lodziarnie otwarte do późna, ściągają wielu klientów. Na obiad udaliśmy się do kolejnego ulubionego miejsca naszych gospodarzy Charlie oraz Shainne’a – Union Club. Pyszne jedzenie, z menu inspirowanym kuchnią brytyjską oraz azjatycką (Korea, Japonia, Malaje) – mieszanka która wydaje się tutaj być standardem.

Wspaniały pierwszy dzień urlopu, wypełniony głównie rozmowami z naszymi przyjaciółmi o Australii, podróżowaniu, trochę o naszych planach i pracy. Jutro spotykamy się z kolejnym przyjacielem Sary, który pochodzi z Nowej Zelandii ale mieszka w Melbourne. Przy okazji z pewnością uda się też zobaczyć więcej tego pięknego i bardzo przyjaznego miasta, do którego już wiem że będę chciał wrócić w przyszłości.

Pozdrowienia z Collingwood,

Przemek